Wreszcie przyszło nawrócenie Centrum Pojednania La Salette, Dębowiec
Varia   ❯   Wreszcie przyszło nawrócenie
5 maja 2020

Wreszcie przyszło nawrócenie

Jako młody chłopak bardzo zbłądziłem. Nie wiedziałem kim jestem. W wieku dorastania dużym autorytetem byli koledzy, którzy często byli bezwzględni. Kiedy dowiadywali się, że nasza rodzina się powiększa (było nas sześcioro rodzeństwa),to moich rodziców nazywali dzieciorobami. Wewnętrznie nie zgadzałem się z tą opinią, ale presja otoczenia była silniejsza, a ja byłem zbyt słaby, nie radziłem sobie…

Znalazłem się na dnie
Wracałem do domu zbuntowany, co prowadziło do ciągłych kłótni z rodzicami. Moje relacje z rodzicami zostały kompletnie porozrywane. Nawet słowo matka nie przechodziło mi przez gardło. Rzucałem w ich stronę wulgarne określenia. Rodzice naprawdę mieli ze mną ciężko. Żyłem na podwórku, na ławce w parku, a do domu przychodziłem tylko zjeść i spać. Robiłem, co chciałem. Uprawiałem dużo sportu, nie myślałem o narkotykach czy alkoholu. Kiedy miałem dwanaście lat, przyszedł do mnie kolega ze szkoły, który nosił długie włosy – stąd mówiliśmy na niego Jezus – i poczęstował mnie trawką. Popalaliśmy. Było fajnie. Trwało to jakiś czas. Później zacząłem sięgać po mocniejsze rzeczy… Degradowałem się coraz mocniej, coraz głębiej, aż wylądowałem totalnie na dnie, całkowicie uzależniony. Widać było, że potrzebuję pomocy, tylko do mnie to nie docierało. Żyłem jak we mgle. Kiedy znalazłem się na dnie, wtedy wszyscy odwrócili się ode mnie. Wszyscy. Tylko rodzice mnie nie zostawili. Dzięki nim trafiłem do wspólnoty Cenacolo. Miałem wtedy osiemnaście lat.

Cenacolo
To jeden wielki cud, że dotarłem do Cenacolo. Na początku byłem w Giezkowie pod Koszalinem i był to dla mnie naprawdę prawdziwy kołchoz. Na początku odbierałem ten mój pobyt tam za największą tragedię w moim życiu. Dużo większym prestiżem wydawało mi się trafić do więzienia niż być w Cenacolo. Tam obowiązywały zupełnie inne wartości niż te, którymi ja się kierowałem. Tam była modlitwa i praca (ora et labora). Chciałem stamtąd uciec, ale jedna rzecz mnie intrygowała: ludzie w Cenacolo mieli błysk w oku, mieli chęć do życia pomimo tego, że z mojego punktu widzenia było strasznie. Wtedy pomyślałem tak po narkomańsku, co oni biorą, że są tak nakręceni? Przecież tutaj nie ma telewizji, dziewczyn, nie ma nic… Wciąż nurtowała mnie myśl, co oni biorą i kiedy mi to dadzą. Mijał miesiąc za miesiącem i nic mi nie dawali, a moje serce powoli, powoli topniało.

Kiedy przybyłem do wspólnoty, to była zima stulecia. Śniegu było prawie po pas. Rano wszyscy szli do kaplicy się pomodlić. Podłoga podgrzewana, fajnie. A ja z moim aniołem stróżem, który mnie wprowadzał do tego domu, szliśmy odśnieżać. Po tygodniu powiedział do mnie: – Słuchaj, możemy odśnieżać, ale możemy też iść do kaplicy. Co wybierasz? Kaplicę – odpowiedziałem dodając, że nie znam się na modlitwie.

Jestem w kaplicy i słyszę takie słowa: „chłopie, ty się nie musisz modlić, tylko bądź, my się za ciebie będziemy modlili”. Powoli otwierałem oczy. Pan Bóg kruszył głazy mojego serca… Wreszcie przyszło nawrócenie W Cenacolo byłem pięć lat, dwa lata w Austrii, dwa lata we Włoszech, w domu generalnym Pagno. Mam 23 lata, kiedy opuszczam Cenacolo i od pięciu lat nie biorę narkotyków…

W Cenacolo rozeznałem, że chcę założyć rodzinę, że nie mogę żyć tylko dla siebie. Zacząłem modlić się o żonę. Zawarłem z Panem Bogiem taki dil: Boże, daję Ci dwa lata i ślub, bo jak nie, to wracam. Zderzenie ze światem nie było łatwe. W Cenacolo byliśmy jakby pod kloszem. Tam mieliśmy się skupić na relacji z Panem Bogiem przez codzienną adorację, trzy różańce dziennie, komunia święta, spowiedź, a do tego praca, która miała zadanie terapeutyczne. Dla przykładu można było w dwie godziny pociąć drzewo piłą motorową, a my piłowaliśmy piłą ręczną przez dwa tygodnie. Wróciłem do domu i za namową siostry pojechałem do Warszawy, żeby skończyć szkołę, zdać maturę, znaleźć pracę i mieszkanie. Po powrocie z Cenacolo postanowiłem, że będę odmawiał minimum jeden różaniec dziennie i się tego trzymałem.

