Kategoria Spotkania Centrum Pojednania La Salette, Dębowiec
Varia   ❯   Spotkania
24 maja 2021

Posługa pojednania

Z księdzem biskupem Romanem Pindlem ordynariuszem diecezji bielsko-żywieckiej rozmawia ks. Bohdan Dutko MS

Kiedy ksiądz Biskup po raz pierwszy usłyszał o Matce Bożej z La Salette?
Kiedy w 1977 roku wstąpiłem do seminarium i tam poznałem pięciu młodych saletynów.

Czy był ksiądz biskup w La Salette?
Nie.

O, to ociera się o grzech ciężki… (śmiech). Ale w Dębowcu już nie po raz pierwszy?
Jestem trzeci raz.

A czy wgłębiał się Ksiądz Biskup w treść orędzia?
Tak. Nawet uczestniczyłem w sympozjum, na którym miałem wystąpienie na temat nawrócenia w Piśmie Świętym.

O jakim nawróceniu mówimy? Ostatnio rozmawiałem z naszym starszym ojcem saletynem, Francuzem i on powiedział, że ze swojego słownika wyrzucił słowo nawrócenie. Tłumacząc, że to nikomu dzisiaj nic nie mówi. „Ja po prostu mówię do ludzi, ty się zmień, popraw swoje życie” – to jego słowa. Nie wiem, czy Matka Boża miała to na myśli, właśnie takie rozumienie nawrócenia.
Nawrócenie według Ewangelii, to jest przede wszystkim zmiana życia, które musi wynikać ze zmiany wewnętrznej w człowieku. W orędziu z La Salette jest mowa o nawróceniu pierwszym, czyli od grzechu do łaski, od błądzenia, od nieliczenia się z Bogiem do tego, że człowiek zaczyna się z Bogiem liczyć. Także uznaje potrzebę pokuty i to wszystko ze względu na Boga.

Czy nawrócenie, o którym jest mowa w La Salette ma to samo ujęcie, które zawiera greckie słowo „metanoia” w Nowym Testamencie?
Tak, bo metanoia dotyczy zmiany umysłu, jak rozumieli to słowo Grecy. Jednak autorzy biblijni rozumieli tę zmianę szerzej, we wnętrzu, w odróżnieniu od zewnętrznej tylko. Z drugiej strony, metanoia nie ogranicza się do tego, że coś zrozumiałem, ale że to wyraża się w przemianie życia i postępowania. Św. Paweł w Rz 12, 2 podkreśla taki właśnie kierunek, gdy wzywa chrześcijan w Rzymie do tego, by się zmienili swoje postępowanie, co wyraża czasownik metamorfeo, które jednak ma się dokonać przez zmianę wnętrza, a co wyrażają czasownik oznaczający „odnowić” połączony z rzeczownikiem oznaczającym umysł, ale w tym miejscu to właśnie wnętrze.

Objawienie w La Salette było w wigilię żydowskiego święta Rosz ha-Szana, które rozpoczyna 10-dniowy okres pokuty, który kończy się świętem Jom Kipur. Ważnym słowem w tym czasie jest teszuwa. Mówią rabini, że Pan Bóg przy stworzeniu świata stworzył teszuwę, żeby człowiek mógł wrócić do Boga. Czy w La Salette też mamy do czynienia z taką formą nawrócenia?
Pewnie w takich kategoriach, zwłaszcza rabinistycznych, nie próbowałbym tłumaczyć nawrócenia, nie czuję się do tego uprawniony. Jeżeli jednak słyszymy słowa objawienia prywatnego wzywające do nawrócenia, to winniśmy pamiętać, że jest to aplikacja wezwania do tego nawrócenia, które głosił Chrystus głosząc bliskość królestwa Bożego.

Maryja z La Salette nazwana jest Matką pojednania. W La Salette na domku spowiedzi napisano słowa św. Pawła z Drugiego Listu do Koryntian: „W imię Chrystusa prosimy pojednajcie się z Bogiem”. Ksiądz Biskup jest biblistą, czy można prosić o komentarz do tych słów.
Tak brzmiące zdanie stanowi wezwanie do pojednania, równocześnie jednak wskazuje na konkluzję dla człowieka, który uwierzył, że Bóg pojednał nas ze sobą przez Chrystusa oraz że przez kapłaństwo apostołów jest możliwość przyjęcia tego pojednania. Kto tak wierzy, przyjmie tak brzmiące wezwanie Apostoła. Proszę posłuchać a nawet zobaczyć na tekście poniżej, jak Paweł trzy razy powtarza zestawione ze sobą dwa fakty, najpierw jednorazowe pojednanie przez Chrystusa, a następnie powierzane apostołom posłannictwo i posługę jednania pojedynczo ludzi, którzy odpowiedzą na to wezwanie: „Wszystko zaś to pochodzi od Boga, który pojednał nas z sobą przez Chrystusa i zlecił na posługę jednania. Albowiem w Chrystusie Bóg jednał z sobą świat, nie poczytując ludziom ich grzechów, nam zaś przekazując słowo jednania. Tak więc w imieniu Chrystusa spełniamy posłannictwo jakby Boga samego, który przez nas udziela napomnień. W imię Chrystusa prosimy: pojednajcie się z Bogiem!” (2Kor 5, 18-20).
W tych słowach św. Paweł, mówiąc językiem retoryki hebrajskiej, przez symetrię równoległą trzech połączeń posługi kapłańskiej apostołów oraz pojednania z Bogiem przez Chrystusa. Podkreślona przez Apostoła misja kapłańska wyraża się przede wszystkim przez głoszone słowo zawierające wezwanie do nawrócenia. Trzeba tu dodać, że zarówno greckie logos, jak hebrajskie dawar, oznacza więcej niż tylko wypowiedź werbalną, ale także takie słowo, które coś sprawia. W tym wypadku ma być skutecznym wezwaniem do pojednania i skutecznym słowem nad człowiekiem pragnącym pojednania z Bogiem, by rzeczywiście to pojednanie z Bogiem osiągnął.

