Kategoria Świadectwa Centrum Pojednania La Salette, Dębowiec
Varia   ❯   Świadectwa
9 grudnia 2020

Bóg dał mi radość życia

Z Łukaszem Koteckim z Wrocławia rozmawia ks. Bohdan Dutko MS

Łukaszu, wspomniałeś mi, że pochodzisz ze świata pogańskiego. Co to znaczy?
Zostałem ochrzczony przy ślubie rodziców, jak miałem roczek. Rodzice nie uczęszczali do kościoła i nigdy nas tego nie nauczyli. Chodziliśmy do kościoła, aby poświęcić pokarmy i kojarzyłem kościół tylko z koszyczkiem.

Chodziłeś na katechezę.
Tak, chodziłem, ale byłem trudnym uczniem. Do sakramentu bierzmowania nie podszedłem. Polemizowałem z wieloma osobami. Wydaje mi się, że jedną osobę odciągnąłem od wiary. Tak żyłem sobie aż do studiów.

Czyli w domu nie było żadnych praktyk religijnych?
Żadnej. Mój tata jest wojującym racjonalistą i uważa, że nauka wszystkim steruje. Mama mówi, że wierzy w Boga, ale po swojemu. Mój dziadek jest akupunkturzystą, radiestetą i bioenergoterapeutą. W Mongolii znalazł go tamtejszy uzdrowiciel, zbadał jego energię i powiedział, że taki człowiek musi leczyć. Nauczył go akupunktury, wyczuwania energii, znajdowania chorych miejsc. Dziadek po powrocie z Mongolii, gdzie był świetnym specjalistą technicznym, rzucił wszystko i zaczął ludzi leczyć. Ja od małego dziecka byłem leczony akupunkturą, a potem zostałem wyznaczony jako następca mojego dziadka. I też poszedłem na studia do Bydgoszczy, aby skończyć akupunkturę, żeby mieć papier. Dziadek opowiadał mi różne historie, miał też swoją interpretację Pisma Świętego. Świat duchowy troszeczkę istniał dla mnie, ale Kościół nie.

A rodzice przyjmowali księdza po kolędzie?
Nie, do dzisiaj nie przyjmują.

Mają jakiś uraz do Kościoła?
Mój tata jest głęboko poraniony przez swoich rodziców. To znaczy moi dziadkowie ze strony taty byli alkoholikami.

Wróćmy do Ciebie. Masz 19 lat. Idziesz na studia…
Udaje mi się dostać na fizjoterapię.

Do Bydgoszczy?
Nie, Bydgoszcz była równolegle w czasie studiów z fizjoterapii. Między pierwszym a drugim rokiem studiów na fizjoterapii kolega, który jak się później okazało, chodził do duszpasterstwa, zabrał mnie na praktyki do domu dla osób niepełnosprawnych w Pykoszowie pod Kielcami. Tam jest taki dom, gdzie odbywają się turnusy rehabilitacyjno rekolekcyjne. Powiedział mi tylko, że można zrobić praktyki, i że jest bardzo fajnie. Nie powiedział jak to wygląda. Przyjeżdżam na miejsce, a tam codziennie modlitwy, także przed każdym posiłkiem. Było to dla mnie zupełnie obce. Byłem wściekły na mojego kolegę. Ale jeszcze się okazało, że byliśmy jedynymi chłopakami na turnusie, na którym było 15 osób na wózkach. I miałem okazję poznać wszystkie osoby z niepełnosprawnościami.

Foto: Łukasz Kotecki, Dębowiec Centrum Pojednania „La Salette”

Tam pierwszy raz spotkałem osoby wierzące, które są szczęśliwe mimo tego, że są niepełnosprawne. To było dla mnie jak zderzenie ze ścianą, bo ja miałem problemy sercowe, różne, z pieniędzmi, a oni mieli problemy totalnie życiowe. Ja za mojego podopiecznego wszystko robiłem, obsługiwałem go wszędzie, pionizowałem, a on wierzył w Boga i widziałem po nim, że był szczęśliwy. To było dla mnie nie do przejścia. W dodatku ci wszyscy wolontariusze i wolontariuszki to były przeserdeczne osoby i nie widziałem w nich fałszu. Czułem się tam rewelacyjnie. I pojawiały się pytania…

Długo trwał turnus?
Dwa tygodnie, ale ja zostałem aż na trzy turnusy. Sześć tygodni, więc Pan Bóg miał dużo czasu. Na drugi turnus przyjechał młody ksiądz, który zauważył, że ja nie uczestniczę w liturgii. Przywoziłem mojego podopiecznego do kaplicy, wychodziłem i wracałem, kiedy wszystko się skończyło, aby go zabrać. Ten ksiądz powiedział mi, że dla tych osób jest bardzo ważne, kiedy opiekun jest na Mszy św. razem z nimi. Zrozumiałem to i uznałem, że powinienem przyjść… Usłyszałem wtedy kazanie, które zasiało we mnie dużą wątpliwość. Poszedłem na rozmowę z księdzem, która trwała z półtorej godziny i skończyła się spowiedzią, taką z całego życia.

