Czytania, których dzisiaj słuchamy w liturgii przenoszą nas w miejsce, które niesie duży niepokój, ale jednocześnie otwiera na nadzieję. Daniel opisuje wizję czterech bestii wynurzających się z morza, które są obrazami imperiów budujących swoją potęgę na strachu, przemocy i dominacji. Ta apokaliptyczna scena to nie współczesna fantastyka, ale bardzo trzeźwa diagnoza historii. Kiedy człowiek odrywa władzę od Boga, kiedy siła staje się ważniejsza niż człowieczeństwo, rodzą się bestie zagrażające wszystkim wokół. I nie trzeba daleko szukać, aby zobaczyć, że to zjawisko wciąż powraca, także we współczesnym nam świecie, w polityce, a czasem nawet w naszych małych, codziennych relacjach.
Właśnie tam, gdzie zło przybiera na sile, prorok Daniel widzi coś niezwykłego: tron, na którym zasiada Przedwieczny. Świat może się miotać, ale Bóg się nie miota. On nie reaguje nerwowo, nie podnosi głosu, lecz po prostu otwiera księgi. Prawda, której nikt nie może zagłuszyć, staje się jawna. Z perspektywy ludzi, potęgi tego świata wydają się niezniszczalne, lecz przed Nim kruszą się jak kruche gliniane naczynia. Prorocka perspektywa Daniela jest bardzo krzepiąca: zło ma swój czas, ale nie ma wieczności.
Św. Augustyn pisał: „Królestwa ludzkie powstają i upadają, lecz Królestwo, które Bóg obiecał, trwa na wieki i nie zostanie pokonane przez żadne przeciwności”.
To zdanie mogłoby być komentarzem wizji proroka Daniela. Świat się zmienia, potęgi się zmieniają, czasem wszystko zdaje się drżeć – a jednak jest Ktoś, kto stoi ponad tym.
Na scenę wchodzi tajemnicza postać, czyli „Syn Człowieczy”. Nie przypomina bestii, nie wychodzi z chaosu, lecz przychodzi „z obłokami nieba”. Otrzymuje władzę, która nie przemija, i panowanie, którego nikt Mu nie odbierze. Dla nas, chrześcijan, nie ma wątpliwości, iż chodzi tu o obraz Chrystusa, który przynosi porządek innego rodzaju. Jego królestwo nie opiera się na sile czy strachu. Jest zbudowane na posłuszeństwie Ojcu, na miłości, która nie wymusza, ale pociąga; miłości, która nie dominuje, ale przemienia.
I właśnie w tym miejscu dzisiejsza Ewangelia staje się niezwykle aktualna. Jezus mówi uczniom, aby patrzyli na figowiec i od niego się uczyli. Gdy wypuszcza liście, wiadomo, że lato jest blisko. To proste, ale głębokie porównanie. Chrystus zachęca nas, abyśmy nie zatrzymywali się na objawach ciemności, ale umieli rozpoznawać znaki nadziei, nawet jeśli są kruche i dopiero kiełkują. „Blisko jest królestwo Boże” – mówi. Blisko, czyli nie nadejdzie dopiero za wiele lat, ale jest już, tuż obok nas. W każdym dobru, które w nas dojrzewa. W każdym przebaczeniu, które wydaje się ponad ludzkie siły. W każdym akcie wierności, który się nie opłaca, ale jest prawdziwy. A potem pada zdanie, które może być dla nas kotwicą na każdy niepokój: „Niebo i ziemia przeminą, ale moje słowa nie przeminą”.
Wszystko może się chwiać, ale Jego obietnica nie drży. Jeśli trzymamy się Jego słowa, stoimy na czymś mocniejszym niż najbardziej stabilne struktury tego świata. Dzisiejsze Słowo nie chce nas przestraszyć. Chce nas obudzić, przypomnieć, że choć czasem wokół nas podnoszą się różne „bestie”, to historia nie idzie ku rozpadowi, lecz ku spotkaniu z Tym, który przychodzi. A tam, gdzie On przychodzi, rodzi się pokój. Rodzi się nowe stworzenie. Rodzi się nadzieja.



