Varia Centrum Pojednania La Salette, Dębowiec
Varia
23 stycznia 2023

Bóg chce spotkania z nami

z Michałem i Anną, rodziną Małafiejskich z misji w Gruzji, rozmawia ks. Bohdan Dutko MS

Od piętnastu lat jesteście małżeństwem i prawie trzy lata na misji w Gruzji. Rodziny wyjeżdżają za granicę, żeby robić pieniądze, żeby polepszyć sobie byt, a Michał i Anna, ludzie wykształceni, wymyślili wyjazd na misje do Gruzji. Jak to się stało?
Michał – Mówiąc krótko – z wdzięczności, którą mamy dla Chrystusa.

A cóż takiego Chrystus uczynił w waszym życiu?
Michał – Dostaliśmy w prezencie nowe życie. Przed wejściem w małżeństwo byłem młodym człowiekiem pogubionym przez grzechy seksualne, moją próżność i pychę. Szukałem sensu życia i go nie znalazłem. Zacząłem żyć bez Boga. Przez dwa lata nie byłem u spowiedzi. Kiedy umierał Jan Paweł II, dostałem szczególną łaskę. Cały zdesperowany poszedłem do kościoła, padłem na kolana i oddałem moje życie Chrystusowi. I rzeczywiście Chrystus wziął moje życie w swoje ręce. Może to brzmi jak bajka, ale to była bardzo konkretna rzeczywistość. Wkrótce zacząłem spotykać się z Anią, a kilka miesięcy później oświadczyłem się. Rok później byliśmy już małżeństwem.

Anna – Miałam podobne doświadczenie. Nie widziałam siebie w małżeństwie. Chciałam robić karierę naukową, robić doktorat, zarabiać pieniądze. Jak Jan Paweł II umierał, to byłam na imprezie i w pewnym momencie zobaczyłam, że wszystko, co robię jest bez sensu, że moje życie jest bez sensu. Pomyślałam, że ja nie chcę tak żyć! Nagle przypomniały mi się słowa, które mówił Jan Paweł II, że jest możliwe życie, w którym na serio idziesz za Chrystusem. Później dostałam łaskę małżeństwa. To jest olbrzymi prezent, za który jestem bardzo wdzięczna. I jestem też wdzięczna za wszystkie nasze dzieci, które dostaliśmy. Każde dziecko to dla mnie wielki cud.

Wspomniałaś o robieniu kariery. Dzisiaj wiele kobiet też tak myśli: robić karierę, zarabiać pieniądze…
Anna – Dla mnie też to było bardzo ważne i niełatwo było mi z tego zrezygnować. Byłam zamknięta na życie. Nie chciałam mieć dzieci. Dopiero przez fakt mojej choroby (usłyszałam diagnozę, że będę żyć tylko 10 lat i nie będziemy mieć dzieci) Pan Bóg zainterweniował i pokazał mi, że na tym, na czym ja chcę spędzać życie, to mi nie da szczęścia. Bardzo chciałam robić karierę. Kiedy już mieliśmy dwoje dzieci, postanowiłam sobie, że chociaż miałabym przez pół roku nie przespać ani jednej nocy, to zrobię ten doktorat, bo ukończyłam dwa kierunki studiów informatykę na politechnice i matematykę na uniwersytecie). Powiedziałam: Panie Boże, czy to jest Twoja wola?

Wtedy bardzo poważnie zachorował nam Janek, nasze drugie dziecko. I rzeczywiście nie przespałam ani jednej nocy przez trzy lata. I nawet nie miałam szans włączyć komputera. Wtedy wołałam o pomoc do Boga. Sypało się nasze małżeństwo. Bardzo oddaliliśmy się od siebie. Pojechaliśmy na pielgrzymkę do La Salette, potem do Lourdes modlić się o cud uzdrowienia dla Janka. W Lourdes, na modlitwie, zobaczyłam Maryję, która mnie urzekła swoją pokorą i tym, że była szczęśliwa pełniąc wolę Bożą. Zaczęłam się modlić o to, żebym i ja mogła pełnić wolę Bożą. Nieważne jaka ona będzie – czy Janek będzie zdrowy czy dalej chory, czy to ma być kolejne dziecko (chociaż po ludzku to było niemożliwe), czy będziemy jeszcze mieli dzieci czy nie. Powiedziałam, że ja w tym momencie jestem gotowa oddać swoje życie Bogu i pełnić Jego wolę.

Kiedy wróciliśmy z pielgrzymki dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Pan Bóg podarował nam Kubusia, który był kolejnym prezentem i kolejnym krokiem w nawróceniu. Kubuś był naszym trzecim dzieckiem. Kiedy wszystkie dzieci w tym samym czasie płakały, wtedy doświadczyłam olbrzymiej miłości mojego męża. Zobaczyłam, że nie jestem sama w tym małżeństwie, w byciu rodzicem. Zobaczyłam, jak Pan Bóg uzdolnił Michała nie tylko do wstawania w nocy do Jasia, ale dał mu olbrzymią miłość do synka. Siedząc przy Kubusiu słyszałam, jak Michał brał Janka na ręce, a on krzycząc wołał: Nie, ja ciebie nie chcę! Mama, mama! A Michał powtarzał: Ale ja ciebie tak kocham, mój synku. Ja ciebie tak kocham.
Opowiem ci bajkę. Ja ciebie tak kocham. I okazywał mu taką miłość, którą tylko ojciec może okazać. To był dla mnie taki ważny moment.

Michał, byłeś wykładowcą, miałeś doktorat, habilitacja w perspektywie, mąż i ojciec, który troszczy się o rodzinę, aby zabezpieczyć wszystko i nagle misje, Gruzja… Co się stało?
Michał – Na początku moja rola ojca sprowadzała się do zarabiania pieniędzy. Miałem etat, i kolejny etat, i firmę. Wychodziłem rano do pracy – dzieci jeszcze spały. Wracałem z pracy – dzieci już spały. Relacji z dziećmi nie miałem. Nawet łez żony nie widziałem i tego, że ona cierpi. Uważałem, że ja przecież też oddaję życie dla mojej rodziny. Wszystko działo się wokół rodziny, ale my zaczęliśmy się oddalać od siebie.

W kościele, słuchając katechezy o Abrahamie, usłyszałem słowo nadziei dla mnie. Zaufaj Bogu, a Bóg przewidzi. Zrezygnowałem z jednej pracy, później z drugiej ufając, że Bóg rzeczywiście się o nas zatroszczy. To był piękny czas, bo rezygnując z czegoś tak naprawdę małego dostałem sto razy więcej. Mogłem być ojcem, który widzi cierpienie swoich dzieci. Bóg pokazał mi sens krzyża choroby syna, przez który zaczął kruszyć moje twarde serce i zaczął uzdalniać mnie do okazywania miłości. Relacje w naszym małżeństwie zdecydowanie się zmieniły. Bóg pomału zaczął budować w nas mały Kościół domowy, gdzie ojciec jest głową rodziny, gdzie ma bardzo ważne zadanie prowadzenia wspólnej modlitwy i przekazywania wiary dzieciom.