Od tego momentu zaczęła się przemiana…
Tak. Ja nie wiedziałem jakie są wymogi życia katolika. I zaczęła się walka z tej drugiej strony. Zły zaczął o mnie walczyć. Tam, jeszcze w tym Pykoszowie, zakochałem się bez pamięci. Po powrocie do Wrocławia, przeżyłem duże załamanie duchowe. We Wrocławiu mieszkałem w kawalerce, którą mój tata wynajmował, bo szukał pracy we Wrocławiu i nie znalazł jej. Znalazłem kolegę na kawalerkę, który miał przyjaciela dilera. I ten diler zaczął u nas sprzedawać marihuanę. Ja na początku miałem za darmo. I zaczęło się… Brałem przez sześć miesięcy dzień w dzień. Pojawiły się potworne lęki, paranoiczne zachowania. Zacząłem się bardzo mocno interesować teoriami spiskowymi. Stwierdziłem, że ten świat jest opanowany przez zło i postanawiam z sobą skończyć.

Podjąłeś próbę samobójczą?
Poszedłem na balkon, żeby skoczyć. Do dziś pamiętam uczucie, jakie ma człowiek, który wie, że zaraz umrze. Doprowadziła mnie do tego beznadzieja. Coś strasznego… i idę na balkon, żeby skoczyć. Słyszałem podszepty złego: – skacz na głowę, bo to jest drugie piętro. Nie zabijesz się jak skoczysz na nogi, skacz na głowę… Już jestem gotowy do skoku, ale tata zostawił na balkonie siatkę na gołębie. Potem jak patrzyłem, gdzie są jeszcze siatki, to była tylko na jeszcze jednym balkonie, a był to 10 piętrowy blok. Podchodzę do tej siatki i myślę, co ja mam zrobić z tą siatką? Ale już straciłem decyzję. I nagle spłynęła do mnie świadomość, co ja chcę robić.

Chodziłeś wtedy na Mszę św.?
Tak, przez cały czas.

I co było dalej?
Upadłem na kolana, płacząc – byłem pod wpływem narkotyków – powiedziałem: Panie Jezu ratuj! Jeśli jesteś, jeśli to wszystko jest prawdą, to zabierz ode mnie narkotyki, lęki, a ja będę już Twój, bo ja sobie z tym życiem nie radzę, Tobie oddaję moje życie. Kiedy wstałem z kolan, poczułem błogi pokój w sercu. Miałem poczucie, że wszystko będzie dobrze. Za dwa dni tata dostał pracę we Wrocławiu i kolega musiał się wyprowadzić. Tata się wprowadził i wtedy zobaczył, na co tak naprawdę poszły jego pieniądze. Moja głowa nie została od razu uzdrowiona. Żeby wrócić do normalności, potrzeba było czasu. Studia były zawalone totalnie. Tata załamany, mama załamana. Wróciłem do Żar, rodzinnej miejscowości. I tam zaczęła się porządna formacja Pana Boga. Codziennie rano byłem na Mszy Świętej, czytałem Pismo Święte, niemal spijałem słowa z Pisma Świętego. Pan Bóg mi pokazał wiele rzeczy, które były złe w moim życiu i mi je zabierał. Wulgaryzmy, jakieś problemy z nieczystością, masturbacja, to mi to zostało zabrane. Wyleczył mnie Pan Bóg z bardzo wielu rzeczy. Potrafiłem robić trzydniowe posty. Żyłem wielką ascezą, modliłem się, godzinami czytałem Pismo Święte.

A co rodzice na to?
Po trzech miesiącach rodzice wyrywali sobie włosy z głowy, bo nie wiedzieli, co się ze mną dzieje… Do dzisiaj moje nawrócenie łączą z narkotykami, że te one mi namieszały w głowie. Jednak powoli widzą, że to jednak Bóg, który wtedy mnie uratował, że to On wziął mnie na swoją terapię, uleczył mnie i dał mi radość życia,

Masz mocne doświadczenie Boga…
Tak, Bóg mocno zadziałał. Kiedy wróciłem na studia, to ten sam kolega, który mnie kiedyś zabrał na praktykę do Pykoszowa, teraz zadzwonił i powiedział, że jest duszpasterstwo Wawrzyny i jest tam ks. Orzechowski, i żebym przyszedł. Jak usłyszałem ks. Orzechowskiego, to rozpłakałem się i szybko pobiegłem do niego do spowiedzi. Zostałem w Wawrzynach, to był dla mnie taki drugi dom. I „Orzech” nauczył mnie wiary. Uporządkowała mi się głowa, bo wszystko było takie pływające. Ten sam kolega, który zabrał mnie do Pykoszowa i do Wawrzynów poznał mnie z Anią, obecnie moją żoną.

W czasie studiów się pobraliście?
Nie, ja już byłem po studiach, a Ania jeszcze przez dwa lata studiowała, a przystąpiła do obrony trzymając Stasia na rękach. Dziś mamy czwórkę wspaniałych dzieci. Jedno jest u Pana Boga. Mamy anioła, który wstawia się za nami niebie.