A czy posługa jednania (diakonia tes katallages) odnosi się tylko do tego sakramentalnego pojednania?
Nie tylko! Posługa jednania powinna obejmować także towarzyszenie, czyli bycie „z człowiekiem”, najpierw z tym, który jeszcze nie ma siły powstać i szukać pojednania. Bardzo ważne jest pokazywanie ludziom wciąż, że jest możliwość powrotu, powstania, zmiany życia. Natomiast po pojednaniu indywidualnym i sakramentalnym posługa pojednania będzie polegać na towarzyszeniu w leczeniu człowieka. Widać to dobrze w przypadku człowieka uzależnionego od alkoholu. Po iluś upadkach i spowiedziach ktoś przestaje pić, ale później trzeźwieje w tym sensie, że staje się umocniony w swojej trzeźwości, że wokół niego będą pić, a on tylko wyjdzie na papierosa. Dziś tego towarzyszenia potrzeba więcej niż kiedyś, bo też i więcej jest różnych sposobów uzależnienia, i bywają mocniejsze. Do tego wydaje się, że młode pokolenie jest słabsze, wymaga też więcej cierpliwości, wyrozumiałości i towarzyszenia, cały czas z tym wezwaniem Chrystus: „Pojednajcie się z Bogiem”.

A nie wydaje się Księdzu Biskupowi, że w naszym duszpasterstwie kładziemy głównie akcent posłudze spowiedzi, a brakuje nam tej ciągłej posługi towarzyszenia w drodze…
Tak, to staje się coraz bardziej widoczne. Ludziom, którzy powracają po różnych uwikłaniach, po uzależnieniach nie wystarczy sama spowiedź, nałożenie pokuty i myślenie, że już wszystko zakończone. Potrzebny jest proces zdrowienia i powracania do wolności. Na pewno taki człowiek potrzebuje tego, co nazywamy towarzyszeniem lub kierownictwem duchowym, ale także wspólnoty, zarówno takiej, która może „nieść jego ciężary” jak i takiej jak AA, gdzie znajdzie wsparcie.

Wróćmy jeszcze do posługi Słowem. Wezwanie do nawrócenia rozumiane jako zmiana postępowania może mieć wydźwięk moralizatorski – to człowiek sam ma się zmienić. Potrzebujemy bardziej przepowiadania kerygmatycznego, gdzie człowiek słyszy Dobrą Nowinę dla siebie.
Jak już mówiłem, w piątym rozdziale Drugiego Listu do Koryntian jest mowa o tym, że Bóg pojednał świat ze sobą w Jezusie oraz o możliwości uzyskania tego pojednania przez kapłaństwo apostołów. Nie ma mowy o konkretnych grzechach ani o konkretnych wskazaniach moralnych, tylko o pojednaniu z Bogiem w sensie fundamentalnym. Wiąże się to z myślą, którą wyraził to św. Paweł w Liście do Rzymian, że początek wszelkiego grzechu stanowi nieuznanie Boga za Boga. Owszem, mogę uznawać teoretycznie Jego istnienie, ale nie jako Boga, a co za tym idzie, wcale nie muszę się z Nim liczyć.
Dla wykazania, że poganie potrzebują usprawiedliwienia w I rozdziale Listu do Rzymian Św. Paweł ukazuje degradację pogan, których wina polegała na tym, że nie uznali Boga jako Boga i nie oddali Mu czci. Później wymienia całą lawinę następstw. Popełniali grzechy coraz gorsze, stali się takimi grzesznikami, że nie tylko kłamali, ale stali się kłamcami. Zostali zniewoleni przez grzech. Umysł ich został tak odmieniony, że popełniali grzech przeciwko rozumowi. Ich wynaturzenia i grzechy seksualne są nie do pojęcia przez człowieka, który uznaje prawo Boże. Na końcu tej deprawacji człowieka jest to, że chlubią się tym, czego powinni się wstydzić.

Orędzie z La Salette ma podobny wydźwięk. Maryja dotyka trzech pierwszych przykazań Dekalogu. Jej lud przestał uważać Boga za Boga. Zmienił sobie Boga na bożka pracy, bożka pieniądza. Maryja praktycznie nic nie mówi o grzechach tego ludu.
– Tak, tam są wspominane tylko znaki.

Czy Ksiądz Biskup był świadkiem czyjegoś pojednania się z Bogiem dlatego, że usłyszał Dobrą Nowinę?
Miałem okazję parę razy widzieć coś, co bym nawet nazwał cudem. Byłem zdumiony, że bardzo proste słowa doprowadziły człowieka do tego, że sam w pewnym momencie powiedział: „Na co jeszcze mam czekać?” Słowo zbawienia było tak obfite, że powaliło go z nóg. Poszedł do spowiedzi, którą przeżywał bardzo mocno z ludzkich względów takich jak lęk i wstyd. Natomiast w sakramencie pokuty czekał na niego nowy znak od Boga. Nieoczekiwany i znów zwalający z nóg. Tym razem nie łaska wewnętrzna i poruszenie, ale kapłan, który po rozgrzeszeniu wyszedł z konfesjonału, podniósł go z klęczek, i przygarnął. To było mocniejsze niż najpiękniejsze słowa

Księże Biskupie, jesteśmy świadkami odejść wielu ludzi z Kościoła, gdzie jest przyczyna?
Przyczyn jest na pewno wiele, ale fundamentalna jest taka, że w wielu przypadkach po prostu brak wiary. Biedą naszych czasów jest to, że dotychczasowa wiara nie wystarcza wobec prądów które dosłownie zmiotły świat tak uporządkowany, że wiara jest wystawiona na próbę. Wiara, którą ktoś odziedziczył, ale nie przyswoił. Wiara młodego człowieka, który nigdy naprawdę nie wierzył, a jedynie przyjął jakieś zewnętrzne znamiona życia chrześcijańskiego. Zgorszenie, także z powodu grzechów duchownych, jest katalizatorem, który przyspiesza decyzję na odejście, choć w wielu wypadkach nie było wiary. Nie chciałbym przy tym osądzać człowieka, który mówi, że opuszcza Kościół, bo księża grzeszą. Każdy ma jakąś miarę wytrzymałości wobec zła, po przekroczeniu której mówi: dość! Jestem bowiem świadkiem nieraz niezwykłych świadectw, gdy wiara wytrzymuje próbę, nieraz ekstremalną. Nieraz podziwiam oczyszczenie wiary i wręcz umocnienie.

Widać coraz bardziej, że wielu wiernych jest słabo zakorzenionych w wierze.
Ktoś deklaruje, że jest człowiekiem głęboko wierzącym, ale w już w rozmowie okazuje się, że pielęgnuje w sobie naiwne wyobrażenia, przyplątało się trochę zabobonów, trochę wychowania do zachowań chrześcijańskich, przyzwyczajenia, które pozostały z czasu bycia ministrantem, trochę konserwatyzmu… Sprawdzianem zakorzeniania w wierze jest to, co człowiek robi w momencie zakwestionowania jego wiary, zagrożenia jego pozycji, okazji, by „zapłacić” jakąś cenę, by móc wyznawać wiarę. Apostołowie w Dziejach Apostolskich, gdy groziło im więzienie, później zaś i śmierć, jeżeli nie przestaną głosić Jezusa, modlą się o umocnienie przez Ducha Świętego, by mogli dalej z odwagą głosić ewangelię (Dz 4, 29-30). Wierzący, bez wątpienia, a jednak proszący Boga o umocnienie od Boga w sytuacji zakwestionowania ich wiary i realnej groźby przeciwników ewangelii.

