Kategoria Świadectwa Centrum Pojednania La Salette, Dębowiec
Varia   ❯   Świadectwa
10 października 2020

Ci, co zaufali Panu

13 grudnia 2007 roku doszło w naszym domu do potężnego wybuchu. Ścianka murowana oddzielająca dwa pokoje zamieniła się w kupę gruzu.Kilka okien wyleciało z futryn, a całe epicentrum eksplozji było skierowane na mnie. Lekarze w szpitalu wojewódzkim w Rzeszowie nie pamiętali, aby przyjechał do nich człowiek w takim stanie jak ja. Miałem 21 lat.

To, że żyję jest cudem
Podczas wybuchu straciłem lewą dłoń, prawej też się mocno oberwało, mocno popękana czaszka i zniszczona prawa noga. Najbardziej zagrażające życiu były wbite w moje ciało fragmenty ceramicznej miski, która w trakcie wybuchu chemikaliów zadziałała jak szrapnel. Nie udało się uratować moich oczu. Przeszedłem liczne wielogodzinne operacje. Generalnie stan przez długi czas był krytyczny. Przez kilka tygodni moje życie wisiało na włosku. Miałem gorączka podchodząca do 42 stopni, bardzo silne zakażenie organizmu… Powoli wracałem do zdrowia. Świadomość odzyskałem dopiero po półtora miesiąca, pod koniec stycznia, bo wtedy zostałem wybudzony ze śpiączki farmakologicznej. Jak się obudziłem na łóżku to uświadomiłem sobie, że nie widzę, że nie mogę wstać ze względu na ogromne uszkodzenia prawej nogi. Rękami nie mogłem nic zrobić, gdyż lewa cała była zabandażowana (oparzenia trzeciego stopnia), a prawa od nadgarstka była cała w gipsie.

Wtedy uświadomiłem sobie, że tak naprawdę są dwie możliwości, pierwsza − to po prostu się załamać i powiedzieć koniec, już nic z tego życia nie będzie, zostaje tylko rozpacz. Druga możliwość to taka, że bez względu na to, co się stało, muszę się pozbierać i z tego, co jeszcze pozostało zrobić coś sensownego. Dla mnie tak naprawdę liczyła się opcja druga, pierwsze nie wchodziła w grę.

Uświadomiłem sobie, że o własnych siłach to się nie uda, że to wykracza poza możliwości człowieka, i wtedy z pomocą przyszedł mi Pan Bóg. Bóg nie był nowością w moim życiu. Wychowałem się w rodzinie katolickiej, byłem ministrantem, zawsze jakoś starałem się być blisko Pana Boga, aczkolwiek nie mogę powiedzieć, że Bóg był zawsze numer jeden w moim życiu, nie, to tak nie było, natomiast zawsze był w czołówce. Ale wtedy po raz pierwszy w życiu uświadomiłem sobie, jak bardzo Pana Boga potrzebuję, i On mnie nie zawiódł. Powiedziałem tak: Panie Boże, to co się stało przekracza moje własne możliwości, ja będę się starał co tylko będę mógł, będę robił krok po kroku, dzień po dniu, a jakie będą tego efekty, pozostawiam Tobie. Wiedziałem, że nie będzie tak samo jak było, że oczy odrosną, ręce wyzdrowieją, że będzie wszystko po staremu, ale nabrałem pewności, że będzie dobrze. Nie wiedziałem w jaki sposób i kiedy. Przestałem się martwić…

W ciągu trzech lat przeszedłem ponad dwadzieścia różnych operacji, od największych ratujących życie, po drobne zabiegi natury kosmetycznej. Bardzo szybko wracałem do zdrowia, co lekarzy wprawiało w zaskoczenie. Na dzisiaj jestem zdrowy, poza tym, że widać czego mi brakuje, a wszystko pozostałe jest w najlepszym porządku. Chodzę po górach, jeżdżę na rowerze na tandemie, pływam, uprawiam różne aktywności fizyczne.