Wytrwaliście w czystości przedmałżeńskiej?
Tak, pomimo moich problemów, to przez 5 lat żyliśmy z Anią w czystości przedmałżeńskiej. Pan Bóg dał nam taką łaskę. Człowiek jest w stanie nad sobą zapanować. Orzech często nam mówił, że to nie ogon macha psem, tylko pies ogonem. Tak nas też wychowywał i Orzecha mogę nazwać moim ojcem prawdziwym, bo od taty nie dostałem nauki życiowej, takiej podstawowej, a Orzech mi ją ukazał. Po tych kilku latach napisałem do taty list, żeby się rozliczyć z przeszłością. Trzynaście stron, chyba z miesiąc pisałem, ale napisałem. Dałem tacie. I pojednaliśmy się ze sobą.

Co tata powiedział?
Tata jest skrytym człowiekiem, ale ja znając jakieś strzępy jego dzieciństwa napisałem do taty, że wiem, co on przeżywał, że wiem dlaczego nie miał możliwości być dla mnie takim ojcem, o jakim sobie marzyłem, bo sam nie miał ojca…

Jesteście we wspólnocie w Kościele?
Tak, po Wawrzynach wstąpiliśmy do wspólnoty Wiosna Rodzin, która powstała przy Orzechu. Są to małżeństwa, które po duszpasterstwie akademickim chciały się dalej spotykać. We wspólnocie jesteśmy od pięciu lat, a dziś uczestniczymy w tygodniowych rekolekcjach w Dębowcu.

 


 

2 listopada 2020

Szedł ku świętości

Wspomnienie o biskupie Janie Niemcu w dniu Wszystkich Świętych 2020 roku

Mam bardzo wiele wspomnień i myśli o moim przyjacielu biskupie Janie Niemcu. Miałem ten dar być blisko niego ostatnie 8 lat. On szedł ku świętości i Bóg uczynił go świętym.

Zostałem biskupem pomocniczym diecezji kamieniecko-podolskiej tylko dlatego, że Pan Bóg doświadczył Jana cierpieniem, krzyżem wieloletniej choroby i przez to nie mógł być fizycznie obecny w diecezji.  Z pewnością podczas tej choroby służył Kościołowi na Podolu i na Ukrainie z wielką intensywnością modlitwy, ofiary cierpienia i miłości. Chciał być zdrowy, szukał lekarzy, prosił o cud, ale pokornie akceptował wolę Pana. Naprawdę był bardzo doświadczony cierpieniem, ale gdy się go widziało, z nim rozmawiało, to odnosiło się wrażenie, że to jest najszczęśliwszy człowiek na ziemi.

Wiem, że też miał on swoje walki i trudne chwile zwłaszcza w okresie, gdy musiał przebywać w domu swojej mamy. Biskup w najlepszym wieku dla posługiwania, pełen doświadczenia i mądrości był zmuszony pozostawać w swojej „celi”. Nie mógł głosić, choć był pełen słowa. Kiedyś go odwiedziliśmy w Polsce z biskupem Leonem. Po chwili rozmowy prawie wykrzyknął: „Słuchajcie! Zrobię wam medytację biblijną”. Jego kręgosłup był potrzaskany. Światowej sławy profesor z Monachium, który oglądał kręgosłup Jana stwierdził, że jeszcze nie widział kręgosłupa w tak złym stanie. Ból towarzyszył mu cały czas.

Droga do świętości biskupa Jana  to otwartość na  natchnienia do poświęcenia i całkowitego ofiarowania się. Te natchnienia przychodziły pewnie już w dzieciństwie, ale tutaj wspomnę o tych z miłości do ojczyzny, którą bardzo kochał. Tworzenie NZS na uczelni, pisanie listu do władz ze sprzeciwem wobec stanu wojennego, organizowanie marszów i przemawianie podczas nich. A później głos powołania podczas rekolekcji, na które przyjechał z dziewczyną. Wtedy przyszło do niego słowo: „Twoje miejsce jest po drugiej stronie”. I poszedł w tę drugą stronę z całą radykalnością. I tak już było do końca – z całą determinacją szedł ku świętości.

Gdy myślę o świętości i myślę o biskupie Janie, to wydaje mi się, że najważniejsze jest pragnienie świętości. On miał odwagę odczuć to pragnienie i być mu wiernym.

Nie urodził się święty, choć już od początku jego życie na ziemi było rodzicom cudownie podarowane. Miał umrzeć, ale modlitwa i łaska Boża dała mu życie i odwagę i determinację, by iść ku świętości. Jeśli widział, że coś jest przeszkodą na tej drodze do świętości, to to odrzucał. Zobaczył, że posiadanie notebooka mu nie pomaga, to od razu go komuś podarował. Gdy poczuł, że nawet małe ilości alkoholu mu nie służą na drodze do świętości, bez żalu z tego zrezygnował. Pan Bóg dał mu to pragnienie świętości i prowadził go najlepszą drogą – doskonalił Swego sługę przez cierpienie. Dał mu też w pewnym okresie dar łez. Biskup Jan płakał, gdy mówił o miłości Chrystusa do siebie grzesznika.

Po siedmiu latach choroby Pan dał mu przebywać większość czasu na Ukrainie. Jego głoszenie słowa, jego spowiedzi, jego przepiękne pełne miłości i szacunku wizytacje… Mógłby nam jeszcze wiele głosić, bo był pełen słowa i coraz bardziej przeniknięty miłością. Mógłby jeszcze obdarować swoją pełną pokoju obecnością wiele parafii i księży podczas wielodniowych wizytacji.  Pan go zabrał. Misterium Bożej miłości. Jan przeczuwał to, bo był w głębokiej intymnej relacji z Panem. Gdy go przewoziliśmy ze szpitala w Kamieńcu do  Polski, był jak baranek… Takie duże oczy, taki maleńki i pokorny, zjednoczony ze swoim cierpieniem… i Bogiem. Prosił: „zabierzecie mnie do kurii, pomodlimy się kompletą i umrę”.