A może problem jest w naszym przepowiadaniu?
Zacznę od mojej obserwacji. Na początku mojego kapłaństwa byłem bardzo nieudolnym głosicielem. Wydaje mi się, że brakowało dobrego przygotowania w seminarium i musiałem się uczyć sam, szukając takiego sposobu głoszenia ewangelii, bym widział najpierw zainteresowanie i odzew w kościele. Głosi się przecież po to, aby być usłyszanym a orędzie było przyjęte. Dziś patrzę na młodych księży, którzy mają śmiałość i odwagę „na starcie”, a do tego lepsze przygotowanie praktyczne niż wtedy, gdy moje pokolenie przygotowywało się do święceń. Nieraz dochodzi do tego autentyczny talent osobisty. Cieszę się z tego za każdym razem. Jeszcze bardziej, gdy widzę, że taki głosiciel słowa Bożego nie ustaje w trudzie przygotowania siebie samego do przyjęcia tego słowa i dla jego proklamowania innym. Niestety, bywa i tak, że z czasem przychodzi jakiś kryzys, nie dość modlitwy i trudu. Nieraz zniechęcenie i lenistwo, gdy kto sięga po „gotowce” i słowo Boże głosi w sposób beznamiętny, bez zaangażowania, co gorsza przeprowadzając w kazaniu swoje zamiary, nie zaś Boże.
Chodzi mi o to, żeby nie zagubić troski o los tego słowa w sercu człowieka, który przychodzi do kościoła. By głoszone przez kaznodzieję słowo stanowiło taki przekaz, by to sam Pan docierał i przemawiał do serca słuchającego. Jak to powiedział jeden z wybitnych kaznodziei francuskich starszego pokolenia, że głoszący słowo Boże jest podobny do tych, którzy odwalili kamień na grobie łazarza. Tylko Chrystus może bowiem skutecznie zawołać: „Łazarzu, wyjdź!”

A byłoby dobrze, gdyby także słuchający modlił się za tego, którego będzie słuchał. Przygotowywać się trzeba i na kolanach. Kiedyś ksiądz kard. Sapieha nawiedził jakąś parafię i słuchał kazania młodego księdza. Po mszy św. w zakrystii kaznodzieja powiedział: Księże kardynale, ta pierwsza część kazania była przygotowywana, ta druga była z Ducha Świętego. Kardynał miał powiedzieć, ale ta pierwsza była lepsza.
To świetne podsumowanie.

Posługa pojednania jest bardzo wielowymiarowa, dotyczy ludzi i problemów, jak Ksiądz Biskup sobie radzi?
Najlepiej byłoby powiedzieć, że sobie nie radzę… (śmiech) a przynajmniej nie jest łatwo…

Na terenie diecezji, której Ksiądz Biskup posługuje, położony jest były niemiecki obóz zagłady w Oświęcimiu, to też wielkie wezwanie na polu pojednania.
Tak, to prawda. To pojednanie od wielu lat podejmują różne środowiska i instytucje. Okazałym znakiem jest Centrum Dialogu i Modlitwy w Oświęcimiu, położone po drugiej stronie ulicy biegnącej wzdłuż jednego z ogrodzeń dawnego Obozu Koncentracyjnego a dziś Muzeum KL Auschwitz-Birkenau. Mniej widoczny, a powstały wcześniej, jest klasztor sióstr karmelitanek, aktualnie „przyczepiony” do Centrum, noszący nazwę Karmel Świętych Obcowania. Podobne klasztory widziałem przy obozie w Dachau o wymownej nazwie „Karmel Najświętszej Krwi w Dachau” i w Berlinie w Charlottenburg-Nord, obok więzienia Plötzensee, gdzie stracono ponad 2.500 więźniów, głównie niemieckich przeciwników Hitlera. Ten karmel nosi nazwę Matki Bożej Królowej Apostołów.
Ostatnim moim odkryciem jest to, że KL Auschwitz-Birkenau był straszliwą fabryką śmierci, a równocześnie manufakturą świętości. Doliczyłem się ponad 50 osób, które są już świętymi lub błogosławionymi męczennikami, albo trwa ich proces beatyfikacyjny. To niezwykłe miejsce skondensowania zła, a zarazem wyżyn człowieczeństwa i świętości. Owszem, jedni tracili wiarę, sens życia, potrafili się upodlić, inni jednak znaleźli sens życia, także w tym, by oddać życie za kogoś innego, czy odkładając sobie kromkę od ust, dali ją temu, który był bardziej głodny.

W ostatnim czasie musiał Ksiądz Biskup zmierzyć się z przestępstwami księży wobec nieletnich. Jak pełnić posługę pojednania wobec ofiary, ale także wobec przestępcy?
Jest to sprawa ogromnie trudna i to z wielu powodów. W przypadku osoby zranionej, niekiedy dawno, w momencie zgłoszenia zaczyna się proces przeżywania na nowo, którzy ma bardzo różny przebieg. Dobrze, gdy dochodzi do pojednania z samym sobą i historią swojego życia, z całą sytuacją i sprawcą. Dobrze, gdy towarzyszy temu duszpasterz przeznaczony do tego terapeuta. Na to potrzeba czasu i woli podjęcia trudnych kroków. Do tego dochodzi coś, co trzeba nazwać „tajemnicą nieprawości”, co trudno niekiedy pojąć, co zawiera przekraczanie wielu granic, które nigdy nie powinny być przekroczone.
W przypadku sprawcy niekiedy trudno przychodzi uznanie winy, przyjęcie kary czy gotowość odpokutowania i pojednania. Często polecam modlitwie takie osoby, bo idzie przecież o jego pojednanie z Bogiem i z osobą poszkodowaną. Nieraz na przeszkodzie stoi wiek, w którym trudniej jest przyjąć trudną prawdę o sobie i mechanizmy psychologiczne nie pozwalają na dopuszczenie do siebie winy i przyznanie się do zła.