Miłość
Przed wypadkiem byłem zaręczony. Chodziliśmy ze sobą pięć lat i zamierzaliśmy się pobrać, ale po wypadku wszystko zaczęło się rozpadać. Modliłem się o utrzymanie tego związku, bo mi bardzo na nim zależało. Miałem wrażenie, że Pan Bóg jest głuchy na moje prośby. Dopiero w pewnym momencie postanowiłem zaufać Panu Bogu. Zdałem się zupełnie na Niego. Kiedy starałem się utrzymać ten związek, to tak naprawdę mówiłem: Panie Boże, nie to, co Ty chcesz, tylko to, co ja chcę.

foto https://www.fakt.pl/wydarzenia/polska/nie-mam-oczu-i-reki-ale-kocham-zycie/

Bo ja wymyśliłem, że to ma być konkretnie ta dziewczyna, nie inna, i nie widziałem innego rozwiązania. Kiedy sobie to uświadomiłem, to przestałem prosić Pana Boga o tą konkretną relację, tylko zacząłem prosić Pana Boga o dobrą żonę. W bardzo krótkim czasie ta znajomość się zakończyła, i niedługo później w moim życiu pojawiła się Ania. Znaliśmy się od początku studiów, była świetną koleżanką, mogę powiedzieć fantastyczną przyjaciółką, ale ja w tym pierwszym związku byłem tak strasznie zadurzony, że nie wiedziałem jacy wspaniali ludzie są dookoła mnie. Ja tak naprawdę straciłem wzrok, żeby przejrzeć na te inne oczy, żeby zacząć widzieć… Zacząłem się spotykać z Anią.

Ciężko mi było sobie wyobrazić, że ta znajomość może się przekształcić w coś więcej, bo zdawałem sobie sprawę, że nie jestem już takim człowiekiem jaki byłem przedtem, że moja atrakcyjność uległa zmianie. Ale Ania nie patrzyła na to z perspektywy tego czego mi brakuje, tylko patrzyła jak na człowieka, którym jestem. Po pół roku od naszego pierwszego spaceru oświadczyłem się. Ania była bardzo zaskoczona. Oczywiście oświadczyny przyjęła i dziewiątego października 2010 roku pobraliśmy się. Mamy dwójkę fantastycznych dzieciaków. Marysia w tym roku skończy osiem lat, a Olgierd pięć lat. Jesteśmy kochającą się rodziną. Jestem szczęśliwym człowiekiem!

Nauka
Jednym z wielu moich zmartwień była świadomość potencjału, który we mnie jest, i tego, że się zmarnuje. Ale zostawiłem to Panu Bogu, wierząc, że Duch Święty wszystko pchnie w odpowiednim kierunku. Kiedy leżałem jeszcze w szpitalu odwiedził mnie mój prodziekan oddziału i powiedział: Marcin, wracaj do zdrowia, my na ciebie czekamy, wracaj na uczelnię. Pomyślałem: gościu, co ty opowiadasz. Ja wstać nie mogę, łapy połamane, prawdopodobnie nigdy nie będę widział, a ty mówisz żebym wracał na uczelnię. Fajnie, powiedział co miał powiedzieć, bo inaczej nie wypadało… W czasie rehabilitacji stwierdziłem, że muszę zacząć coś robić, bo zwariuję z bezczynności. Podjąłem studia zaoczne na filologii angielskiej. Okazało się, że całkiem nieźle mi to idzie.

Zachęcony sukcesem na Uniwersytecie, postanowiłem pójść na studia dzienne na Politechnikę. Dziekan wydziału powiedział mi, że nie wyobraża sobie jak ja zamierzam to wszystko robić, ale jeśli mam ochotę to zapraszamy, tylko pamiętaj − co mi się bardzo spodobało, że nie ma żadnej taryfy ulgowej. Pod koniec 2011 roku obroniłem licencjat filologii angielskiej, a rok później uzyskałem tytuł inżyniera budownictwa. Od razu poszedłem na studia magisterskie na budownictwo, które ukończyłem z najwyższą średnią na roku. Kiedy kończyłem studia, został rozpisany konkurs na asystenta w Zakładzie Budownictwa Ogólnego na wydziale budownictwa na Politechnice Rzeszowskiej. Stwierdziłem, że spróbuję… i wygrałem ten konkurs. Prowadzę zajęcia ze studentami, oraz prowadzę własne badania naukowe. W międzyczasie zrobiłem studia z fizyki, które skończyłem w 2018 roku, a za pracę magisterską otrzymałem nagrodę naukową. W tym roku będę składał pracę doktorską. Jestem szczęśliwy.