Czy był taki moment przełomowy w podjęciu decyzji wyjazdu w misję Kościoła?
Michał – Dla mnie takim momentem przełomowym było oddanie swojego życia Chrystusowi. To był taki przełom, który mnie otworzył na kolejne przełomy: otwarcie się na życie przyjmując kolejne dzieci, wejście w relację z Bogiem, zobaczenie że krzyż, cierpienie, nie jest czymś, co ma mnie zdusić, zabić, ale że jest to krzyż chwalebny, z czego Bóg wyprowadza zawsze dobro. Przez lata w moim sercu narastała wdzięczność, że Chrystus był gwarantem naszego małżeństwa, że zawsze przychodził w trudnych momentach. Bóg powoli pokazywał nam swoje silne ramię. Ta wdzięczność zaczynała dojrzewać. Bóg posyłał nam różnych proroków, poprzez których wzbudzał w nas pragnienie misyjne.

Anna – Ja absolutnie nigdy nie byłam zainteresowana jakimikolwiek misjami, a poza tym w życiu chciałam spełniać swoją wolę. Nie mówiłam, ale ja pierwszy rok naszego małżeństwa to po prostu przepłakałam. Płakałam codziennie. Myśmy się tak kłócili, że nie widziałam szansy na pojednanie. Nie czułam już żadnej miłości do męża i byłam przekonana, że już nie potrafię z Michałem być. O rozwodzie nie myślałam, bo jestem osobą wierzącą i chciałam być wierna ślubowaniu złożonemu przed obliczem Boga. Nie wiedzieliśmy, co robić.

I zaczęliśmy robić to, co sprawdzało się u moich rodziców – zaczęliśmy chodzić do wspólnoty neokatechumenalnej. Jedyny moment, kiedy mogliśmy się pojednać, to była liturgia we wspólnocie. Słuchaliśmy Słowa i ono sprawiało, że ja mogłam Michałowi przekazać znak pokoju… I doznałam cudu wewnętrznego uleczenia. Jakby ulotniło się z mojego serca poczucie krzywd, które uważałam, że doznaję od Michała. Po liturgii wracaliśmy do domu. A tam od nowa zaczynało się to samo. Znowu zaczynaliśmy się kłócić. I znowu była kolejna liturgia.

I tak co tydzień doznawaliśmy znowu łaski pojednania. Uchwyciliśmy się wspólnoty, uchwyciliśmy się Boga, uchwyciliśmy się Chrystusa i tego, że On ma moc nad naszym małżeństwem. Bóg dał mi łaskę otwarcia się na trzecie dziecko, które było lekarstwem dla naszego małżeństwa. Kubuś jest ogromną pomocą dla Janka, który dużo lepiej funkcjonuje. Kiedy mieliśmy troje dzieci, dostałam ofertę pracy na Politechnice, i będąc już w czwartej ciąży obroniłam doktorat z matematyki. Zobaczyłam, że dla Pana Boga nie ma rzeczy niemożliwych, że może nawet dać mi wymarzony doktorat. Czułam, że ten doktorat to więzy, które mnie jeszcze trzymają, żeby robić karierę. Zrobiłam doktorat, ale nie dało mi to szczęścia. Zobaczyłam że to, co mi daje szczęście to jest pełnienie woli Bożej. Mam w sercu olbrzymią wdzięczność dla Boga za nasze małżeństwo, za dzieci. I z tej wdzięczności chciałam oddać swoje życie Kościołowi.

Michał – Dopowiem, że Bóg wzbudził to pragnienie nie tylko nam, jako małżeństwu. Jesteśmy przecież rodziną i dając Bogu odpowiedź na to pragnienie, potrzebowaliśmy mocnego znaku czy też nasze dzieci mają to pragnienie. Na jednym z wyjazdów rozeznawania tego powołania byliśmy z dziećmi, które powiedziały: Mamo, tato, przecież wy chcieliście wyjechać na misje. To my też chcemy. No to jedźmy! Dzieci patrzyły na nas i mówiły: Na co czekacie? Jedźmy! To był
dla nas mocny znak, że Chrystus chce naszą rodzinę posłać w misje, że to nie jest nasz pomysł, nie jest to nasza wola.

Kogo w tej Gruzji nawracacie?
Michał – Przede wszystkim siebie nawracamy. Jest w Ewangelii historia o człowieku niewidomym od urodzenia, którego uzdrowił Jezus. Spotkawszy go później Jezus rzekł do niego: «Czy ty wierzysz w Syna Człowieczego?» On odpowiedział: «A któż to jest, Panie, abym w Niego uwierzył?» Rzekł do niego Jezus: «Jest Nim Ten, którego widzisz i który mówi do ciebie». On zaś odpowiedział: «Wierzę, Panie!»” (J 9,35−38). To Słowo jest dla mnie taką pieczęcią w sercu. „Michał, ja z tobą chcę mieć relację. Jedź, a spotkasz mnie na misjach.” To było Słowo, którego się uczepiliśmy. Bóg nas wzywa na misje, bo chce spotkania z nami. Jak, kiedy i co – nie wiedzieliśmy, ale to wyzwanie spotkania z Chrystusem było jakby eksplozją. To była taka bomba jądrowa, która wybuchła i zmiotła wszystko. Jedźcie, bo Chrystus tam na was czeka.

Anna – Zobaczyłam, że misje to nie jest nawracanie innych. W moim życiu było dużo cierpienia, a odpowiedzią na nie był Chrystus, Jego miłość do mnie. Zobaczyłam, że jest wielu ludzi, którzy cierpią i ja nie jestem w stanie im pomóc. Nie jestem jakimś „Caritasem”, który im coś da, ale mam doświadczenie, że jest Chrystus, który pomaga.

Spotykam wielu ludzi… Spotykam sąsiadkę, która chciała dokonać aborcji… Nie mam nic, co mogę jej dać, ale mogę jej dawać słowa nadziei. Bo nikt nie da jej tego słowa, które jej powie, że to dziecko to jest dar od Boga, że to jest coś pięknego. Daje mi to olbrzymią radość, że mogę świadczyć o tym, że jest Bóg, że On daje sens życia. Jestem Mu bardzo wdzięczna.