Nie wiem, czy Ksiądz Biskup czytał książkę Przebaczam, ci ojcze. Jest to historia, w której autor krzywdzony latami przez pewnego zakonnika, już jako dorosły mężczyzna, ojciec pięciorga dzieci, po trzydziestu latach od tamtych wydarzeń, pojechał do krzywdziciela i przebaczył mu. W tym pojednania zobaczyłem obecność Kościoła. Bo on jako ofiara, nie zrobiłby tego bez wiary, nie można tego zrobić, nie będąc pojednanym…
Wielka pascha! Doświadczył pewnej formy śmierci od swego oprawcy, ale też śmierci doświadczył oprawca, a Pan Bóg z tego wydarzenia wyprowadził życie. To jest także misja Kościoła, która w taki sposób wyraża jego posługę jednania.

Dziękuję za rozmowę.

15 stycznia 2021

Niebo jest bliżej ziemi, a ziemia bliżej nieba

Z księdzem biskupem Krzysztofem Nitkiewiczem, ordynariuszem diecezji sandomierskiej rozmawia ks. Bohdan Dutko MS

Kiedy Ksiądz Biskup po raz pierwszy usłyszał o Matce Boże Płaczącej?
W mojej rodzinnej diecezji białostockiej nie było saletynów. Raczej był kult Matki Bożej Ostrobramskiej, który wyprzedzał nawet cześć ku Matce Bożej Częstochowskiej. O Płaczącej Pani usłyszałem jeszcze w czasach seminaryjnych, w ramach formacji. Wiedzę o La Salette pogłębiałem później poprzez osobiste kontakty z księżmi saletynami, zwłaszcza podczas pracy w Rzymie. Natomiast nigdy nie dotarłem do sanktuarium w La Salette.

bp Krzysztof Nitkiewicz przed Kalwarią w Dębowcu

A jak to się stało, że ksiądz biskup pielgrzymuje do Dębowca?
To wynika z harmonogramu, który opracowaliśmy razem z przełożonymi seminarium i według którego dwa razy do roku udajemy się całym seminarium na pielgrzymkę. Na początku roku pielgrzymujemy poza diecezję, a na koniec roku w diecezji. Wyboru dokonują klerycy razem z przełożonymi. Tym razem wybrali polskie La Salette. W diecezji mamy jedną parafię p.w. Matki Bożej z La Salette, w Ostrowcu Świętokrzyskim. Może ksiądz rektor, który tam pracował przez dziesięć lat, był pomysłodawcą, ale bardzo się cieszę, że tutaj jesteśmy.

I jakie wrażenie Ksiądz Biskup wywiezie z tego sanktuarium?
Tu czuje się atmosferę modlitwy, czuje się tę bliskość Maryi. Ludzie też widocznie mają takie odczucie, bo widzieliśmy dzisiaj różnych pielgrzymów. Powiedzenie, że Sanktuarium to miejsce, gdzie niebo jest bliżej ziemi, a ziemia bliżej nieba tutaj jak najbardziej się sprawdza.

Matkę Bożą z La Salette nazywamy Pojednawczynią Grzeszników. Ksiądz Biskup przez wiele lat pracował w Kongregacji do spraw Kościołów Wschodnich. Jak Ksiądz Biskup postrzega pojednanie w ramach wspólnot chrześcijańskich?
To jest bardzo złożone zagadnienie. Jestem przewodniczącym Zespołu ds. Kontaktów z Polską Radą Ekumeniczną oraz Rady ds. Ekumenizmu. Jeśli porównamy czasy przed Soborem Watykańskim II, to widać zmianę epokową. Kiedyś katolik nie mógł pójść do cerkwi czy do świątyni protestanckiej, bo za to były kary kościelne. A oni też do nas nie przychodzili. Dzisiaj chodzimy do siebie na nabożeństwa.

Na początku trzeciego tysiąclecia Kościoły Polskiej Rady Ekumenicznej i nasz Kościół Katolicki przyjęły dokument o chrzcie, bo wszyscy wyrastamy z chrztu. Kościół jest jeden, chrześcijanie są podzieleni, ale łączy nas chrzest, to wszczepienie Chrystusa. I ze względu na chrzest mamy te same obowiązki wobec świata i wobec siebie: mamy kochać się nawzajem, głosić Ewangelię i świadczyć o Chrystusie, być obrazem Chrystusa na ziemi.

Więc jesteśmy coraz bliżej siebie.
Może się wydawać, że od kilkunastu lat ta dynamika ruchu ekumenicznego nieco spowolniła, ale to nieprawda. Wyjaśniliśmy kwestie zasadnicze, natomiast jak się przechodzi do szczegółów, to zawsze jest trudniej. Pomimo wszystko staramy się iść do przodu. Uczestniczę też w pracach Międzynarodowej Komisji Teologicznej Katolicko-Prawosławnej. Rozmowy nie są łatwe, ale jest postęp. Na przykład dyskutujemy o roli papieża, co kiedyś wydawało się wręcz niemożliwe. Oni, nie chcę powiedzieć, że nam zazdroszczą, ale doceniają rolę papieża, biskupa Rzymu.

Ruch ekumeniczny obejmuje wszystkie dziedziny życia. Podejmujemy kwestie doktrynalne i kwestie praktyczne, ale przede wszystkim jako chrześcijanie powinniśmy się nawzajem nie tylko szanować, tolerować, ale kochać i ze sobą współpracować.
W tej drodze pojednania jakie są najważniejsze czy niezbędne elementy?

Myślę, że jest tu pewien wątek bliski Matce Bożej z La Salette. Podejście do kultu Maryi jest inne u prawosławnych i protestantów, natomiast pierwsza rzecz w ekumenizmie – tak mi się wydaje – to jest uznanie własnej grzeszności. To grzech nas podzielił, a przezwyciężając grzech zbliżamy się do siebie.

A więc uznać swój grzech, przeprosić za grzech i pokornie spojrzeć na siebie samego – to jest absolutna podstawa. Druga rzecz, o której często zapominamy, bo za bardzo wierzymy we własne siły, to ta, że jedność Kościoła jest od Ducha Świętego.

Jest to tak zwany ekumenizm duchowy, a więc modlitwa o jedność. Wyrzeczenia ponoszone w intencji jedności, pokuta za jedność, to się Panu Bogu podoba. Bóg wysłuchuje nasze wołania i Duch Święty tę jedność buduje. Potrzebny jest dialog teologiczny, potrzebne jest wyjaśnienie kwestii praktycznych, potrzebne są wspólne inicjatywy. Wspólnie z Polską Radą Ekumeniczną wystosowaliśmy apel dotyczący ekologii i emigrantów. Jednak, jak powiedziałem, zaczynamy od samego początku, a więc widzimy, kim jesteśmy jako ludzie i widzimy, że tylko Pan Bóg jest w stanie te wszystkie rany zabliźnić.