Podsumowując, chcę powiedzieć, że pomimo tego że nie widzę, że mam problem w sprawności manualnej. Jestem szczęśliwym człowiekiem, szczęśliwym mężem i ojcem. Jestem szczęśliwym chrześcijaninem, bo otrzymałem relację z Panem Bogiem opierającą się na zaufaniu. Jestem szczęśliwy jako pracownik i jako naukowiec. Mogę powiedzieć, że dziś jestem znacznie szczęśliwszym człowiekiem niż byłem przedtem. Zachęcam do zaufania Panu Bogu w życiu, bo – jak pisze prorok Izajasz – „ci, co zaufali Panu, odzyskują siły, otrzymują skrzydła jak orły: biegną bez zmęczenia, bez znużenia idą..” (Iz 40, 31).

Marcin Kaczmarzyk

5 maja 2020

Wreszcie przyszło nawrócenie

Jako młody chłopak bardzo zbłądziłem. Nie wiedziałem kim jestem. W wieku dorastania dużym autorytetem byli koledzy, którzy często byli bezwzględni. Kiedy dowiadywali się, że nasza rodzina się powiększa (było nas sześcioro rodzeństwa),to moich rodziców nazywali dzieciorobami. Wewnętrznie nie zgadzałem się z tą opinią, ale presja otoczenia była silniejsza, a ja byłem zbyt słaby, nie radziłem sobie…

Znalazłem się na dnie
Wracałem do domu zbuntowany, co prowadziło do ciągłych kłótni z rodzicami. Moje relacje z rodzicami zostały kompletnie porozrywane. Nawet słowo matka nie przechodziło mi przez gardło. Rzucałem w ich stronę wulgarne określenia. Rodzice naprawdę mieli ze mną ciężko. Żyłem na podwórku, na ławce w parku, a do domu przychodziłem tylko zjeść i spać. Robiłem, co chciałem. Uprawiałem dużo sportu, nie myślałem o narkotykach czy alkoholu. Kiedy miałem dwanaście lat, przyszedł do mnie kolega ze szkoły, który nosił długie włosy – stąd mówiliśmy na niego Jezus – i poczęstował mnie trawką. Popalaliśmy. Było fajnie. Trwało to jakiś czas. Później zacząłem sięgać po mocniejsze rzeczy… Degradowałem się coraz mocniej, coraz głębiej, aż wylądowałem totalnie na dnie, całkowicie uzależniony. Widać było, że potrzebuję pomocy, tylko do mnie to nie docierało. Żyłem jak we mgle. Kiedy znalazłem się na dnie, wtedy wszyscy odwrócili się ode mnie. Wszyscy. Tylko rodzice mnie nie zostawili. Dzięki nim trafiłem do wspólnoty Cenacolo. Miałem wtedy osiemnaście lat.

Cenacolo
To jeden wielki cud, że dotarłem do Cenacolo. Na początku byłem w Giezkowie pod Koszalinem i był to dla mnie naprawdę prawdziwy kołchoz. Na początku odbierałem ten mój pobyt tam za największą tragedię w moim życiu. Dużo większym prestiżem wydawało mi się trafić do więzienia niż być w Cenacolo. Tam obowiązywały zupełnie inne wartości niż te, którymi ja się kierowałem. Tam była modlitwa i praca (ora et labora). Chciałem stamtąd uciec, ale jedna rzecz mnie intrygowała: ludzie w Cenacolo mieli błysk w oku, mieli chęć do życia pomimo tego, że z mojego punktu widzenia było strasznie. Wtedy pomyślałem tak po narkomańsku, co oni biorą, że są tak nakręceni? Przecież tutaj nie ma telewizji, dziewczyn, nie ma nic… Wciąż nurtowała mnie myśl, co oni biorą i kiedy mi to dadzą. Mijał miesiąc za miesiącem i nic mi nie dawali, a moje serce powoli, powoli topniało.