Michał – Możemy mówić, że mamy doświadczenie spotkania Chrystusa Zmartwychwstałego w naszym życiu, że możemy się tym skarbem dzielić i nie zatrzymywać go tylko dla siebie. Mówimy, że jest Chrystus Zmartwychwstały, że jest Ktoś silniejszy niż śmierć, że On może ci pomóc. Uwierz, a dostaniesz nowe życie. To jest nasze doświadczenie.

10 listopada 2022

Pewnie, że płakałem

Z Mirosławem Gucwą, Biskupem diecezji Bouar w Republice Środkowej Afryki, rozmawia ks. Bohdan Dutko MS

Rozpocznę od bardzo osobistego pytania. Czy ksiądz biskup kiedyś płakał?
O pewnie, że płakałem.

A kiedy łzy popłynęły ostatni raz?
Przywołam dwa wydarzenia. Płakałem, kiedy umarła mama, ale nie w dniu kiedy dowiedziałem się o jej śmierci, lecz podczas podróży na pogrzeb. Jechałem przez Kamerun do Berteua, bo u nas w Bangi, stolicy kraju, nie było lotu. Musiałem przenocować i nie mogłem zasnąć. I wtedy płakałem. Drugi raz płakałem, kiedy dowiedziałem się, że zostałem biskupem. Ha, ha, ha [śmiech].

Jak to się stało?
Mój poprzednik, biskup, Włoch, rozchorował się. Wyjechał do swojego kraju na badania, ale stan zdrowia nie pozwolił mu na powrót. Złożył prośbę o zwolnienie z posługi w diecezji, którą przyjął Ojciec św. Franciszek. Byłem wtedy wikariuszem generalnym. Nuncjusz poprosił mnie, abym zajął się trochę diecezją. To się zajmowałem. Przez cały czas myślałem, że jak będzie nowy biskup, to ja sobie wezmę rok albo dwa urlopu i pojadę do Ameryki, żeby uczyć się języka angielskiego.

W 2017 r. (w listopadzie) udałem się do nuncjatury po dokumenty upoważniające mnie do reprezentowania diecezji w załatwianiu spraw administracyjnych. Sekretarz nuncjusza powiedział do mnie, że nuncjusz chce się ze mną widzieć. Poszedłem, a nuncjusz mówi, że papież chce, abym był biskupem. I zapytał jeszcze co ja na to.

Poszedłem do kaplicy, pomodliłem się i powiedziałem, że się zgadzam… I wtedy jak sobie uświadomiłem, co się stało, na co się zdecydowałem – rozpłakałem się. Z jednej strony diecezję znałem, bo tam pracowałem cały czas, ale też wiedziałem, jakie są problemy. Miałem takie poczucie, że to, o czym marzyłem skończyło się, a zaczyna się coś nowego.

Widział ks. biskup także łzy swoich diecezjan?
Tak. Rok temu spotkałem się z kobietami, które opowiadały o tym, jak rebelianci je wykorzystywali, co przeżyły. Jedna z kobiet słuchając co przeżywała inna, zaczęła płakać i zemdlała. Potem przyszła i mówiła, że jak słyszy opowieści skrzywdzonych kobiet o tym, co przeżyły, nie może wytrzymać…

Płaczą z powodu wojny.
Czasami zdarza się też, że płaczą przy spowiedzi, nad swoimi grzechami. To są łzy skruchy, żalu. Płaczą kobiety zwłaszcza po dokonanej aborcji. Kobiety płaczą po śmierci męża czy po stracie dziecka.

Czy spotkał się Ksiądz Biskup z kultem MB z La Salette w swojej diecezji?
Spotkałem w kościołach figury Maryi z Lourdes, Fatimy ale La Salette jeszcze nie.

Jakie elementy z orędzia saletyńskiego są najbardziej aktualne w życiu Kościoła Środkowej Afryki?
Z pewnością sprawa modlitwy. Afrykańczycy modlą się i lubią modlitwę. Mają taką zdolność do formułowania modlitw! Przerastają nas w tym.

Maryja pyta dzieci: „Czy dobrze się modlicie?” Ważne jest, żeby dobrze się modlić. Wytrwale się modlić. Mieliśmy wiele dowodów na to, że dobra modlitwa przynosi owoce zwłaszcza w czasie rebelii. Wtedy było tak wiele trudnych sytuacji…
Kiedy papież Franciszek podczas pielgrzymki był w stolicy w 2015 r., wtedy młodzi go zapytali, w jaki sposób mogą się przyczynić do rozwoju kraju.

Pierwsze, co powiedział to: módlcie się. Modlitwa na pierwszym miejscu, a później wierność przykazaniom. Także świętowanie niedzieli i uczestnictwo we mszy św. Widać to zwłaszcza wtedy, kiedy się w niedzielę podróżuje, że to jest inny dzień niż pozostałe dni tygodnia. Widać to po ludziach w mieście, a także i w wiosce. W tygodniu w wiosce wszyscy ludzie są w polu. A w niedzielę widać, że jest inaczej, że są ubrani odświętnie. Alenie wszyscy… Cieszymy się tym, że w niedzielę jest mnóstwo ludzi na Mszy św., chociaż jest to może 40 % z tych, którzy wierzą. A reszta?

Wojna zawsze pozostawia cierpienie, rany, rozdarcia w ciele całego narodu, a także rodziny, sąsiedztwa…
Jest pilna potrzeba pojednania z Bogiem i pojednania między ludźmi. Wielu ludzi przeżyło dramaty. I wtedy bardzo trudno jest zdobyć się na przebaczenie, na pojednanie.

Dziś Ksiądz Biskup przewodniczy głównym uroczystościom odpustowym ku czci Maryi z La Salette w sanktuarium dębowieckim.
Na zakończenie naszej rozmowy proszę przyjąć drobny upominek – ikonę Maryi Saletyńskiej z życzeniami wsparcia Płaczącej Pani w niesieniu daru pojednania dla swojej diecezji w Republice Środkowej Afryki.

Na pewno teraz Matka Boża z La Salette ze swoim orędziem trafi do Środkowej Afryki. Będzie bardziej znana i kochana.