Idea zjednoczonej Europy zrodziła się w La Salette. Robert Szuman, jeden z ojców założycieli ukrywał się w czasie wojny w sanktuarium w La Salette. Pierwsze publikacje o Zjednoczonej Europie ukazywały Matkę Bożą z La Salette jako patronkę tego zjednoczenia. Co ciekawe, architektura bazyliki łącząca duchowość Wschodu i Zachodu wyraża idę pojednania, która wykracza dalej niż idee zjednoczonej Europy, bo obejmuje idee o wiele głębsze, które podjęliśmy w naszej rozmowie.
Na koniec naszego spotkania nie pozostaje mi nic innego, jak zaprosić Księdza Biskupa na pielgrzymkę do La Salette.

20 listopada 2020

Styl życia Rodziny z Nazaretu

Miłości nie można zredukować wyłącznie do seksu.

Z kaznodzieją Domu Papieskiego Ojcem Raniero Cantalamessa OFMCap
rozmawia ks. Bohdan Dutko MS

Przez wiele lat był ojciec blisko Jana Pawła II. Proszę powiedzieć, jakie miejsce w Jego nauczaniu miała rodzina chrześcijańska?
Jan Paweł II był wielkim orędownikiem rodziny. Stworzył w Rzymie Instytut Studiów nad Rodziną. Nie ma dokumentu, w którym by nie podkreślał doniosłej roli rodziny. Jan Paweł II walczył o rodzinę. Widzieliśmy, jaką troską otaczał dzieci. Zewnętrznym tego znakiem było błogosławienie i obejmowanie dzieci, gdy przechodził pośród wiernych. Posiadał niezwykłą wrażliwość także na kwestie rodziny. Napisał jedną z najważniejszych książek Mężczyzną i niewiastą stworzył ich dotyczących teologii ciała, która zainspirowała wiele badań i refleksji i która przyczyniła się do odnowy naszej wizji cielesności, a także pośrednio naszej wizji seksualności i rodziny. Przedstawił w tej książce niezwykle pozytywną wizję ciała, seksualności i rodziny.

Czym jest rodzina chrześcijańska?
Na międzynarodowym spotkaniu rodzin w Meksyku, które odbyło się dwa lata temu, wygłosiłem referat na temat małżeństwa i rodziny w Biblii, ten tekst jest osiągalny w internecie. Wizja małżeństwa i rodziny pochodzi z planu Bożego i nie jest oparta, jedynie na różnicy między mężczyzną i kobietą, ale istnieje w planie miłości Boga, który na początku stworzył rodzinę i małżeństwo. Bóg jest miłością i to odbija się także w planie wobec rodziny. Żaden bóg pogański nie został tak określony. Tylko Bóg chrześcijan jest miłością i z miłości stworzył człowieka jako mężczyznę i kobietę, różnych pod względem płci. A więc rodzina chrześcijańska jest chrześcijańską w takim stopniu, w jakim jest odblaskiem tej miłości Boga Stworzyciela i żyje według planu Bożego. Jezus w Ewangelii podkreśla, że zamysł Boży został zmanipulowany i mówi, że na początku było inaczej. Jezus w odpowiedzi na wszystkie zniekształcenia przypomina o właściwej wizji małżeństwa i rodziny. Owe zniekształcenia, dotyczyły nie tylko rozwodu, ale także dominacji mężczyzny nad kobietą, zniewolenia kobiety, możliwości oddalenia kobiety przez męża. Można tu także dodać przedkładanie interesu ekonomicznego potomstwa nad miłość wzajemną. A więc były to elementy kultury grzechu. Jezus proponuje powrót do pierwotnego planu Boga, kiedy mówi, iż na początku tak nie było, ponieważ Bóg stworzył mężczyznę i kobietę, i mężczyzna opuści ojca swego i matkę swoją itd… A więc rodzina chrześcijańska jest rodziną biblijną odnowioną przez Jezusa. Stało się podobnie jak w Starym Testamencie, że ten pierwotny zamysł Boga został zniekształcony i następnie Jezus odnowił go i uświęcił jako sakrament.
Sobór Watykański II dokonał ogromnej pracy, aby ponownie ukazać wielki plan Boga dotyczący rodziny i małżeństwa, w którym celem małżeństwa nie jest tylko prokreacja, ale także miłość wzajemna. W ten sposób Sobór przywrócił biblijny obraz rodziny.

Mówił Ojciec o obrazie rodziny w Starym Testamencie, ale przecież już na początku Nowego Testamentu ukazana zostaje nam wizja rodziny; jakie cechy rodziny z Nazaretu są ważne dla rodziny dzisiejszej? Które z nich Ojciec uważa za godne podkreślenia?
Byłoby dobrze znać z bliska życie rodziny z Nazaretu, ale niestety, nie możemy tego powiedzieć. Na pewno było to życie w pełni ludzkie i bogate. Niestety, Święta Rodzina została zredukowana do ładnych obrazków, na których wszystko jest ascetyczne do tego stopnia, że przedstawione osoby nawet się nie dotykają. Tymczasem Maryja pozostała dziewicą, ponieważ naprawdę małżeństwo Maryi i Józefa było małżeństwem wyjątkowym. Na pewno między nimi była pełnia miłości, czułości, których zwykła rodzina ludzka nigdy nie osiągnie. Jest jeden punkt, który odróżnia Rodzinę z Nazaretu od normalnych rodzin. Zwykła rodzina ma jako jeden z celów narodziny potomstwa, natomiast rodzina Maryi i Józefa miała strzec dziewictwa Maryi, a nie zrodzenie potomstwa.

W jednej z homilii na temat małżeństwa podkreślałem, że właśnie z tego punktu widzenia Rodzina z Nazaretu może być przykładem dla współczesnych rodzin. Dzisiaj w małżeństwach przeważa element materialny i erotyczno-seksualny, i odkrycie miłości pełnej akceptacji i cierpienia, która idzie poza atrakcyjność fizyczną, jest konieczne, ponieważ dzisiaj widzimy małżeństwa, które rozpadają się natychmiast, gdyż opierają się wyłącznie na atrakcyjności fizycznej i seksualności, które nie są w stanie utrzymać małżonków przy sobie na całe życie. Od Rodziny z Nazaretu możemy nauczyć się, że miłości nie można zredukować wyłącznie do seksu, że miłość to coś o wiele więcej.