Kiedy przybyłem do wspólnoty, to była zima stulecia. Śniegu było prawie po pas. Rano wszyscy szli do kaplicy się pomodlić. Podłoga podgrzewana, fajnie. A ja z moim aniołem stróżem, który mnie wprowadzał do tego domu, szliśmy odśnieżać. Po tygodniu powiedział do mnie: – Słuchaj, możemy odśnieżać, ale możemy też iść do kaplicy. Co wybierasz? Kaplicę – odpowiedziałem dodając, że nie znam się na modlitwie.

Jestem w kaplicy i słyszę takie słowa: „chłopie, ty się nie musisz modlić, tylko bądź, my się za ciebie będziemy modlili”. Powoli otwierałem oczy. Pan Bóg kruszył głazy mojego serca… Wreszcie przyszło nawrócenie W Cenacolo byłem pięć lat, dwa lata w Austrii, dwa lata we Włoszech, w domu generalnym Pagno. Mam 23 lata, kiedy opuszczam Cenacolo i od pięciu lat nie biorę narkotyków…

W Cenacolo rozeznałem, że chcę założyć rodzinę, że nie mogę żyć tylko dla siebie. Zacząłem modlić się o żonę. Zawarłem z Panem Bogiem taki dil: Boże, daję Ci dwa lata i ślub, bo jak nie, to wracam. Zderzenie ze światem nie było łatwe. W Cenacolo byliśmy jakby pod kloszem. Tam mieliśmy się skupić na relacji z Panem Bogiem przez codzienną adorację, trzy różańce dziennie, komunia święta, spowiedź, a do tego praca, która miała zadanie terapeutyczne. Dla przykładu można było w dwie godziny pociąć drzewo piłą motorową, a my piłowaliśmy piłą ręczną przez dwa tygodnie. Wróciłem do domu i za namową siostry pojechałem do Warszawy, żeby skończyć szkołę, zdać maturę, znaleźć pracę i mieszkanie. Po powrocie z Cenacolo postanowiłem, że będę odmawiał minimum jeden różaniec dziennie i się tego trzymałem.

Mój anioł stróż
Udałem się do grupy wsparcia dla rodziców z Warszawy i od nich dostałem kontakt w sprawie pracy. Pracodawca zatrudnił mnie od ręki– wszystko na legalu (nie na czarno). Jak spotkaliśmy się po raz pierwszy w Warszawie, to pojechaliśmy do Legionowa, abym zobaczył, na czym będzie polegała moja praca. Kiedy wsiedliśmy do samochodu, szef mówi, że mamy pół godziny, więc pomodlimy się na różańcu. Wtedy poczułem, że jestem w dobrych rękach, u dobrego człowieka. Pomyślałem – to jest mój anioł stróż.

Gdzieś po tygodniu pracy mój szef oznajmił mi: „Fajnie, że odmawiasz te różańce, ale jak chcesz u mnie pracować, to tu jest kościół i codziennie masz chodzić na Eucharystię”. Pewnego razu szef wziął mnie na obiad do swojej córki. Od pierwszego spotkania wpadliśmy sobie w oko. Ja nie chciałem szukać dziewczyny przy barze, albo na dyskotece. Marta – moja żona – ujęła mnie swoim wdziękiem, pięknem wewnętrznym oraz głębią. Nasza miłość wzrastała. Było pięknie. Narzeczeństwo było cudowne. Zaręczyliśmy się w Medjugorie, więc super po bożemu. Było tak fajnie, że wieczorem, kiedy umówiliśmy się na oglądanie filmu, wcześniej zapalaliśmy świece i odmawialiśmy różaniec. Nie wiedziałem, że wkrótce ma to się skończyć.