Mój anioł stróż
Udałem się do grupy wsparcia dla rodziców z Warszawy i od nich dostałem kontakt w sprawie pracy. Pracodawca zatrudnił mnie od ręki– wszystko na legalu (nie na czarno). Jak spotkaliśmy się po raz pierwszy w Warszawie, to pojechaliśmy do Legionowa, abym zobaczył, na czym będzie polegała moja praca. Kiedy wsiedliśmy do samochodu, szef mówi, że mamy pół godziny, więc pomodlimy się na różańcu. Wtedy poczułem, że jestem w dobrych rękach, u dobrego człowieka. Pomyślałem – to jest mój anioł stróż.

Gdzieś po tygodniu pracy mój szef oznajmił mi: „Fajnie, że odmawiasz te różańce, ale jak chcesz u mnie pracować, to tu jest kościół i codziennie masz chodzić na Eucharystię”. Pewnego razu szef wziął mnie na obiad do swojej córki. Od pierwszego spotkania wpadliśmy sobie w oko. Ja nie chciałem szukać dziewczyny przy barze, albo na dyskotece. Marta – moja żona – ujęła mnie swoim wdziękiem, pięknem wewnętrznym oraz głębią. Nasza miłość wzrastała. Było pięknie. Narzeczeństwo było cudowne. Zaręczyliśmy się w Medjugorie, więc super po bożemu. Było tak fajnie, że wieczorem, kiedy umówiliśmy się na oglądanie filmu, wcześniej zapalaliśmy świece i odmawialiśmy różaniec. Nie wiedziałem, że wkrótce ma to się skończyć.

Rodzina Trzecińskich

Błogosławiony czas
Początki małżeństwa były trudne. Każdy z nas chciał jak najlepiej, ale po swojemu. Nasz bagaż życiowych doświadczeń, schematy w których zostaliśmy wychowani oraz indywidualna wizja naszego małżeństwa zaczęły nas przygniatać. Obydwoje mamy wspólną cechę – jesteśmy niesamowicie uparci. Były ogromne tarcia. Kompletnie nie byliśmy przygotowani do małżeństwa, do budowania relacji. Po trzech miesiącach tych ciągłych tarć bardzo mocno się poraniliśmy w efekcie moja żona zaczęła szukać adwokata i chciała składać pozew rozwodowy.

Zaczęliśmy szukać jakiejś wspólnoty w Kościele, bo widzieliśmy, że sami nie damy rady. Naprawdę wiele osób otaczało nas wtedy modlitwą. Poszliśmy do poradni rodzinnej, w której otrzymaliśmy ogromną pomoc. To był dla nas błogosławiony czas i zobaczyliśmy, jak Bóg był dobry dla nas. Zaczęliśmy inwestować w nasze małżeństwo jeżdżąc na rekolekcje, kursy, szkolenia i warsztaty. Jesteśmy w małżeństwie od ośmiu lat. Pan Bóg obdarzył nas czwórką zdrowych, bardzo ruchliwych dzieci. Dziś mogę śmiało powiedzieć, że choć nie jest łatwo, to jesteśmy szczęśliwi.

W wolnych chwilach posługujemy w poradni rodzinnej, gdzie zdarza się nam dzielić się naszymi początkami z innymi parami. Jak widać, wszystko jest po coś. I za to wszystko chwała Panu!

Szymon Trzeciński

Nadchodzące wydarzenia
21
MAJ
Pojednanie z samym sobą

Sesja "Pojednanie z samym sobą" prowadzona jest w ramach cyklu... czytaj więcej

osoby dorosłe

Godzina rozpoczęcia 18:00

28
MAJ
Różańcowe Dni Skupienia

Różańcowe Dni Skupienia Termin:  28 - 30  maja... czytaj więcej

Godzina rozpoczęcia 18:00

11
CZE
Rekolekcje trzeźwościowe – 2

REKOLEKCJE TRZEŹWOŚCIOWE Na comiesięczne spotkanie zapraszamy... czytaj więcej

Osoby dorosłe

Godzina rozpoczęcia 18:00

„Miejmy wielkie pragnienia, bo z nich wyniknie nasze dobro.”
(św. Teresa)

 

 
"