Rodzina z Nazaretu była świadoma swej tożsamości. Czy współczesna rodzina chrześcijańska ma podobną świadomość i jest na tyle wewnętrznie mocna, aby nie ulec silnej „katechezie” świata o rodzinie całkowicie sprzecznej z nauczaniem Kościoła?
Rodzina z Nazaretu to rodzina, która żyła wyłącznie Bogiem. Porównanie więc z rodziną współczesną zależy od tego, do jakiego stopnia ta rodzina żyje wiarą chrześcijańską?! Jeśli są to rodziny, które od czasu do czasu idą do kościoła i żyją wiarą na takim poziomie to jasne, że nie mają odpowiedniej zdolności do życia Bogiem na co dzień, co nadałoby sens wszystkiemu w ich życiu. Dlatego Święta Rodzina pozostanie na zawsze w pewnym oddaleniu, inaczej mówiąc jest trudno osiągnąć jej styl życia. Kiedy rodzina chrześcijańska przeżywa głęboko plan Boga i stawia w centrum Boga, wtedy naśladuje wzór Rodziny z Nazaret.

Jakie miejsce dla rodziny wskazuje Nowa Ewangelizacja? Czy w ogóle jest dla niej miejsce?
Oczywiście, jest miejsce dla rodziny w ewangelizacji. Dzisiaj dają nam przykład tego niektóre ruchy, jak np. wspólnoty neokatechumenalne, które ewangelizują jako rodzina. Jest to jednak pewien wyjątek, ponieważ trudno jest całej rodzinie zmienić miejsce pracy i zamieszkania, kapłanom czy zakonnikom jest w tym łatwiej. Są jednak inne jeszcze sposoby ewangelizowania przez rodzinę – są rodziny, które przyjmują i oferują pomoc w ewangelizacji, są małżeństwa, które prowadzą kursy przedmałżeńskie, są też rodziny, które przyjmują misjonarzy i rodziny, które organizują w swoich domach spotkania ze Słowem Bożym. W Rzymie były także takie misje, kiedy rodzina użyczała swojego mieszkania na spotkanie z innymi z sąsiedztwa, aby przeżywać spotkanie ze Słowem Bożym. Istnieje wiele sposobów na uczestniczenie rodziny w ewangelizacji. Oczywiście sama rodzina jest także wezwana, by być ewangelizowana.

—————————-
Ojciec Raniero Cantalamessa jest kapucynem, od wielu lat pełni funkcję kaznodziei Domu Papieskiego. To jeden z najmądrzejszych i najbardziej rozkochanych w Słowie Bożym duchownych. Jego książka „Życie w Chrystusie” była jedną z tych, które bardzo mocno ukształtowały wiele osób.
Papież Franciszek mianował go kardynałem.

28 października 2020

CIERPIENIE JEST DAREM

Z Janem Niemcem Biskupem pomocniczym diecezji kamieniecko-podolskiej rozmawia ks. Bohdan Dutko MS

Na czym polega choroba Księdza Biskupa?           
Był rok 2008, grudzień. Jeździłem po diecezji kamieniecko−podolskiej głosząc rekolekcje, a że nie mam samochodu, wierni wozili mnie z jednej parafii do drugiej. Zdarzały się przeziębienia, grypa, gorączka… Zażywałem leki w nadziei, że choroba minie i jechałem dalej. W lutym zachorowałem na półpasiec, którego też nie doleczyłem. W krótkim czasie poczułem bezwład lewej strony ciała. Zacząłem utykać na nogę. Następnie nastąpił zanik mięśni. Nie mogłem chodzić o własnych siłach, przytrzymywałem się ściany. 14 kwietnia, po świętach paschalnych, wróciłem do Polski i znalazłem się w szpitalu w Rzeszowie. Praktycznie nie mogłem już poruszać się o własnych siłach. Zdiagnozowano u mnie polineuropatię – zniszczenie korzeni nerwowych, co spowodowało zanik mięśni. Później okazało się, że mam także zanik tkanki kostnej i ostrą osteoporozę, co doprowadziło do złamania piętnastu kręgów. Po rehabilitacji chodziłem o kulach, a w szpitalu jeździłem na wózku. Nie mogłem się za bardzo ruszać, bo łamały się kości. Tak to trwa do dzisiaj. Ostatnio lekarze podejrzewają u mnie także nowotwór w węzłach chłonnych…

Zatem jak ten kręgosłup się utrzymuje?
Zmniejszyłem się o dziesięć centymetrów. Mam cztery różne rodzaje gorsetów. Struktura moich kości jest chora i dlatego każdy przejazd może spowodować kolejne złamania, a wiadomo, jakie są drogi na Ukrainie.

Jak Ksiądz Biskup przyjmuje to cierpienie?
Oczywiście pytałem, dlaczego to cierpienie dotyka mnie, jak je rozumieć. Ale nie pamiętam, żebym się buntował. Raczej odczytuję moje cierpienie w kategoriach daru.

Daru? Księże Biskupie, cały świat ucieka od cierpienia, dopatrując się w nim kary Bożej, a Ksiądz Biskup nazywa je darem?
W Biblii, w Liście do Rzymian, czytamy: „Wiemy też, że Bóg z tymi, którzy Go miłują, współdziała we wszystkim dla ich dobra, z tymi, którzy są powołani według [Jego] zamiaru” (8,28). Natomiast św. Hieronim w Wulgacie mówi tak: „Dla tego, który kocha Boga, wszystko zmierza dla jego dobra, co mu się zdarza w jego życiu, zmierza dla jego dobra”. To bardzo przemówiło do mnie. Św. Hieronim i Orygenes komentując historię Hioba, mówią, że jest on figurą Jezusa Chrystusa, figurą chrześcijanina i figurą Kościoła. Wobec utraty wszystkiego wyznaje: „Bóg dał, Bóg wziął, niech imię Jego będzie błogosławione”. Szatan obsypał Hioba złośliwym trądem od czubka głowy do ostatniego palca, w jego ranach i w całym ciele zagnieździły się robaki, a Hiob nie zbluźnił przeciwko Bogu. Więcej, wyznał: „Dobro z rąk Boga przyjąłem, czemu zła przyjąć nie mogę?”

Ale Ojcowie Kościoła komentując ten tekst mówią, że Szatan nie dotknął go całego…
Tak, to prawda. Zostawił mu język, aby miał czym przeklinać Boga. Szatan namawia nas, żebyśmy nie wierzyli, że dla tych, którzy kochają Boga, wszystko zmierza dla ich dobra. Pan Bóg nie wyjaśnił Hiobowi do końca sensu cierpienia. Ale Ojcowie Kościoła mówią, że Hiob wiedział, że dla tego, który kocha Boga, wszystko zmierza ku dobru.