 

Republika Środkowoafrykańska jest ogarnięta konfliktem od 2013 r., a większość kraju kontrolowana jest przez bojówki odpowiedzialne za szereg naruszeń praw człowieka. Chrześcijańscy przywódcy, którzy publicznie potępiają przemoc, otrzymują groźby, a podczas ataków kościoły są plądrowane i palone. Konflikt doprowadził do przesiedlenia tysięcy chrześcijan, którzy zostali zmuszeni do życia w obozach, utracili domy i środki do życia. Konwertyci na chrześcijaństwo cierpią prześladowania z rąk najbliższej rodziny. Lokalna społeczność często wyklucza ze swego środowiska nawróconych chrześcijan, a także stosuje przemoc, aby zmusić ich do wyrzeczenia się chrześcijaństwa.
(Open Doors)

10 lipca 2022

Bóg jest zaskoczeniem

Z Krzysztofem Chudzio, biskupem pomocniczym archidiecezji przemyskiej, rozmawia ks. Bohdan Dutko MS

Rozmawiamy w Dębowcu. Widzę, że La Salette i tutejsze sanktuarium nie są nowością dla Księdza Biskupa.
O La Salette i Matce Bożej Płaczącej słyszałem od dzieciństwa. Dębowiec był mi bliski. Jeszcze z czasów liceum pamiętam księdza Jana Wójtowicza, który był proboszczem w parafii dębowieckiej i był takim wielkim czcicielem Matki Bożej Saletyńskiej.
W parafii, w której byłem proboszczem, powstały grupy Róż Różańcowych rodziców, którzy modlili się na różańcu w intencji swoich dzieci. To z nimi pielgrzymowałem do Dębowca. Byliśmy przez cały dzień. Modliliśmy się na różańcu i odprawiliśmy Drogę Krzyżową.

A do La Salette udało się pielgrzymować?
W 2013 roku, w ramach pielgrzymki po sanktuariach Europy, spędziłem dwa dni w La Salette.

Jakie to było przeżycie?
Miałem w pamięci La Salette ze zdjęć w książkach, z przeźroczy. Ale czymś zupełnie innym jest być w miejscu, gdzie się Matka Boża objawiła. Modliłem się i duchowo próbowałem dotknąć łez Maryi.

Czy miejsce czymś zaskoczyło?
Zaskoczyła mnie duża ilość pielgrzymów, piękny śpiew, ale przede wszystkim cisza. Zaskoczeniem było spotkanie moich znajomych z Polski, którzy posługiwali w sanktuarium jako wolontariusze.

Czy biskup płacze?
Czasami łzy wzruszenia się pojawiają. Wiem, że ksiądz nawiązuje do płaczu Maryi. Maryja płacze nad nami, płacze nade mną.
Powinienem sporo płakać nad swoim życiem, nad swoimi grzechami. Kiedy widzę, ile Pan Bóg miłosierdzia mi okazuje, to winienem płakać nieustannie z tego powodu, że nie potrafię odwdzięczyć się za darowane grzechy, za całą Jego miłość.

Łzy Maryi są także łzami wzywającymi do pokuty… Potrzebuję więcej pokutować. Płacz Maryi jest poruszającym znakiem, który wzywa do nawracania, do pogłębienia wiary… Ale Jej łzy niosą wielką nadzieję..

A co zaskakuje Księdza Biskupa w całym wydarzeniu, w Orędziu, w tym, co Maryja przekazała małym dzieciom?
Zaskakuje mnie, że Matka Boża jest taka bliska. Że przychodzi z nieba nie jako wielka królowa, lecz jako prosta kobieta z tamtych stron. Zaskoczeniem jest też to, że Maryja odnosi się do bardzo prozaicznych rzeczy zwracając uwagę na zgniłe ziemniaki i psujące się zboże. Mówiąc o braku uczestnictwa we mszy świętej, opuszczaniu modlitwy i przekleństwach, pokazuje nasze uchybienia w relacji do Pana Boga.

A wybór biednych dzieci na świadków ob jawienia już nas nie zaskakuje…
Pan Bóg zawsze wybiera to, co słabe w oczach ludzi. To dlatego znalazł takie proste dzieci gdzieś daleko w górach. Melania i Maksymin mają proste serca, nie można w nich znaleźć jakiegoś fałszu, dlatego są wiarygodne w przekazywaniu Orędzia, którego same nie do końca rozumieją.

Bóg jest zaskoczeniem! Był zaskoczeniem dla Abrahama, dla Mojżesza. A czy Bóg zaskakuje Księdza Biskupa?
Nieustannie wszystkim zaskakuje. Moje przewidywania nie zawsze się realizują, a wydaje mi się, że tak to powinno być. A Pan Bóg podsuwa ciągle coś innego. Pewnie trzeba zacząć od końca, czyli od ostatniego wydarzenia, które było absolutnym zaskoczeniem. To powołanie do biskupstwa. Stało się to w takim niepewnym czasie, jakim była pandemia koronawirusa. Tylko pięć osób mogło być w kościele, a przecież nad chodziły święta Wielkanocne. Aby wyspowiadać parafian, wyznaczone zostały godziny dla poszczególnych rodzin. Kiedy na chwilę wyszedłem z konfesjonału do zakrystii, zadzwonił telefon i usłyszałem o powołaniu mnie do biskupstwa. Kompletne zaskoczenie. Prawie całą noc nie spałem, ale kiedy zasnąłem i zbudziłem się, to myślałem, że miałem sen. Ale później okazało się, że to jednak nie był sen. To było dla mnie naprawdę zaskoczenie. Ja nigdy nie czułem się godny, żeby w Kościele pełnić taki urząd i stąd ani tego nie oczekiwałem, ani o tym nie myślałem. Pan Bóg uważał inaczej.

Powołanie do kapłaństwa też było zaskoczeniem?
Powołanie jest zawsze zaskoczeniem i niepewnością. Kiedy wydawało mi się, że Pan Bóg powołuje mnie, lękałem się czy to dobrze odczytuję. Byłem wychowywany w rodzinie katolickiej, która uczestnictwa w życiu Kościoła, byłem ministrantem, uczestniczyłem w ruchu oazowym. W takich warunkach głos powołania się odzywał. Nieraz słyszałem: „a ten, to pewnie pójdzie do seminarium…”
Oczywiście były momenty buntu i ucieczki przed tym głosem, kiedy powtarzałem sobie, że nie pójdę do żadnego seminarium. Nic to nie dało. Dopiero wtedy, kiedy złożyłem dokumenty prosząc o przyjęcie do seminarium, otrzymałem pokój serca. Samo powołanie wielkim zaskoczeniem może nie było, ale jest powodem wdzięczności Panu Bogu. Im dłużej jestem kapłanem, tym ta wdzięczność jest większa.

Wyjazd na Ukrainę też był zaskoczeniem?
Oczywiście. Nigdy wcześniej nie wyobrażałem sobie, że już po pierwszym roku kapłaństwa wyjadę za wschodnią granicę, gdzie Kościół się odradza. W ramach urlopu na zaproszenie pojechałem do Wyszogrodu na Ukrainie (wtedy to był jeszcze Związek Radziecki). W tym samym czasie to miejsce odwiedził biskup pomocniczy z Przemyśla, Stefan Moskwa. Ludzie prosili biskupa, żebym mógł pozostać z nimi. Po miesiącu wróciłem do Polski. W międzyczasie biskup Moskwa przedstawił ordynariuszowi prośbę wiernych z Wyszogrodu. Arcybiskup Tokarczuk poprosił mnie do siebie i powiedział, że ludzie tam potrzebują księdza, i zapytał czy jestem gotów pojechać. Oczywiście, że wyraziłem moją gotowość. Wtedy arcybiskup powiedział, abym wrócił na parafię, a za trzy czy cztery lata, jak się przygotuję, to zostanę posłany. Jednak już za kilka dni otrzymałem dekret, w którym zostałem zwolniony z obowiązków parafialnych w Krośnie i skierowany do pracy na Ukrainę. Śmiałem się, że te trzy, cztery lata trwały u mnie kilka dni. Faktycznie niedługo wyjechałem.