Do końca wyznawał swoją nędzę, a Pan coraz bardziej czynił go świętym.

Od 25.06.2020 roku zaczął prowadzić zapis swoich modlitw. Historia tych modlitw zaczyna się od wpisania aktu całkowitego oddania się Najświętszej Maryi Pannie, uczynienia się jej niewolnikiem. Każdego dnia zapisywał modlitwę na całą stronicę. Zawsze była ona związana ze słowem z danego dnia czy patronem danego dnia. Ale to, co powtarzało się prawie zawsze, jeśli nie zawsze, to uwielbienie Ojca – Tatusia, Uwielbienie Syna i Ducha. Dziękowanie za  Matkę Bożą, prośba o skruszone serce i dziecięcą uległość Ojcu. Mocne w słowach wyznawanie swej nędzy i grzeszności, oddawanie się Sercu Maryi. I tak każdego dnia, aż do 9 października. Każdego dnia na nowo wyznawanie miłości, prośba o  skruszone serce i dziecięcą uległość, wyznawanie swej nędzy i oddawanie się Maryi.

10  października już nie mógł zapisać tego, co odczuwał. Później ze szpitala rozsyłał już krótkie SMS-y z Dobrą Nowiną i chyba ten najpiękniejszy: „kocham” tuż przed śmiercią.  Czy może być coś większego na tej ziemi… i w niebie?  

W ostatnią niedzielę przed śmiercią poprosił o jabłka, bo przyszedł mu na nie smak. Wydawało się, że będzie żył, ale Bóg, jego Ojciec chciał mu już dać skosztować owoców z Drzewa Życia.  Myślę, że Jan już smakuje te owoce Życia w Bogu, bo przyszedł z wielkiego ucisku i wybielił swoje szaty we krwi Baranka. Umarł Święty. Bóg, jego najlepszy Ojciec odpowiedział w pełni na jego pragnienie świętości.

Biskup Radosław Zmitrowicz OMI

10 października 2020

Ci, co zaufali Panu

13 grudnia 2007 roku doszło w naszym domu do potężnego wybuchu. Ścianka murowana oddzielająca dwa pokoje zamieniła się w kupę gruzu.Kilka okien wyleciało z futryn, a całe epicentrum eksplozji było skierowane na mnie. Lekarze w szpitalu wojewódzkim w Rzeszowie nie pamiętali, aby przyjechał do nich człowiek w takim stanie jak ja. Miałem 21 lat.

To, że żyję jest cudem
Podczas wybuchu straciłem lewą dłoń, prawej też się mocno oberwało, mocno popękana czaszka i zniszczona prawa noga. Najbardziej zagrażające życiu były wbite w moje ciało fragmenty ceramicznej miski, która w trakcie wybuchu chemikaliów zadziałała jak szrapnel. Nie udało się uratować moich oczu. Przeszedłem liczne wielogodzinne operacje. Generalnie stan przez długi czas był krytyczny. Przez kilka tygodni moje życie wisiało na włosku. Miałem gorączka podchodząca do 42 stopni, bardzo silne zakażenie organizmu… Powoli wracałem do zdrowia. Świadomość odzyskałem dopiero po półtora miesiąca, pod koniec stycznia, bo wtedy zostałem wybudzony ze śpiączki farmakologicznej. Jak się obudziłem na łóżku to uświadomiłem sobie, że nie widzę, że nie mogę wstać ze względu na ogromne uszkodzenia prawej nogi. Rękami nie mogłem nic zrobić, gdyż lewa cała była zabandażowana (oparzenia trzeciego stopnia), a prawa od nadgarstka była cała w gipsie.

Wtedy uświadomiłem sobie, że tak naprawdę są dwie możliwości, pierwsza − to po prostu się załamać i powiedzieć koniec, już nic z tego życia nie będzie, zostaje tylko rozpacz. Druga możliwość to taka, że bez względu na to, co się stało, muszę się pozbierać i z tego, co jeszcze pozostało zrobić coś sensownego. Dla mnie tak naprawdę liczyła się opcja druga, pierwsze nie wchodziła w grę.