Ale przy Hiobie została żona i trzech przyjaciół…
Żona namawia Hioba do przeklinania Boga, a przyjaciele z mentalnością starotestamentalną (cierpienie jest karą za grzech) tłumaczą jego sytuację. Ojcowie Kościoła mówią, że żona i ci trzej przyjaciele to jest świat naszych uczuć, z którym jesteśmy tak związani, jak z żoną. Do niewiary w miłość Boga i do odrzucenia cierpienia każdego dnia namawiają nas szatan, nasze serce i świat. Hiob jest figurą Jezusa Chrystusa, ale Hiob jest również figurą chrześcijanina. A chrześcijaninowi na początku się wydaje, że jego szczęście zależy od pieniędzy, od bogactwa, od zdrowia. Ale później, kiedy w życiu doświadczy także przykrych rzeczy, zaczyna rozumieć, że jego szczęście zależy od Boga, a wszystko inne Pan Bóg mu da. Biblia mówi, że Hiobowi Pan Bóg wszystko przywrócił w dwójnasób. Pan Bóg woła przyjaciół Hioba i zarzuca im, że nie mówili prawdy o Nim i że powinien ich teraz ukarać. Ale nie czyni tego, gdyż Hiob wstawił się za nimi. Chrześcijanin to jest człowiek, który wstawia się za zbawieniem świata. Jeżeli przyjmie tajemnicę cierpienia, która pojawi się w jego życiu, to ona będzie tajemnicą zbawczą, będzie prowadzić do zbawienia.

Czy cierpienie to język miłości Boga do człowieka?
Jan Paweł II nauczał, że cierpienie nie jest ani karą za grzechy, ani odpowiedzią Boga na zło człowieka. Cierpienie można zrozumieć tylko i wyłącznie w świetle Bożej miłości, która jest ostatecznym sensem istnienia na tym świecie. Święta siostra Faustyna mówiła: „Cierpienie jest wielką łaską. Przez cierpienie dusza upodabnia się do Zbawiciela, w cierpieniu krystalizuje się miłość. Im większe cierpienie, tym miłość staje się czystsza” (Dzienniczek nr 57). A w 303 numerze czytamy: „Wielka miłość rzeczy małe umie zamieniać na rzeczy wielkie i tylko miłość nadaje czynom naszym wartość, a im miłość nasza stanie się czystsza, tym ogień cierpień mniej będzie miał w nas do trawienia i cierpienie przestanie być dla nas cierpieniem. – Stanie się nam rozkoszą”.

A ksiądz profesor Tischner, kiedy jeździł „Tischner−mobile” mówił, że cierpienie nie uszlachetnia…
Ja jednak uważam, że mimo wszystko cierpienie uszlachetnia człowieka. Jan Paweł II twierdził, że człowiek uszlachetnia cierpienie…

Papież Benedykt XVI przypomina nam, że „Głoszenie Ewangelii będzie się zawsze dokonywało pod znakiem krzyża. Oto czego muszą się uczyć na nowo uczniowie Jezusa we wszystkich pokoleniach. Krzyż jest i pozostanie znakiem Syna Człowieczego w walce z kłamstwem i przemocą. Prawda i miłość nie mają w gruncie rzeczy żadnej innej broni poza świadectwem cierpienia”. Jak odkrywać tajemnicę krzyża, w którą wpisane jest cierpienie?
Św. Paweł mówi, że krzyż jest zgorszeniem dla Żydów, głupstwem dla pogan, a dla nas jest chlubą w Jezusie Chrystusie Panu. Co to znaczy? Żydzi byli ludźmi religijnymi, chodzili do synagogi, modlili się, słuchali słowa Bożego… Podobnie jest w moim życiu: modlę się, chodzę na mszę św., odmawiam różaniec… Mogę być księdzem czy biskupem, ale kiedy spada na mnie cierpienie, stawiam pytanie: „Dlaczego ja?” Patrzę na łajdaka, który żyje z innymi jak pies z kotem, kradnie, upija się, cudzołoży i wtedy zastanawiam się, dlaczego ja, a nie on. Jeżeli krzyż uznam za głupstwo, albo zgorszę się nim, wtedy nie spotkam Boga. I wtedy nie umrze mój grzech, bo na krzyżu umiera mój grzech. Bóg uczynił grzechem Tego, który nie znał grzechu. Jezus Chrystus wziął na siebie krzyż za nasze grzechy i przybił je do krzyża.

Jak się modli Ksiądz Biskup w cierpieniu?
To zależy kiedy. Jak miałem sepsę i gorączkę 40° przez trzy dni nie odprawiałem mszy św., nie mogłem nawet różańca odmówić. Dostawałem drgawek i traciłem przytomność. Coś pięknego… A modlę się tak, jak każdy. Czasem modlę się więcej, a innym razem mniej. Modlę się w nocy, bo czasem tak boli, że nie mogę spać. Bywa tak, że ciągle mnie boli. Modlę się moim bólem. Modlę się z Kościołem przez cały czas.

Wraz z chorobą zmienił się sposób posługi biskupiej. Czy tak po ludzku nie żal Księdzu Biskupowi?
Na Ukrainie być biskupem to coś wspaniałego. A czy nie żal… Z jednej strony żal, a z drugiej nie. Odczytuję to moje doświadczenie jako wielką łaskę, również z tego względu, że w szpitalu także mogę głosić Ewangelię. Doświadczyłem tego wiele razy. Opowiem o jednym przypadku. Na onkologii spotkałem pacjenta ze Szczytna. Zaprzyjaźniliśmy się i kiedy już miałem wychodzić do domu, on powiedział, że czternaście lat nie był u spowiedzi i poprosił o sakrament pokuty. Wtedy zrozumiałem, po co po raz kolejny przyjechałem do tego szpitala. Po kilku miesiącach zmarł.