Po szesnastu latach powrót do Polski i kolejne zaskoczenie?
Kiedy wróciłem do diecezji przemyskiej, Arcybiskup zaproponował mi pracę z klerykami jako ojciec duchowny. To naprawdę było kompletne zaskoczenie, zwłaszcza, że dotychczasowy styl życia był wręcz odwrotny do tego, co miałbym teraz robić. W diecezji kamieniecko−podolskiej byłem kanclerzem kurii, organizatorem diecezji, kierowcą biskupa…

Zostałem ojcem duchownym nie tylko z obowiązku. Lepiej jest posłuchać niż po swojemu kombinować. Bóg ciągle mnie zaskakuje. Ale On wie lepiej.

 


 

30 kwietnia 2022

Dlaczego Go adorujesz? Bo On jest!

z biskupem pomocniczym archidiecezji warszawskiej Michałem Janochą rozmawia ks. Bohdan Dutko MS

Arcybiskup Fulton J. Sheen po otrzymaniu święceń kapłańskich postanowił codziennie modlić się jedną godzinę przed Najświętszym Sakramentem. A jak jest z adoracją u biskupa Michała?
Mam luksus posiadania prywatnej kaplicy i to jest najważniejsze miejsce w moim mieszkaniu. Mój dzień jest każdy inny i często zaczyna się wczesnym rankiem, a kończy późnym wieczorem, ale zawsze staram się być na adoracji. Nie mam określonej godziny adoracji. Nieraz trzeba o ten czas walczyć. Czasem już pod koniec dnia przysypiam, ale bez adoracji na pewno wszystko by się rozleciało.

Wydaje się, że adoracja to coś tak bardzo prostego…
Bo wiara jest prosta, choć niesłychanie trudna. Dotykamy paradoksów, bo Pana Boga nie da się wyrazić inaczej niż przez paradoks. Wiara jest utkana z paradoksów, wyraża to jedna z kolęd:
Bóg się rodzi, moc truchleje Pan niebiosów obnażony.
Ogień krzepnie, blask ciemnieje
Ma granice Nieskończony…
Nie da się o Bogu mówić inaczej. Adoracja to być przed kimś, kto kocha. Parafrazując słowa wieśniaka z Ars, który zapytany przez świętego proboszcza, jak modli się spędzając czas w kościele, odpowiedział: On jest, ja jestem i dobrze nam. Ja patrzę na Niego, a On patrzy na mnie. To jest język zakochanych. Dotykamy tu sedna doświadczenia wiary: obcowania z Bogiem, który jest miłością.
Żydzi w Starym Testamencie przeczuwali to, bo wierzyli w Boga jednego, Boga Abrahama,Izaaka, Jakuba. Ale ten Bóg jedyny, Bóg praojców nie był jeszcze miłością. Miłość… My też nie umiemy mówić o miłości inaczej, jak odwołując się ludzkich relacji, bo każda miłość ludzka, nawet najbardziej ułomna, jest jakimś odblaskiem miłości boskiej i dlatego używamy ludzkich analogii. Miłość między ludźmi istnieje tylko wtedy, kiedy jest ktoś drugi. Można kochać siebie samego, tylko że jest to miłość kulawa. Miłość jest zawsze do kogoś, dlatego bardzo trudno jest pojąć, że Bóg Jedyny i absolutny jest miłością. Miłość jest dawaniem siebie. Bóg Trójjedyny może być miłością, miłością wzajemnego oddania Syna Ojcu, Ojca Synowi w Duchu Świętym i dlatego Trójca Święta jest źródłem i wzorem wszelkiej ludzkiej miłości: miłości oblubieńczej, miłości małżeńskiej i wszystkich innych miłości, które stąd płyną.
Adoracja jest trwaniem przed tą miłością, która się objawia w takim bardzo prostym znaku, którym jest hostia, chleb konsekrowany, choć tego nie widzimy. Za św. Tomaszem powtarzamy, kiedy śpiewamy: „Wiarą ukorzyć trzeba zmysły i rozum swój. Boć tu już nie ma chleba! To Bóg, to Jezus mój!” To jest bycie przed Tym, który jest miłością. Trwanie przed Nim.
Kiedyś spytano Edmunda Hillarego, pierwszego zdobywcę Mount Everestu, dlaczego chodzi po górach? Trochę zdziwiony tym pytaniem, odpowiedział: bo są! Jego odpowiedź kojarzy mi się z pytaniem, dlaczego Go adorujesz? Bo On jest!

Papież Franciszek wyznaczył sobie godzinę na wieczorną adorację. Często przychodzi na nią zmęczony, siada przed Najświętszym Sakramentem i… zasypia.
A gdy będziemy zasypiali, Niech Cię nawet sen nasz chwali”. Jesteśmy słabi, ale jeżeli ofiarowujemy swoją wolę trwania przy Jezusie, to On na to patrzy, i myślę że tym się cieszy.
Ciało mdłe, jak to mówiono w staropolskim języku. Myślę sobie też o uczniach, którzy zasnęli w Ogrojcu. Jezus toczył walkę duchową, a oni spali. Taki jest człowiek. Ale jednocześnie byli blisko. Znowu paradoks! Byli bardzo blisko Jezusa, a byli jakby oddzieleni ścianą snu. W Muzeum Diecezjalnym w Pelplinie znajduje się późnogotycka grupa rzeźbiarska Ukrzyżowanie, gdzie każda postać wyrzeźbiona jest osobno w skali bliskiej naturalnej. Św. Jan leży, słodko śpiąc mając pod głową książkę w formie brewiarza. Myślę, że to jest bardzo prawdziwe i może być bliskie szczególnie nam, kapłanom.