Rodzina Trzecińskich

Błogosławiony czas
Początki małżeństwa były trudne. Każdy z nas chciał jak najlepiej, ale po swojemu. Nasz bagaż życiowych doświadczeń, schematy w których zostaliśmy wychowani oraz indywidualna wizja naszego małżeństwa zaczęły nas przygniatać. Obydwoje mamy wspólną cechę – jesteśmy niesamowicie uparci. Były ogromne tarcia. Kompletnie nie byliśmy przygotowani do małżeństwa, do budowania relacji. Po trzech miesiącach tych ciągłych tarć bardzo mocno się poraniliśmy w efekcie moja żona zaczęła szukać adwokata i chciała składać pozew rozwodowy.

Zaczęliśmy szukać jakiejś wspólnoty w Kościele, bo widzieliśmy, że sami nie damy rady. Naprawdę wiele osób otaczało nas wtedy modlitwą. Poszliśmy do poradni rodzinnej, w której otrzymaliśmy ogromną pomoc. To był dla nas błogosławiony czas i zobaczyliśmy, jak Bóg był dobry dla nas. Zaczęliśmy inwestować w nasze małżeństwo jeżdżąc na rekolekcje, kursy, szkolenia i warsztaty. Jesteśmy w małżeństwie od ośmiu lat. Pan Bóg obdarzył nas czwórką zdrowych, bardzo ruchliwych dzieci. Dziś mogę śmiało powiedzieć, że choć nie jest łatwo, to jesteśmy szczęśliwi.

W wolnych chwilach posługujemy w poradni rodzinnej, gdzie zdarza się nam dzielić się naszymi początkami z innymi parami. Jak widać, wszystko jest po coś. I za to wszystko chwała Panu!

Szymon Trzeciński

15 kwietnia 2020

Jestem szczęśliwy

O ogarkach dla Pana Boga i męskich łzach wylewanych za filarem w kościele z Maciejem Skoczeniem rozmawia ks. Bohdan Dutko MS

 

 Jak to się stało, że poruszasz się na wózku?

Mam złamany kręgosłup i niedowład dwóch kończyn. W 2008 roku latałem w okolicach Limanowej na paralotni. To było w terenie leśnym i zahaczyłem o czubki drzew. Spadłem z wysokości 24 metrów, czyli szóstego−siódmego piętra. Wiem, że Bóg mnie ochronił i dzięki temu żyję.

Jaka była twoja pierwsza reakcja?

Kiedy uderzyłem o ziemię i jak opadł kurz i pył, to szybko składałem obietnicę, że przestaję pić, kląć i palę. Od razu Panu Bogu rzuciłem ogarkami. Chciałem, żeby Pan Bóg mnie uratował bo wiedziałem, że to jest poważny wypadek. Zostałem przewieziony do szpitala w Limanowej a następnie do szpitala Rydygiera w Krakowie. Wydawało mi się, że mam nogi takie jak dziesięć nóg, potężne balony. W szpitalu uświadomiłem sobie ile zła w życiu narobiłem. Dostałem takie wewnętrzne natchnienie, żeby wołać o księdza. Wtedy nie myślałem, czy wyjdę czy nie wyjdę z tego, a tylko pragnąłem się wyspowiadać.

To znaczy, że przed tym feralnym lotem piłeś, kląłeś…?

Byłem złym człowiekiem, byłem kawałem drania, absolutnego, despoty, awanturnika, krzykacza, uzależniony od alkoholu.

 Przyszła ci do głowy taka myśl, że „Bóg mnie pokarał?”

Mimo, że niekiedy jeszcze widzę Boga jeszcze jako sędziego sprawiedliwego, to jeśli chodzi o wypadek, to bardziej widzę w tym rękę Boga, że zostałem uratowany, bo prawie sto procent osób, którzy spadają z takiej wysokości po prostu ginie.

A jak długo leżałeś w szpitalu.

Po pięciu miesiącach z rehabilitacją w łącznie wróciłem do domu na wózku. Mądrzy ludzie z fundacji nauczyli mnie, moją żonę, rodzinę, żeby nie robić dodatkowych uchwytów, gdyż to wszystko, niby na początku pomaga, ale później nie pomagają w normalnym funkcjonowaniu.