Co powiedziałby Ksiądz Biskup tym Czytelnikom, którzy będą czytać tę rozmowę, a nie radzą sobie z cierpieniem…
Pamiętajmy, że w cierpieniu jest Jezus Chrystus. Elie Wiesel, naoczny świadek strasznych egzekucji w Auschwitz opisywał je później. Wspominał m.in. dzień, kiedy powieszono dwóch dorosłych mężczyzn i chłopca, a on wraz z innymi więźniami był zmuszony stać w szeregu i przyglądać się temu. Kiedy zawiśli na pętli, ktoś zza jego pleców krzyknął: „Gdzie jest teraz Bóg?”, a Wiesel, usłyszał w sobie głos, który mu odpowiedział: „Gdzie On jest? On jest tutaj – wisi tam, na szubienicy”. Nie ma takiego cierpienia, w którym by nie cierpiał Chrystus. On jest we mnie, jest ze mną zjednoczony. On nie wyjaśnia nam cierpienia. On po prostu cierpi w nas. Św. Paweł mówi, że w moim ciele wypełniam braki w udręce Chrystusa. Jakie braki udręki Chrystusa możemy nosić w naszym ciele? Takie, których Pan Jezus nie miał, a ty masz. Jak dla przykładu rak… On cierpi w tobie właśnie dzisiaj. Chrystus i Kościół to jest jedno ciało. Dlatego w Kościele dokonuje się zbawienie. Jezus Chrystus jest w nas i my możemy w tym zbawianiu uczestniczyć. Dlatego wszystkim cierpiącym chcę przytoczyć słowa francuskiej mistyczki i stygmatyczki Marty Robin: „Nie cierpcie na próżno, to zbyt smutne...” Jeszcze sięgnę do myśli św. Benedykta: „Bóg nie przyszedł, aby wyjaśnić cierpienie. Przyszedł, aby napełnić je swoją obecnością”, a błogosławiona Matka Teresa z Kalkuty tak mawiała: „Przyjęcie bólu jest darem Boga, jest dojrzałością naszej wiary, świętością życia, jest błogosławieństwem”. Drodzy cierpiący, niech nas umacniają słowa św. Faustyny, która powiedziała, że „dusze odkupuje się tylko przez cierpienie”.

Strzyżów, Luty 2013 r.

9 września 2020

Na rowerze szlakiem Prymasa

Z pielgrzymem Markiem Marynieckim z Głubczyc rozmawia Paweł Lasota.

Skąd u Ciebie pasja jazdy na rowerze?
W 2013 roku w wyniku wypadku motocyklowego miałem złamane nogi. Rehabilitacja przebiegała dosyć szybko, a głównie polegała na jeździe na rowerze. Kiedy doszedłem do pełni sił, rower stał się moją nową pasją i jeżdżę na nim do dziś.

W tym roku pielgrzymujesz do miejsc, gdzie był więziony Stefan kard. Wyszyński. Jak zrodził się pomysł?
Mieszkam blisko Prudnika, gdzie Prymas był więziony. Często bywałem w Prudniku i zainteresowałem się Jego osobą. Poznałem biografię czytając dużo literatury na Jego temat. Myśl o pielgrzymowaniu zrodziła się z okazji ogłoszonej beatyfikacji Prymasa Tysiąclecia, który jest dla mnie wielkim autorytetem. On postawił wszystko na Maryję. Staram się w tym naśladować Wielkiego Prymasa i również wszystko powierzam Matce Bożej. Połączyłem ten szlak miejsc związanych z uwięzieniem Kardynała z miejscami Maryi, stąd dziś jestem w Dębowcu. Dziś już szesnasty dzień jak jestem w drodze. Cała trasa pielgrzymkowa liczy dwa tysiące kilometrów. Mam za sobą tysiąc sześćset, a więc jestem już prawie na finiszu. To jest moja pierwsza pielgrzymka rowerowa w pojedynkę. Wcześniej pielgrzymowałem w grupie między innymi szlakiem św. Jakuba do Santiago di Compostella. A w tym roku odważyłem się ruszyć sam.

Czy na trasie doświadczyłeś jakichś cudów?
Każdy dzień był cudem… Doświadczyłem wielkiej życzliwości od ludzie zupełnie mi nieznanych. Miałem taką sytuację, że ciężko było z noclegiem. Zrobiła się późna godzina. Zapukałem do drzwi plebanii i ksiądz mnie przyjął. Na drugi dzień, kiedy odjeżdżałem, dał mi pieniądze na następny nocleg. Byłem bardzo zaskoczony. Jedną noc spałem pod chmurką. To było mi bardzo potrzebne. Bo na co dzień nie doceniamy tego, co mamy. Po tej nocy, gdy nie miałem noclegu, wtedy przez cały dzień myślałem o osobach bezdomnych… Nigdy nie byłem głodny! Przez całą drogę czułem opiekę Matki Bożej i wstawiennictwo kard. Wyszyńskiego.

Marek Maryniecki i jego pielgrzymi rower

A jak trafiłeś do Dębowca?
Planując drogę powrotną z Komańczy postanowiłem zatrzymać się w Dębowcu. Trzy lata temu byłem w La Salette we Francji. Generalnie nie rezerwuję sobie miejsca, nie dzwonię… Widzę, jak opatrzność czuwa. Dużo czasu spędziłem w Komańczy, między innymi odprawiłem drogę krzyżową i długo mi tam zeszło dlatego do Dębowca dotarłem dosyć późno – bo już po apelu. Ale tak się wszystko ułożyło, że dostałem nocleg w Centrum Pojednania i jeszcze smaczną kolację i śniadanie. Dziś do południa zobaczyłem sanktuarium i przyznam, że jest to miejsce bardzo urokliwe, uduchowione, w którym czuć klimat modlitwy.

Zapraszamy ponownie…

Miejsca, w których był więziony Prymas Wyszyński:
Rywałd (25 września 1953 – 12 października 1953),
Stoczek Klasztorny (12 października 1953 – 6 października 1954),
Prudnik (6 października 1954 – 27 października 1955),
Komańcza (27 października 1955 – 26 października 1956).

Komańcza

 

Nadchodzące wydarzenia
15
SIE
Rekolekcje o spowiedzi i ze spowiedzią generalną

Zapraszamy na: REKOLEKCJE – przygotowanie do spowiedzi generalnej... czytaj więcej

Godzina rozpoczęcia 18:45

29
SIE
Kurs Przedmałżeński

Kurs Przedmałżeński 29 sierpnia 2021 roku - godz. 19:00 5... czytaj więcej

narzeczeni

Godzina rozpoczęcia 19:00

03
WRZ
Szkoła Biblijna – spotkanie 1

   "Kazanie na Górze" prowadzi ks. dr hab.... czytaj więcej

Godzina rozpoczęcia 18:00

„Świat, w którym jest tak wiele hałasu, tak wiele zagubienia, potrzebuje milczącej adoracji Jezusa ukrytego w hostii. Trwajcie w modlitwie adoracji i uczcie wiernych tej modlitwy. W niej znajdą pocieszenie i światło ludzie strapieni.”
(Benedykt XVI)

 

 
"