Uświadomiłem sobie, że o własnych siłach to się nie uda, że to wykracza poza możliwości człowieka, i wtedy z pomocą przyszedł mi Pan Bóg. Bóg nie był nowością w moim życiu. Wychowałem się w rodzinie katolickiej, byłem ministrantem, zawsze jakoś starałem się być blisko Pana Boga, aczkolwiek nie mogę powiedzieć, że Bóg był zawsze numer jeden w moim życiu, nie, to tak nie było, natomiast zawsze był w czołówce. Ale wtedy po raz pierwszy w życiu uświadomiłem sobie, jak bardzo Pana Boga potrzebuję, i On mnie nie zawiódł. Powiedziałem tak: Panie Boże, to co się stało przekracza moje własne możliwości, ja będę się starał co tylko będę mógł, będę robił krok po kroku, dzień po dniu, a jakie będą tego efekty, pozostawiam Tobie. Wiedziałem, że nie będzie tak samo jak było, że oczy odrosną, ręce wyzdrowieją, że będzie wszystko po staremu, ale nabrałem pewności, że będzie dobrze. Nie wiedziałem w jaki sposób i kiedy. Przestałem się martwić…

W ciągu trzech lat przeszedłem ponad dwadzieścia różnych operacji, od największych ratujących życie, po drobne zabiegi natury kosmetycznej. Bardzo szybko wracałem do zdrowia, co lekarzy wprawiało w zaskoczenie. Na dzisiaj jestem zdrowy, poza tym, że widać czego mi brakuje, a wszystko pozostałe jest w najlepszym porządku. Chodzę po górach, jeżdżę na rowerze na tandemie, pływam, uprawiam różne aktywności fizyczne.

Miłość
Przed wypadkiem byłem zaręczony. Chodziliśmy ze sobą pięć lat i zamierzaliśmy się pobrać, ale po wypadku wszystko zaczęło się rozpadać. Modliłem się o utrzymanie tego związku, bo mi bardzo na nim zależało. Miałem wrażenie, że Pan Bóg jest głuchy na moje prośby. Dopiero w pewnym momencie postanowiłem zaufać Panu Bogu. Zdałem się zupełnie na Niego. Kiedy starałem się utrzymać ten związek, to tak naprawdę mówiłem: Panie Boże, nie to, co Ty chcesz, tylko to, co ja chcę.

foto https://www.fakt.pl/wydarzenia/polska/nie-mam-oczu-i-reki-ale-kocham-zycie/

Bo ja wymyśliłem, że to ma być konkretnie ta dziewczyna, nie inna, i nie widziałem innego rozwiązania. Kiedy sobie to uświadomiłem, to przestałem prosić Pana Boga o tą konkretną relację, tylko zacząłem prosić Pana Boga o dobrą żonę. W bardzo krótkim czasie ta znajomość się zakończyła, i niedługo później w moim życiu pojawiła się Ania. Znaliśmy się od początku studiów, była świetną koleżanką, mogę powiedzieć fantastyczną przyjaciółką, ale ja w tym pierwszym związku byłem tak strasznie zadurzony, że nie wiedziałem jacy wspaniali ludzie są dookoła mnie. Ja tak naprawdę straciłem wzrok, żeby przejrzeć na te inne oczy, żeby zacząć widzieć… Zacząłem się spotykać z Anią.

Ciężko mi było sobie wyobrazić, że ta znajomość może się przekształcić w coś więcej, bo zdawałem sobie sprawę, że nie jestem już takim człowiekiem jaki byłem przedtem, że moja atrakcyjność uległa zmianie. Ale Ania nie patrzyła na to z perspektywy tego czego mi brakuje, tylko patrzyła jak na człowieka, którym jestem. Po pół roku od naszego pierwszego spaceru oświadczyłem się. Ania była bardzo zaskoczona. Oczywiście oświadczyny przyjęła i dziewiątego października 2010 roku pobraliśmy się. Mamy dwójkę fantastycznych dzieciaków. Marysia w tym roku skończy osiem lat, a Olgierd pięć lat. Jesteśmy kochającą się rodziną. Jestem szczęśliwym człowiekiem!

Nauka
Jednym z wielu moich zmartwień była świadomość potencjału, który we mnie jest, i tego, że się zmarnuje. Ale zostawiłem to Panu Bogu, wierząc, że Duch Święty wszystko pchnie w odpowiednim kierunku. Kiedy leżałem jeszcze w szpitalu odwiedził mnie mój prodziekan oddziału i powiedział: Marcin, wracaj do zdrowia, my na ciebie czekamy, wracaj na uczelnię. Pomyślałem: gościu, co ty opowiadasz. Ja wstać nie mogę, łapy połamane, prawdopodobnie nigdy nie będę widział, a ty mówisz żebym wracał na uczelnię. Fajnie, powiedział co miał powiedzieć, bo inaczej nie wypadało… W czasie rehabilitacji stwierdziłem, że muszę zacząć coś robić, bo zwariuję z bezczynności. Podjąłem studia zaoczne na filologii angielskiej. Okazało się, że całkiem nieźle mi to idzie.

Zachęcony sukcesem na Uniwersytecie, postanowiłem pójść na studia dzienne na Politechnikę. Dziekan wydziału powiedział mi, że nie wyobraża sobie jak ja zamierzam to wszystko robić, ale jeśli mam ochotę to zapraszamy, tylko pamiętaj − co mi się bardzo spodobało, że nie ma żadnej taryfy ulgowej. Pod koniec 2011 roku obroniłem licencjat filologii angielskiej, a rok później uzyskałem tytuł inżyniera budownictwa. Od razu poszedłem na studia magisterskie na budownictwo, które ukończyłem z najwyższą średnią na roku. Kiedy kończyłem studia, został rozpisany konkurs na asystenta w Zakładzie Budownictwa Ogólnego na wydziale budownictwa na Politechnice Rzeszowskiej. Stwierdziłem, że spróbuję… i wygrałem ten konkurs. Prowadzę zajęcia ze studentami, oraz prowadzę własne badania naukowe. W międzyczasie zrobiłem studia z fizyki, które skończyłem w 2018 roku, a za pracę magisterską otrzymałem nagrodę naukową. W tym roku będę składał pracę doktorską. Jestem szczęśliwy.