Czy ludzie z Starego Przymierza mieli doświadczenie adoracji, na przykład Mojżesz,który przebywał w namiocie spotkania?
Pewnie tego w taki sposób nie nazywali, ale doświadczenie obecności Boga mieli. Zaczęło się od krzewu gorejącego, kiedy Mojżesz bardzo zuchwale pyta Boga o imię. W kulturze wschodniej pytanie o imię było pytaniem o tożsamość i takiego pytania Bogu nikt wcześniej nie postawił. Odpowiedź Boga z głębi płonącego krzewu brzmi: JESTEM, który JESTEM! Wszystkie próby tłumaczeń, których na język polski jest wiele, nie oddają istoty języka hebrajskiego, w którym to imię zawiera wszystko: przeszłość, przyszłość i teraźniejszość. Bóg, który powołuje Mojżesza, nie jest jak bogowie Egiptu, Ozyrys, Izyda czy Horus, którzy są dziełami ludzkiej imaginacji, ludzkich pragnień, tęsknot albo lęków czy obsesji, a ich wizerunki są dziełem ludzkich rąk, co prorocy starego przymierza tak często wyszydzali. Ci bogowie „Mają usta, ale nie mówią, mają oczy, ale nie widzą. Mają uszy, ale nie słyszą; i nie ma oddechu w ich ustach (Ps 135,15-16), a Bóg mówi Jestem. Jestem, nie jak Ozyrys, Izyda czy Horus. Jestem…
I to jest początek adoracji: stanięcie przed Bogiem, który jest! I co można na to odpowiedzieć? Jedynie to, co odpowiadają postaci powołane przez Boga, a co powtarzają kandydaci do święceń prezbiteratu wyczytywani po imieniu: „Jestem”. Oto jestem! Jedynie to, można odpowiedzieć na Boże: Jestem. Imię Jahwe nie było do wypowiadania. Żydzi mieli świadomość, że są zbyt grzeszni, żeby je wypowiadać. Mówili imię zastępcze: Adonaj. Tak jest do dziś. Jednak Jezus używa tego słowa. Ono w Biblii jest przekazane po grecku, ale możemy się domyślać, jak to było, kiedy Jezus mówił po aramejsku: „Gdy wywyższycie Syna Człowieczego, wtedy poznacie, że JA JESTEM” (J 8,28).
Albo kiedy podczas burzy na morzu uczniowie usłyszeli: „Odwagi! Ja Jestem, nie bójcie się!” (Mt 14,27). Jezus wypowiada imię Boga, które jest Jego własnym imieniem, imieniem Ojca i imieniem Ducha Świętego. Jezus jest jedynym z ludzi, który ma prawo wymówić to imię, ponieważ tylko On jest Bogiem. To jest źródło nieustającej i niezgłębionej kontemplacji, adoracji. Jesteś, dlatego ja jestem, dlatego jest świat, dlatego wszystko jest, co masz na całe życie.

Benedykt XVI mówi, aby być w świecie, w którym żyjemy, potrzebujemy adoracji.
To bardzo zwięzła i trafna uwaga. Na adoracji przed Bożym Jestem, mogę odkryć swoje jestem. Bez tego bardzo łatwo dać się porwać i tak naprawdę nie być.

Przypomina mi się film Misja. Po decyzji zamknięcia misji jezuitów wśród Indian Guarani kardynał Altamirano w liście do króla napisał – parafrazuję bo nie pamiętam, ale sens był taki: stało się według woli waszej Wysokości, ich już nie ma, a ja jestem, ale tak naprawdę to mnie nie ma. Dotykamy istoty bycia konać w obecności Bożego Jestem. Adoracja to odkrycie swojego jestem, czy odkrywanie, bo to nie jest jeden akt, to jest proces całego życia, to może prowadzić do odkrycia jestem drugiego człowieka. Największe spotkania międzyludzkie dokonują się w obecności kogoś większego niż my sami, kogoś kto nas zetknął.

Adoracja to spotkanie z Tym, który jest na początku. Jestem kamieniem to tytuł piosenki śpiewanej przez Kayę, w której są słowa: „Jestem kamieniem, Ja cała jestem z twoich słów ulepiona…” Kiedy brakuje adoracji, nie mam Słowa, które mnie stwarza, „lepi mnie”, wtedy żyję tylko słowem, które mnie pozornie stwarza, ale tak naprawdę, mnie nie ma…

Rozumiem intuicję, nie znam tej piosenki. Przypomina mi się tekst: O człowieku i jego wierze Romana Brandstaettera: „Człowiek pewien otrzymał list, długi list, mądry list z prośbą o łaskawe udzielenie odpowiedzi na ankietę, na temat: Dlaczego wierzę? Człowiek ów odpowiedział tak: Niestety, szanowni panowie, nie wiem, dlaczego wierzę, ale wiem, że gdybym przestał wierzyć, nie mógłbym istnieć. Człowiek ów był bardzo zdziwiony, gdy redaktorzy nie wydrukowali jego odpowiedzi.

Lecz po pewnym czasie powiadomili go krótkim, mądrym listem, że ich interesuje jego wiara, ale nie jego istnienie…” To bardzo trafne ujęcie. My dzisiaj mówimy o wierze, ale nie chcemy dotknąć istoty, źródła wiary, „interesuje ich wiara, a nie istnienie”.
Wiarę można badać na różne sposoby, za pomocą różnych mikroskopów i stereoskopów, socjologicznie i z każdej innej strony, ale to będą zawsze jakieś ludzkie opinie. Natomiast tajemnica istnienia nie podlega badaniom, ona wymaga zadumy, kontemplacji. Słynne pytanie Leibniza: „dlaczego istnieje raczej coś, niż nic”, jest jednym z najbardziej podstawowych filozoficznych pytań. Dlaczego istnieje raczej coś niż nic…
Z tego zdumienia rodzi się otwartość na tajemnicę, która nas przekracza. To pytanie nurtuje każdego człowieka i ono jest przedsionkiem wiary, a w Chrystusie staje się przedsionkiem spotkania.

Od 19 października 2021 roku przy Bazylice w Sanktuarium MB Saletyńskiej, została otwarta kaplica wieczystej adoracji, w której Ksiądz Biskup modlił się dziś po Eucharystii…
To jest kaplica, w której można się modlić. Nie trzeba zamykać oczu, żeby się modlić. Zapewnia skupienie. Architektura jest bardzo prosta, kolorystyka wyciszona, od strony ikonograficznej jest zbudowana dośrodkowo. Po bokach są Maryja i Józef, jest to nawiązanie do starej tradycji kompozycji Deesis, co jest trudne do przetłumaczenia jednym słowem, ale to jest modlitwa wstawiennicza czy uwielbienia.
W klasycznym Deesis są Maryja i Jan Chrzciciel, ostatni z proroków starego i początków nowego przymierza. Reprezentantka kobiet i mężczyzn. Tutaj św. Jan Chrzciciel został zastąpiony przez św. Józefa. W tej kompozycji teologicznej uczyniono kompozycję historyczną, bo oni byli najbliższymi Bogu, który stał się ciałem.
Maryja i Józef w geście modlitwy błagalnej zwróceni są ku Chrystusowi obecnemu w Najświętszym Sakramencie. Bez wątpienia, nawet ktoś, kto nie zna chrześcijaństwa i jest po raz pierwszy w tym wnętrzu. będzie wiedział, co tu jest najważniejsze, a takie wątpliwości możemy mieć w kaplicach i kościołach, gdzie przyciąga uwagę wiele innych rzeczy. Tu wszystko jest w centrum, bez tego centrum, wszystko by się rozleciało.

