Kategoria Spotkania Centrum Pojednania La Salette, Dębowiec
Varia   ❯   Spotkania
28 października 2019

Twarz Jezusa na kostce Rubika

Z Adamem Polkowskim, zwycięzcą programu The Brain rozmawia ks. Bohdan Dutko MS

Talent to dar, umiejętność, zdolność, pasja?

Zdecydowanie dar, który trzeba przepracować. Powiedziałbym, że talent to jest taki balon, który trzeba nadmuchać, włożyć mnóstwo pracy, żeby on pięknie wyglądał. Każdy ma taki balonik, tylko trzeba go odkryć. Przez jakiś czas tłumiłem swój talent, bo moi rodzice byli takiej karierze bardzo przeciwni. Dzisiaj mama i tata są największymi moimi fanami, ale musiałem się wiele razy z nimi pokłócić, były łzy, były nerwy. Jednak poszedłem za głosem serca. To jest też dla mnie świadectwo mojego uporu i męskiej konsekwencji.

Od kogo ten dar?

Od Boga! To Pan Bóg ten balon cały czas koloruje i jest on całkiem fajny.

A dlaczego kostka Rubika?

Odpowiedź na to pytanie jest bardzo prosta. Mój kolega w liceum napisał do mnie na gadu-gadu, że ma w domu kostkę Rubika i brakuje mu jednego klocka, aby ułożyć wszystkie kolory. Poszedłem do niego, pyk, pyk, pyk i ułożyłem. Później kupiłem kostkę przez Internet i nauczyłem się układać całą. Kiedyś poszedłem z kostką do szkoły i zrobiłem furorę. Pomyślałem, no dobrze, a gdybym układał szybciej… Wszedłem w Internet i okazało się, że takich ludzi, którzy chcą szybciej układać kostkę jest kilkudziesięciu. Po roku ćwiczeń okazało się, że jestem pierwszy. Pojechałem na pierwsze zawody. Miałem wtedy 19 lat.

Mówiłeś, że rodzice cię zniechęcali. A czy był taki moment, że powiedziałeś – ach, rzucę to, po co mi to.

Tak. Było to po pierwszych zawodach. Jechałem jako faworyt. Wygrana była na wyciągnięcie ręki, ale się zestresowałem w finale i byłem drugi. Wróciłem z paczką kosmetyków. Muszę dodać, że ojciec miał zastrzeżenia do tego, co robię. Pomyślałem więc, że przed ojcem muszę przyznać się do porażki. Tymczasem ojciec powiedział: – ale emocje. Oglądałem w Internecie. Po tygodniu zaś dodał: Adam, w Czechach są jeszcze zawody, może byś pojechał. Tak się zaczęło i trwa do dziś.

Codziennie pracuję z kostką i zarabiam na tym dobre, uczciwe pieniądze. Utrzymuję rodzinę i już nikt z najbliższych nie ma co do tego wątpliwości.

Są psychologowie, którzy twierdzą, że nie ma żadnego talentu, jest tylko ciężka praca. Inni mówią, że talent to jest 10%, a reszta to praca. A ty jak myślisz?

Zawsze uwielbiałem rywalizację. Jeżeli ktoś zaproponował: kto z nas rzuci dalej kamieniem, to ja rzuciłem i byłem czwarty. Pomyślałem, nie odpuszczę. Wieczorami ciskałem kamieniami w parku i po tygodniu byłem pierwszy. Z kostką było podobnie. Bardzo lubię bić rekordy. Mam taką naturę, że jak już ustalę, że coś będę robił, to muszę to doprowadzić do perfekcji. Tak jest z układaniem kostki.

To układanie przerodziło się w sztukę…

Pochodzę z artystycznej rodziny. U mnie z dziada pradziada, wszyscy: wujek, tata są artystami: dobrzy malarze i rzeźbiarze. Wychowałem się w zapachu drewna, w zapachu farb w pracowni malarskiej, ale nigdy nie było mi dane pójść tą drogą. W pewnym momencie pomyślałem, że przecież na kostce jest dziewięć kwadratów, każdy z tych kwadratów można wykorzystać jak piksel w monitorze. Jakbym wziął więcej tych kostek, to byłoby więcej pikseli. Zacząłem robić symulację i okazało się, że można ułożyć twarz Pana Jezusa. Na mojej stronie rubiart.pl można zobaczyć portrety z czterech tysiące kostek.

Jak długo układałeś obraz z twarzą Jezusa?