Podsumowując, chcę powiedzieć, że pomimo tego że nie widzę, że mam problem w sprawności manualnej. Jestem szczęśliwym człowiekiem, szczęśliwym mężem i ojcem. Jestem szczęśliwym chrześcijaninem, bo otrzymałem relację z Panem Bogiem opierającą się na zaufaniu. Jestem szczęśliwy jako pracownik i jako naukowiec. Mogę powiedzieć, że dziś jestem znacznie szczęśliwszym człowiekiem niż byłem przedtem. Zachęcam do zaufania Panu Bogu w życiu, bo – jak pisze prorok Izajasz – „ci, co zaufali Panu, odzyskują siły, otrzymują skrzydła jak orły: biegną bez zmęczenia, bez znużenia idą..” (Iz 40, 31).

Marcin Kaczmarzyk

5 maja 2020

Wreszcie przyszło nawrócenie

Jako młody chłopak bardzo zbłądziłem. Nie wiedziałem kim jestem. W wieku dorastania dużym autorytetem byli koledzy, którzy często byli bezwzględni. Kiedy dowiadywali się, że nasza rodzina się powiększa (było nas sześcioro rodzeństwa),to moich rodziców nazywali dzieciorobami. Wewnętrznie nie zgadzałem się z tą opinią, ale presja otoczenia była silniejsza, a ja byłem zbyt słaby, nie radziłem sobie…

Znalazłem się na dnie
Wracałem do domu zbuntowany, co prowadziło do ciągłych kłótni z rodzicami. Moje relacje z rodzicami zostały kompletnie porozrywane. Nawet słowo matka nie przechodziło mi przez gardło. Rzucałem w ich stronę wulgarne określenia. Rodzice naprawdę mieli ze mną ciężko. Żyłem na podwórku, na ławce w parku, a do domu przychodziłem tylko zjeść i spać. Robiłem, co chciałem. Uprawiałem dużo sportu, nie myślałem o narkotykach czy alkoholu. Kiedy miałem dwanaście lat, przyszedł do mnie kolega ze szkoły, który nosił długie włosy – stąd mówiliśmy na niego Jezus – i poczęstował mnie trawką. Popalaliśmy. Było fajnie. Trwało to jakiś czas. Później zacząłem sięgać po mocniejsze rzeczy… Degradowałem się coraz mocniej, coraz głębiej, aż wylądowałem totalnie na dnie, całkowicie uzależniony. Widać było, że potrzebuję pomocy, tylko do mnie to nie docierało. Żyłem jak we mgle. Kiedy znalazłem się na dnie, wtedy wszyscy odwrócili się ode mnie. Wszyscy. Tylko rodzice mnie nie zostawili. Dzięki nim trafiłem do wspólnoty Cenacolo. Miałem wtedy osiemnaście lat.

Cenacolo
To jeden wielki cud, że dotarłem do Cenacolo. Na początku byłem w Giezkowie pod Koszalinem i był to dla mnie naprawdę prawdziwy kołchoz. Na początku odbierałem ten mój pobyt tam za największą tragedię w moim życiu. Dużo większym prestiżem wydawało mi się trafić do więzienia niż być w Cenacolo. Tam obowiązywały zupełnie inne wartości niż te, którymi ja się kierowałem. Tam była modlitwa i praca (ora et labora). Chciałem stamtąd uciec, ale jedna rzecz mnie intrygowała: ludzie w Cenacolo mieli błysk w oku, mieli chęć do życia pomimo tego, że z mojego punktu widzenia było strasznie. Wtedy pomyślałem tak po narkomańsku, co oni biorą, że są tak nakręceni? Przecież tutaj nie ma telewizji, dziewczyn, nie ma nic… Wciąż nurtowała mnie myśl, co oni biorą i kiedy mi to dadzą. Mijał miesiąc za miesiącem i nic mi nie dawali, a moje serce powoli, powoli topniało.

Kiedy przybyłem do wspólnoty, to była zima stulecia. Śniegu było prawie po pas. Rano wszyscy szli do kaplicy się pomodlić. Podłoga podgrzewana, fajnie. A ja z moim aniołem stróżem, który mnie wprowadzał do tego domu, szliśmy odśnieżać. Po tygodniu powiedział do mnie: – Słuchaj, możemy odśnieżać, ale możemy też iść do kaplicy. Co wybierasz? Kaplicę – odpowiedziałem dodając, że nie znam się na modlitwie.