12 lutego 2022

Dzisiaj, które się nie skończy

Homilia księdza biskupa Michała Janochy, biskupa pomocniczego diecezji warszawsko-praskiej, wygłoszone w Bazylice Matki Bożej Saletyńskiej w Dębowcu w Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki 1 stycznia 2022 r.

„Niebo jest tam, gdzie kocham i będę kochana, i to się nigdy nie skończy”.

Przełom starego i nowego roku uświadamia nam upływ czasu. Wczoraj była okazja do refleksji nad tym rokiem, który przemijał. W kościołach gromadzili się ludzie, żeby podziękować za wszystko, co się w tym czasie wydarzyło, przeprosić za to, co było złe, a dzisiaj stajemy u progu nowego roku.

Oczywiście, ten podział jest umowny, uwarunkowany kalendarzem astronomicznym, niemniej jest ważny i potrzebny, żebyśmy się na chwilę zatrzymali, spojrzeli wstecz, spojrzeli w przód, bo takie spojrzenie prowadzi do refleksji, że wszystko, co w życiu robimy jest w pewnym sensie ostatnie i w pewnym sensie pierwsze. Każdy poranek, poranna modlitwa, śniadanie, rozmowy, spotkania z bliskimi, to wszystko, co tworzy tkankę naszego życia składa się z wydarzeń pojedynczych i niepowtarzalnych.
Przełom starego i nowego roku pomaga głębiej uświadomić sobie tajemnicę czasu, który pojawił się wraz ze stworzeniem świata. Nie potrafimy ogarnąć naszą wyobraźnią tajemnicy stworzenia i sytuacji Boga poza czasem, bo nasze myślenie jest z tym przemijającym czasem związane, a jednocześnie nasza wiara jest pełna tęsknoty za spotkaniem, za nieskończonością, za pełnią… Ziemski czas jest stworzony wraz ze stworzeniem świata, kosmosu i mikrokosmosu, którym jest każdy człowiek…

W ten czas mierzony upływem kolejnych, przemijających pór roku, jesieni, zim, wiosen, mierzony kolejnymi odcinkami nowych, następujących po sobie lat, zstępuje Bóg posyłając swojego Syna, który staje się człowiekiem. To jest wydarzenie przełomowe w dziejach całego kosmosu. Wydarzenie, jakiego nie byłby w stanie wymyślić człowiek, jakiego nie ma w żadnej religii, bo w żadnej religii nie ma wiary w tajemnicę, że Bóg się staje człowiekiem, że staje się jednym z nas, że przychodzi na świat z ludzkiej matki.

Dziś szczególnie wspominamy Maryję wybraną, Niepokalaną. Jezus przez trzydzieści lat dzieli los zwykłych ludzi, zwykłych dzieci, młodzieńców, mężczyzn oddających się codziennej pracy. Dopiero w ostatnich trzech latach objawia swoje bóstwo i ginie zabity jak pospolity złoczyńca. Przedziwny scenariusz, któremu nadaje sens ostateczne zmartwychwstanie. Dlatego w radości Bożego Narodzenia jest już coś z bólu krzyża i coś z chwały zwycięstwa nad śmiercią.

Kairos
Żeby użyć adekwatnego słowa do tego momentu, w którym odwieczny Bóg, Stwórca Nieba i Ziemi staje się człowiekiem… W Liście do Galatów czytamy, że „kiedy nadeszła pełnia czasu” (tak to przetłumaczono na język polski). Święty Paweł używa słowa, którego nie umiemy przetłumaczyć na żaden współczesny język, bo nie mamy takiego słowa. Grecy mieli na to słowo pojęcie Kairos, to jest moment, w którym wieczność styka się z doczesnością, to jest moment, w którym niebo styka się z ziemią, to jest moment, w którym Bóg staje się człowiekiem. Moment, od którego liczymy nową erę.

Żadnej innej ery już nie będzie wbrew temu, co mówią inni prorocy. To jest nasza era, bo Bóg stał się jednym z nas, żeby nam dać życie wieczne. Stąd życie człowieka z jednej strony jest odkrywaniem Boga w chwili obecnej – i to jest jedno z największych odkryć, jakie możemy dokonać w życiu, i ono się nigdy nie skończy, bo Bóg jest nieskończenie większy, niż nasze ciasne umysły i serca – a z drugiej strony na tej ziemi dobro i piękno jest wymieszane ze słabością i grzechem. I stąd tęsknota. Człowiek jest rozpięty pomiędzy tym, co jest dziś i teraz, a tęsknotą za pełnią i za wiecznością. Nie da się zrozumieć wieczności bez zrozumienia wagi chwili obecnej, bez zrozumienia tego, co Grecy nazywali Kairos, bez odkrycia tego, że to tutaj i teraz dokonuje się zbawienie, że to tutaj i teraz Bóg przeprowadza ze mną swoją historię życia. Jest to jedno z największych odkryć, które jest jak ląd bez końca, to jest nieskończenie większe niż odkrycie Ameryki.

Kiedyś Matkę Teresę z Kalkuty zapytał dziennikarz – w takim czasie jaki przeżywamy teraz – które wydarzenie mijającego roku uważa matka za najważniejsze? Ona spojrzała mu w oczy i powiedziała: naszą rozmowę w tej chwili. Piękna odpowiedź! Odpowiedź świętej. Odpowiedź kogoś, kto przeżywa Boga obecnego w chwili obecnej.

Św. Ekspedyt
W starych kościołach jeszcze można zobaczyć obrazy albo rzeźby świętego Ekspedyta. To był żołnierz armii rzymskiej, który odkrył chrześcijaństwo i – tak jak wielu w czasach starożytnego Rzymu – stanął przed koniecznością wyboru: albo wyrzekam się Chrystusa i wybieram życie, albo wyrzekam się życia i wybieram Chrystusa i idę na śmierć. On wybrał to drugie.

Św. Ekspedyt jest przedstawiany w stroju rzymskiego żołnierza. Opisy jego męczeństwa mówią, że był kuszony, żeby się wyprzeć, żeby przełożyć to wyznanie wiary na później. Św. Ekspedyt jest przedstawiany jak depcze czarnego kruka, który kracze. To słowo jest dźwiękonaśladowcze. Po łacinie brzmi kras, to jest jutro. I ten kruk mówi: kras, jutro. To jest pokusa, której bardzo chętnie ulegamy wszyscy. Zrób to jutro, wyspowiadaj się jutro, jutro pojednaj się z bliźnim, którego obraziłeś, zrób coś, co powinieneś zrobić teraz, a na co nie masz ochoty – zrób jutro. To jest bardzo poważna pokusa, która sprawia, że ludzie żyją nieobecni w chwili obecnej, nie ma ich tutaj.