 

Byłeś mężem i ojcem…

Tak, byłem w małżeństwie. Myślałem, jak ja bym zareagował będąc w odwrotnej sytuacji, że to żona miałaby wypadek? Żona stanęła na wysokości zadania. Czyniła wszystko, aby scalić nasze małżeństwo.

 Przeżyliście kryzys małżeński.

Po wypadku nie stałem się od razu lepszym człowiekiem. Rzuciłem Panu Bogu ogarkami, ale we mnie nie było żadnej poprawy. Użalałem się nad sobą, a to już jest prosty mechanizm do picia. Alkohol to jest równia pochyła w dół. Dotknąłem dna. Świat mi legł w gruzach. Żona dłużej nie wytrzymała i zostawiła mnie. Przez dwa i pół roku byliśmy w separacji ale dziś już znów jesteśmy razem.

Jak to się stało?

Będąc na dnie, zacząłem chodzić do Łagiewnik do sanktuarium Miłosierdzia Bożego, gdzie stałem tam za filarem i płakałem. Wypłakiwałem mój ból, jak to mi było źle, że zostałem sam. To był ciekawy czas.

Pan Bóg dotknął mojego serca i zobaczyłem tak naprawdę, całe zło, które robiłem dzieciom i żonie. Napisałem list do żony, oskarżając siebie za złe rzeczy, które uczyniłem. Uważam, że przeżywałem wtedy moje nawrócenie. Pan Bóg wydobywał mnie z mojej pychy i mojego egoizmu i przeciągnął mnie na swoją stronę. Powolutku, z miesiąca na miesiąc, z roku na rok, prowadzi mnie drogą trzeźwości. Dziś jestem we wspólnocie neokatechumenalną.

Jak do niej trafiłeś?

Dostałem pragnienie łażenia po Krakowie i przyglądania się różnym wspólnotom w Kościele. Absolutnie nie wiedziałem w ogóle dlaczego to robię. I tak trafiłem na katechezy dla dorosłych w sanktuarium Jana Pawła II w Krakowie. Wcześniej nic nie wiedziałem o neokatechumenacie. Łaziłem na te katechezy i poczułem w sercu, że Bóg tam mnie przyprowadził. Wtedy nie rozumiałem po co, dzisiaj już wiem! Bóg kładzie absolutnie nowy fundament dla mojego życia. Nie jesteśmy już w separacji. Żona powróciła do mnie, i to nie jest żadna moja zasługa.

Pan Bóg buduje dalej?

Tak, każdego dnia. Teraz moje życie jest lepsze niż przedtem, kiedy chodziłem na nogach. Mam wózek sportowy (śmiech)! Jak ktoś patrzy na mnie, to może się użala i myśli, że taki biedny jestem…, a ja mówię: bracie, jaki ja jestem szczęśliwy.


Czytaj o podobnych świadectwach w najnowszej książce ks. Bohdana Dutko MS  „Stał się cud

Nadchodzące wydarzenia
02
LIS
Rekolekcje kapłańskie III tura 2020

Zapraszamy na III turę Rekolekcji Kapłańskich w dniach 02 – 05... czytaj więcej

kapłani

Godzina rozpoczęcia 18:00

06
LIS
Pojednanie z własnym lękiem

Sesja "Pojednanie z własnym lękiem" prowadzona jest w ramach... czytaj więcej

osoby dorosłe

Godzina rozpoczęcia 18:00

09
LIS
Rekolekcje kapłańskie IV tura 2020

Zapraszamy na IV turę Rekolekcji Kapłańskich w dniach 09 – 12 ... czytaj więcej

kapłani

Godzina rozpoczęcia 18:00

Droga życia

„Świętość nie jest przywilejem. Jest naszym powołaniem i obowiązkiem. Jesteśmy powołani do świętości z tytułu chrztu i przynależności do Kościoła Chrystusowego.”
(bł. Jerzy Popiełuszko)

 

 
"