Jestem w kaplicy i słyszę takie słowa: „chłopie, ty się nie musisz modlić, tylko bądź, my się za ciebie będziemy modlili”. Powoli otwierałem oczy. Pan Bóg kruszył głazy mojego serca… Wreszcie przyszło nawrócenie W Cenacolo byłem pięć lat, dwa lata w Austrii, dwa lata we Włoszech, w domu generalnym Pagno. Mam 23 lata, kiedy opuszczam Cenacolo i od pięciu lat nie biorę narkotyków…

W Cenacolo rozeznałem, że chcę założyć rodzinę, że nie mogę żyć tylko dla siebie. Zacząłem modlić się o żonę. Zawarłem z Panem Bogiem taki dil: Boże, daję Ci dwa lata i ślub, bo jak nie, to wracam. Zderzenie ze światem nie było łatwe. W Cenacolo byliśmy jakby pod kloszem. Tam mieliśmy się skupić na relacji z Panem Bogiem przez codzienną adorację, trzy różańce dziennie, komunia święta, spowiedź, a do tego praca, która miała zadanie terapeutyczne. Dla przykładu można było w dwie godziny pociąć drzewo piłą motorową, a my piłowaliśmy piłą ręczną przez dwa tygodnie. Wróciłem do domu i za namową siostry pojechałem do Warszawy, żeby skończyć szkołę, zdać maturę, znaleźć pracę i mieszkanie. Po powrocie z Cenacolo postanowiłem, że będę odmawiał minimum jeden różaniec dziennie i się tego trzymałem.

Mój anioł stróż
Udałem się do grupy wsparcia dla rodziców z Warszawy i od nich dostałem kontakt w sprawie pracy. Pracodawca zatrudnił mnie od ręki– wszystko na legalu (nie na czarno). Jak spotkaliśmy się po raz pierwszy w Warszawie, to pojechaliśmy do Legionowa, abym zobaczył, na czym będzie polegała moja praca. Kiedy wsiedliśmy do samochodu, szef mówi, że mamy pół godziny, więc pomodlimy się na różańcu. Wtedy poczułem, że jestem w dobrych rękach, u dobrego człowieka. Pomyślałem – to jest mój anioł stróż.

Gdzieś po tygodniu pracy mój szef oznajmił mi: „Fajnie, że odmawiasz te różańce, ale jak chcesz u mnie pracować, to tu jest kościół i codziennie masz chodzić na Eucharystię”. Pewnego razu szef wziął mnie na obiad do swojej córki. Od pierwszego spotkania wpadliśmy sobie w oko. Ja nie chciałem szukać dziewczyny przy barze, albo na dyskotece. Marta – moja żona – ujęła mnie swoim wdziękiem, pięknem wewnętrznym oraz głębią. Nasza miłość wzrastała. Było pięknie. Narzeczeństwo było cudowne. Zaręczyliśmy się w Medjugorie, więc super po bożemu. Było tak fajnie, że wieczorem, kiedy umówiliśmy się na oglądanie filmu, wcześniej zapalaliśmy świece i odmawialiśmy różaniec. Nie wiedziałem, że wkrótce ma to się skończyć.

Rodzina Trzecińskich

Błogosławiony czas
Początki małżeństwa były trudne. Każdy z nas chciał jak najlepiej, ale po swojemu. Nasz bagaż życiowych doświadczeń, schematy w których zostaliśmy wychowani oraz indywidualna wizja naszego małżeństwa zaczęły nas przygniatać. Obydwoje mamy wspólną cechę – jesteśmy niesamowicie uparci. Były ogromne tarcia. Kompletnie nie byliśmy przygotowani do małżeństwa, do budowania relacji. Po trzech miesiącach tych ciągłych tarć bardzo mocno się poraniliśmy w efekcie moja żona zaczęła szukać adwokata i chciała składać pozew rozwodowy.

Zaczęliśmy szukać jakiejś wspólnoty w Kościele, bo widzieliśmy, że sami nie damy rady. Naprawdę wiele osób otaczało nas wtedy modlitwą. Poszliśmy do poradni rodzinnej, w której otrzymaliśmy ogromną pomoc. To był dla nas błogosławiony czas i zobaczyliśmy, jak Bóg był dobry dla nas. Zaczęliśmy inwestować w nasze małżeństwo jeżdżąc na rekolekcje, kursy, szkolenia i warsztaty. Jesteśmy w małżeństwie od ośmiu lat. Pan Bóg obdarzył nas czwórką zdrowych, bardzo ruchliwych dzieci. Dziś mogę śmiało powiedzieć, że choć nie jest łatwo, to jesteśmy szczęśliwi.

W wolnych chwilach posługujemy w poradni rodzinnej, gdzie zdarza się nam dzielić się naszymi początkami z innymi parami. Jak widać, wszystko jest po coś. I za to wszystko chwała Panu!

Szymon Trzeciński

15 kwietnia 2020

Jestem szczęśliwy

O ogarkach dla Pana Boga i męskich łzach wylewanych za filarem w kościele z Maciejem Skoczeniem rozmawia ks. Bohdan Dutko MS

 

 Jak to się stało, że poruszasz się na wózku?

Mam złamany kręgosłup i niedowład dwóch kończyn. W 2008 roku latałem w okolicach Limanowej na paralotni. To było w terenie leśnym i zahaczyłem o czubki drzew. Spadłem z wysokości 24 metrów, czyli szóstego−siódmego piętra. Wiem, że Bóg mnie ochronił i dzięki temu żyję.

Jaka była twoja pierwsza reakcja?