Ekspedyt depcze tego kruka, który kracze kras – jutro i trzyma w ręku krzyż z łacińskim napisem „hodie” – dziś. Jesteśmy bardzo często kuszeni, szczególnie młodzi myśleniem o jutrze, budowaniem różnych projektów w przyszłości. Starsi, którzy przeszłość mają za sobą, kuszeni są do tego, żeby bez przerwy myśleć o przeszłości, co prowadzi często do porównania, że dawniej to było lepiej. Ocenia się teraźniejszość w imię wyidealizowanej przeszłości.

Te pokusy mogą być nęcące, bądź straszące, ale wyprowadzają nas z tego, co jest dziś i tutaj. A Królestwo Boże nie jest jutro, Królestwo Boże nie jest wczoraj, Królestwo Boże nie jest gdzieś, gdzie mnie nie ma. Często ulegamy takim pokusom. Dziewczyny czy kobiety myślą: o gdybym była piękniejsza… Starsi mówią: och, gdybym był młodszy… O, gdybym miał więcej pieniędzy, gdybym miał lepsze zdrowie… Wiele z tych rzeczy nigdy się nie spełni i człowiek żyje niezadowolony i nieobecny.

Jesteśmy uwięzieni
Misjonarze w Afryce często powtarzają powiedzenie ludów afrykańskich, które jest uniwersalne, bo można je spotkać we wszystkich kulturach: „Pan Bóg nawiedza nas często w domu, ale nas tam nie ma”. Nie ma nas tam, bo jesteśmy uwięzieni w przeszłości, we wspomnieniach, albo w przyszłości, w planach.
To może być więzienie słodkie lub trudne, lub straszące, ale zawsze jest więzieniem. Oczywiście człowiek jest utkany z przeszłości i z planów na przyszłość, i to jest coś dobrego. Człowiek się składa ze swojej przeszłości i z myślenia o przyszłości, ale czasami to myślenie może stać się więzieniem, niestety, dla wielu więzieniem dożywotnim. Bóg nawiedza nas często w domu, a nas tam nie ma, bo jesteśmy, gdzie indziej. Wiemy dobrze, że można siedzieć w kościele, wykonywać wszystkie czynności, odpowiadać słowami, ale myślą być gdzieś indziej. Można z kimś rozmawiać, ale tak naprawdę nie być w tej rozmowie całym sobą, być gdzieś indziej. I życie ucieka, a Bóg jest obecny w tym, co jest w tej chwili, radosnym, wzniosłym, trudnym, smutnym, zwyczajnym, codziennym… To jest wielka tajemnica obecności Boga w chwili, która jest.

Była całą sobą
Możemy się tego uczyć od Maryi, która była całą sobą, gdy nagle przyszedł do Niej posłaniec z Nieba i wywrócił do góry nogami całe Jej życie, a ona się na to zgodziła. Była tu i teraz całym swoim jestestwem. Być całym sobą tu i teraz to jest wielka sztuka. Od świętych możemy się tej sztuki uczyć. Święta Tereska od Dzieciątka Jezus napisała kiedyś bardzo prosty wiersz, a jednocześnie dotykający istoty tego, o czym mówimy.

„Moja pieśń na dzień dzisiejszy”
Me życie jest cieniem, me życie jest chwilką,
Co ciągle ucieka i ginie.
By kochać Cię, Panie, tę chwilę mam tylko,
Ten dzień dzisiejszy jedynie!…
O jutro się modlić nie jestem ja w stanie,
Choć nie wiem, jak życie popłynie;
Dziś strzeż mnie, dziś broń mnie, dziś tylko, o Panie,

Przez dzień ten dzisiejszy jedynie.
Gdy myślę o jutrze, przejmuje mnie trwoga,
Tak smutno na łez tej dolinie;
Lecz próby ja pragnę i cierpieć dla Boga
Przez dzień ten dzisiejszy jedynie.
Przy Sercu Twym blisko nie smucę się znojem,
Ni walką, ni trudem – to minie;
Ach, weź mnie, o Jezu, i w Sercu skryj Twoim
Na dzień ten dzisiejszy jedynie.
Ach, skończy się wkrótce to moje wygnanie,
Wiecznego blask zalśni mi słońca,
I śpiewać Ci będę na wieki, o Panie,
To „dzisiaj” bez kresu i końca.

Wieczność to jest nieustające dzisiaj, to jest miłość, która się nie skończy. Doświadczamy, że na ziemi wszystko się kończy, nawet najgłębsza przyjaźń, miłość się kończy i życie się kiedyś skończy, a przez paschę Chrystusa, w którą przez chrzest jesteśmy włączeni, jesteśmy włączeni w to dzisiaj, które się nie skończy.

Przed laty, jako młody ksiądz, pracowałem w Laskach ucząc dzieci niewidome i z lekkim upośledzeniem umysłowym. Moja uczennica, Basia, była wtedy w klasie siódmej czy ósmej (ale to był poziom może dziecka z klasy pierwszej) na pytanie co to jest niebo, podniosła rękę – co mnie zdziwiło, bo ona nigdy nie zabierała głosu – skleciła zdanie, które brzmiało mniej więcej tak: „niebo jest tam, gdzie kocham i będę kochana, i to się nigdy nie skończy”.
Pomyślałem, że ta mała Basia niewidoma, z upośledzeniem psychicznym więcej zrozumiała, niż my zdrowi i widzący. Niebo jest tam, gdzie kocham i będę kochać, i to się nigdy nie skończy. To jest pragnienie każdego człowieka, każdego – czy jest katolikiem, czy prawosławnym, czy jest buddystą, czy jest ateistą. Każdego człowieka, bo wszyscy jesteśmy współistotni, bo wszyscy mamy jedną naturę stworzoną na obraz i podobieństwo Boże i pragniemy miłości, która się nie skończy, która wykracza poza śmierć, poza grób, poza ludzką słabość.

W każdym jest to nieusuwalne pragnienie i właśnie na to pragnienie odpowiada Bóg stając się człowiekiem i ofiarowując swoje człowieczeństwo na krzyżu i zmartwychwstając.
O jutro się martwić nie jestem ja w stanie,
Bo nie wiem, jak życie popłynie,
Dziś strzeż mnie, dziś chroń mnie, dziś tylko, o Panie,
Przez dzień ten dzisiejszy jedynie.