Przez pełne trzy dni. Wszystko zależy od umiejętności. Układam kostkę do stanu, który jest mi potrzebny, w 10 sekund. Osoba, która robi to w minutę, układałaby ten obraz przez miesiąc, a kto nie umie ułożyć kostki Rubika, nie zrobiłby tego nigdy. Im ktoś jest lepszy w sportowej wersji, tym szybciej potrafi zrobić taki portret. Układanie kostki przez osiem godzin jest dużym wysiłkiem; mózg musi odpocząć, ręce potrzebują odpoczynku. Trzeba robić przerwy, odejść na chwilę, zobaczyć z perspektywy, czy robię dobrze, czy się nie pomyliłem, zwłaszcza w oczach. Kiedy robię postaciom oczy, to wystarczy jeden piksel nie tak ustawiony i oko wygląda nienaturalnie. Jest to bardzo misterna robota.

Patrzysz na zdjęcie i…

Przy tak dużych portretach muszę wesprzeć się technologią komputerową, która pomaga mi przygotować obraz, co nie zmienia faktu, że kostki trzeba wziąć we własne ręce i każdą z nich ułożyć w taki sposób, jaki potrzeba.

Twoja rodzina, żona, dzieci, jak przyjmują tę twoją pasję, bo ona bardzo Cię pochłania, a do tego dochodzą wyjazdy. Twoja praca jest czasochłonna i absorbująca…

Był to duży problem do czasu, kiedy kostka nie była jeszcze moją pracą. Od kiedy poświęcam czas na kostkę zawodowo, jestem dużo więcej w domu, z rodziną.

Mówisz, że żona jest pierwszą fanką tego, co robisz. A jak dzieci?

Najstarsza córka ma siedem lat. Mając pięć i pół roku została najmłodszą Polką, która na turnieju ułożyła kostkę w osiem minut. Druga córka ma pięć lat i dwa miesiące i będzie próbowała pobić ten rekord. Czy się uda, zobaczymy…

Po co przyjechałeś do Dębowca na spotkanie z młodymi?

Przyjechałem brać, a nie dać. Oczywiście starałem się dać z siebie jak najwięcej, ale wyjeżdżam i mam wrażenie, że unoszę się w powietrzu. Jestem pod wrażeniem atmosfery nie tylko pośród młodych, ale i kapłanów, którzy wkładają tyle serca. Zobaczyłem żywą wiarę, inny świat. Poczułem, że jestem w Kościele, a Kościół to jest mój dom.

Odniosłeś sukces, także medialny. Ponad dwa miliony odsłon na YouTube. Trudno żyć sukcesem, bo kusi pycha… Jak sobie radzisz z sukcesem?

Faktycznie, jest ten problem, ale mam nadzieję, że jeszcze palma mi nie odbiła.

Jakie marzenia ma człowiek tak utalentowany?

Chciałbym mieć dom z ogrodem, gdzie mógłbym siedzieć z żoną i widzieć nasze bawiące się dzieci. To jest moje marzenie. Dzięki żonie nasz dom jest ciepły, czysty, schludny, pogodny. Każdą wolną chwilę, kiedy nie pracuję, chcę spędzać w domu. Nie mam potrzeby jechać do Grecji, Londynu czy innej metropolii. Wolę wziąć dzieciaki i pojechać na biwak nad rzekę. Po prostu być z nimi. To daje mi największą satysfakcję. O tym marzę.

Bóg jest marzycielem. A jakie marzenie masz wobec Adama Polkowskiego?

Jako chrześcijanin, który się formuje, to marzę, żebym był blisko Niego z moją rodziną i poprzez moje świadectwo nawracał swoją rodzinę, a cała nasza rodzina żeby nawracała naszych przyjaciół, żeby świadczyła, żeby ten krąg wiary się rozszerzał.

Powiedziałeś, że formujesz swoją wiarę…

Jako dzieciak wiele razy przez 15 dni pielgrzymowałem pieszo z Mazur na Jasną Górę. Dziś wszystkie najważniejsze relacje jakie mam – żona, dzieci, chrzestni naszych dzieci, my jako chrzestni dla dzieci naszych przyjaciół – są z czasów pielgrzymowania, kiedy miałem 16, 17 lat. Wszystkie inne relacje: ze szkoły, liceum, studiów, jakoś się rozeszły, a ci, których poznałem na pielgrzymkach, trwają do dziś.

Miejscem naszej formacji z żoną jest Domowy Kościół, Ruch Światło Życie, formacja ks. Blachnickiego.

Widziałem, że z kilkoma moimi współbraćmi saletynami witałeś się, jak ze starymi znajomymi…

Pochodzę z Mrągowa i tam na parafii poznałem saletynów. Dziś kilku z nich podeszło do mnie i przypomnieliśmy sobie dawne czasy. W 2006 roku wyjechałem z Mrągowa na studia i osiedliłem się w Gdańsku. Nie uczestniczę w społeczności mrągowskiej, stąd kontakt z saletynami osłabł. Chcę dodać, że jestem pod dużym wrażeniem tutejszego sanktuarium. Tu czuje się ducha.