Kiedy uderzyłem o ziemię i jak opadł kurz i pył, to szybko składałem obietnicę, że przestaję pić, kląć i palę. Od razu Panu Bogu rzuciłem ogarkami. Chciałem, żeby Pan Bóg mnie uratował bo wiedziałem, że to jest poważny wypadek. Zostałem przewieziony do szpitala w Limanowej a następnie do szpitala Rydygiera w Krakowie. Wydawało mi się, że mam nogi takie jak dziesięć nóg, potężne balony. W szpitalu uświadomiłem sobie ile zła w życiu narobiłem. Dostałem takie wewnętrzne natchnienie, żeby wołać o księdza. Wtedy nie myślałem, czy wyjdę czy nie wyjdę z tego, a tylko pragnąłem się wyspowiadać.

To znaczy, że przed tym feralnym lotem piłeś, kląłeś…?

Byłem złym człowiekiem, byłem kawałem drania, absolutnego, despoty, awanturnika, krzykacza, uzależniony od alkoholu.

 Przyszła ci do głowy taka myśl, że „Bóg mnie pokarał?”

Mimo, że niekiedy jeszcze widzę Boga jeszcze jako sędziego sprawiedliwego, to jeśli chodzi o wypadek, to bardziej widzę w tym rękę Boga, że zostałem uratowany, bo prawie sto procent osób, którzy spadają z takiej wysokości po prostu ginie.

A jak długo leżałeś w szpitalu.

Po pięciu miesiącach z rehabilitacją w łącznie wróciłem do domu na wózku. Mądrzy ludzie z fundacji nauczyli mnie, moją żonę, rodzinę, żeby nie robić dodatkowych uchwytów, gdyż to wszystko, niby na początku pomaga, ale później nie pomagają w normalnym funkcjonowaniu.

 

Byłeś mężem i ojcem…

Tak, byłem w małżeństwie. Myślałem, jak ja bym zareagował będąc w odwrotnej sytuacji, że to żona miałaby wypadek? Żona stanęła na wysokości zadania. Czyniła wszystko, aby scalić nasze małżeństwo.

 Przeżyliście kryzys małżeński.

Po wypadku nie stałem się od razu lepszym człowiekiem. Rzuciłem Panu Bogu ogarkami, ale we mnie nie było żadnej poprawy. Użalałem się nad sobą, a to już jest prosty mechanizm do picia. Alkohol to jest równia pochyła w dół. Dotknąłem dna. Świat mi legł w gruzach. Żona dłużej nie wytrzymała i zostawiła mnie. Przez dwa i pół roku byliśmy w separacji ale dziś już znów jesteśmy razem.

Jak to się stało?

Będąc na dnie, zacząłem chodzić do Łagiewnik do sanktuarium Miłosierdzia Bożego, gdzie stałem tam za filarem i płakałem. Wypłakiwałem mój ból, jak to mi było źle, że zostałem sam. To był ciekawy czas.

Pan Bóg dotknął mojego serca i zobaczyłem tak naprawdę, całe zło, które robiłem dzieciom i żonie. Napisałem list do żony, oskarżając siebie za złe rzeczy, które uczyniłem. Uważam, że przeżywałem wtedy moje nawrócenie. Pan Bóg wydobywał mnie z mojej pychy i mojego egoizmu i przeciągnął mnie na swoją stronę. Powolutku, z miesiąca na miesiąc, z roku na rok, prowadzi mnie drogą trzeźwości. Dziś jestem we wspólnocie neokatechumenalną.

Jak do niej trafiłeś?

Dostałem pragnienie łażenia po Krakowie i przyglądania się różnym wspólnotom w Kościele. Absolutnie nie wiedziałem w ogóle dlaczego to robię. I tak trafiłem na katechezy dla dorosłych w sanktuarium Jana Pawła II w Krakowie. Wcześniej nic nie wiedziałem o neokatechumenacie. Łaziłem na te katechezy i poczułem w sercu, że Bóg tam mnie przyprowadził. Wtedy nie rozumiałem po co, dzisiaj już wiem! Bóg kładzie absolutnie nowy fundament dla mojego życia. Nie jesteśmy już w separacji. Żona powróciła do mnie, i to nie jest żadna moja zasługa.

Pan Bóg buduje dalej?

Tak, każdego dnia. Teraz moje życie jest lepsze niż przedtem, kiedy chodziłem na nogach. Mam wózek sportowy (śmiech)! Jak ktoś patrzy na mnie, to może się użala i myśli, że taki biedny jestem…, a ja mówię: bracie, jaki ja jestem szczęśliwy.


Czytaj o podobnych świadectwach w najnowszej książce ks. Bohdana Dutko MS  „Stał się cud

Nadchodzące wydarzenia
16
KWI
Szkoła Biblijna – spotkanie 1

Z uwagi na obostrzenia pandemiczne planowane spotkanie zostaje... czytaj więcej

Godzina rozpoczęcia 18:00

23
KWI
Krzywda – Przebaczenie – Pojednanie

Sesja "Krzywda-Przebaczenie-Pojednanie" prowadzona jest w ramach... czytaj więcej

osoby dorosłe

Godzina rozpoczęcia 18:00

30
KWI
Nauki przedślubne

Ze względu na obostrzenia odwołujemy zaplanowane na przyszły... czytaj więcej

narzeczeni

Godzina rozpoczęcia 19:00

Droga życia

„Tak wielkie jest dobro, którego oczekuję, że każda udręka jest dla mnie rozkoszą.”
(św. Franciszek)

 

 
"