Każde małe dziecko woli być noszone na rękach rodziców. Starsze dziecko, ale ciągle maluch, trzyma się blisko rodziców i przynajmniej chce trzymać ich rękę. Dopiero w okresie dojrzewania wstydzą się nawet tego, że rodzice ich przytulają, pozdrawiają, a na pewno nie chcą trzymać się ich ręki. Dopiero w okresie pierwszych zakochiwań coraz śmielej trzymają rękę swojej sympatii aby w końcu wziąć za rękę i nałożyć na nią pierścionek zaręczynowy i małżeński. Podanie dłoni to znak współdziałania, współistnienia, ale również znak wyrażający prośbę o wzajemną pomoc i współudział.
W Ewangelii dzisiejszej faryzeusze żądają znaku od Jezusa. Nie był im dany bo znak uczyniony na ich życzenie byłby przyzwoleniem na powrót do postawy małego dziecka, które jest na tyle niepewne swojej drogi, że woli trzymać się blisko rodziców. Podana ręka taty lub mamy, a nawet starszego rodzeństwa, jest znakiem braku samodzielności i niezależności, ale też zaufania do kogoś mającego więcej doświadczenia życiowego. Oczywiście tak jest do czasu stania się dorosłym.
Jezus chce abyśmy zaczęli myśleć po Bożemu. Chce abyśmy zaczęli wreszcie układać nasze życie samodzielnie interpretując przykazania i samodzielnie rozszerzali sferę swoich decyzji moralnych nie tylko na zewnętrzne czynności ale także na naszą wyobraźnię i myśli. Chce, abyśmy zaczęli organizować swoją rzeczywistość bez potrzeby bycia trzymanym za rękę. Znak, którego domagali się faryzeusze to właśnie naiwne przyznanie się do niedojrzałości i braku mądrości: trzeba im łopatologicznie, czyli tak, jak małemu dziecku tłumaczyć, że coś jest złe, a coś innego jest dobre. Nie chce im się samym odważyć na przyjęcie nowej perspektywy sięgającej daleko w głąb ich serca, tylko dalej chcą być prowadzeni przez „cuda” i „dziwy” okazane tylko im, jako wyjątkowo nadających się do takiego wyróżnienia. Jak już kogoś takiego znajdą – a wszystkie sekty dobitnie taką sytuację potwierdzają – to wtedy obdarzają takiego „cudotwórcę” godnością zastępcy ich własnego sumienia i bezkrytycznie poddają się jego ocenie wyłączając swoje własne sumienie. Nadużycie jest ogromne, ale odpowiedzialność jest obopólna: niech on/ona zdecyduje, ja nie muszę podejmować decyzji. Podjąłem tę decyzję rok temu, nie będę jej odwoływał mimo przeczucia, że „coś tu nie gra”.
Jak dzidziuś…
Szkoda tylko, że ma 30 lat…

ks. Karol Porczak MS