 


 

11 lipca 2019

Piękno i makijaż

Z biskupem pomocniczym archidiecezji warszawskiej Michałem Janochą rozmawia ks. Bohdan Dutko MS

„Kiedy jest cierpienie, to opadają z człowieka wszystkie maski i zostaje to, co jest pod spodem. Cierpienie odziera człowieka z tego makijażu, który na siebie nakłada.”

„To Maryja jest tą, która jest piękna.”

Czy Księdzu Biskupowi podobają się wizerunki Matki Bożej Saletyńskiej? To nie jest prowokacja, ale odwołanie się do książki pt. A piękno świeci w ciemności, w której Ksiądz Biskup przytacza wypowiedź Matki Teresy z Kalkuty, która zapytana o wizerunek Matki Boskiej Częstochowskiej, odpowiedziała, że oryginał jest dużo piękniejszy.

Sztuka rzadko potrafi dosięgnąć piękna pierwowzoru. Matka Teresa z Kalkuty miała prawo tak powiedzieć, bo zapewne duchowo oglądała Pierwowzór. Żaden wizerunek nie udźwignie piękna, które chce przedstawić. Wizerunek Matki Bożej z La Salette jest poruszający. Nie znam żadnego innego wizerunku Maryi Płaczącej w takim ujęciu. Daje dużo do myślenia. On przełamuje całą tradycję ikonograficzną ukazywania Maryi.

To, że pierwowzór zawsze jest piękniejszy, wystarczy wspomnieć św. siostrę Faustynę i jej reakcję, gdy zobaczyła obraz Jezusa Miłosiernego.

Doświadczenie mistyków jest nie do przekazania ani w słowach, ani w obrazach, a z drugiej strony, oni nie mogą tego nie pokazać innym i zawsze boli ich, że to, co pokazują, zawsze jest nie tak.

Jan od Krzyża miał świadomość, że jego doświadczenie mistyczne jest właściwie zupełnie poza słowami. Możliwość werbalizacji jest znacznie uboższa niż doświadczenie. Podobnie jest w wielu objawieniach prywatnych. Wizjonerzy, widząc wizerunek wykonany według ich opisu, stwierdzają, że to nie to…

Jan Paweł w Tryptyku Rzymskim napisał, że słowo czeka na obraz. Obraz jest niejako wpisany w strukturę chrześcijaństwa. Obraz w znaczeniu szerokim, w każdej technice, w malarstwie i rzeźbie.

 

To jest bardzo ciekawe, bo pomyślałem o wizjonerach z La Salette, że nigdzie nie natknąłem się na ich ewentualne uwagi, co do wizerunków Maryi Płaczącej, tworzonych przez artystów… Co Księdzu Biskupowi jest bliższe, obraz, ikona czy rzeźba?

 Zajmuję się sztuką wschodnią, więc obraz jest mi bliższy. Bizantyńczycy (myślę o pokoleniach ochrzczonych Greków, którzy jeszcze pamiętali tradycję starożytną) nie lubili rzeźby, bo ona im się kojarzyła z bożkami pogańskimi, w kulturze greckiej i rzymskiej. Widać wyraźnie, że tradycja bizantyjska, a za nią później ruska, dąży do eliminacji rzeźby. Początkowo jeszcze rzeźba się pojawia, potem jest płaskorzeźba, która w późnym Bizancjum właściwie zanika i idzie w kierunku dominacji ikony, bo ona jest bardziej symboliczna. Już sam proces przeniesienia przestrzeni na płaską powierzchnię jest procesem abstrakcyjnym, natomiast rzeźba jest czymś bardziej dotykalnym, bardziej dosłownym.

Maryja Płacząca w La Salette przez świadków objawienia Maksymina i Melanię nazwana została Piękną Panią. Co takiego pięknego jest w Matce Bożej z La Salette?

Orędzie pobudza wyobraźnię. Piękno jest jednym z imion Bożych. Bóg jest piękny. Sięgamy tutaj po estetykę Pieśni nad Pieśniami, czyli księgi napisanej językiem miłości zmysłowej, która próbuje mówić o doświadczeniu duchowym. Kościół tę księgę interpretował w kluczu maryjnym. To Maryja jest tą, która jest piękna. Maryja w liturgii jest nazwana Tota Pulchra. To jest ciekawe, że w historii pobożności, jak i w historii sztuki, mamy zjawisko Pięknych Madonn, więc nie dziwi, że Madonna z La Salette jest nazywana Piękną Panią, bo Maryja jest najpiękniejszą z niewiast. I ta Piękna Pani wybrała na swoje objawienie piękne miejsce.

Co takiego pięknego jest we łzach kobiety płaczącej?

Nigdy nad tym się nie zastanawiałem. Trudno mi to wyrazić, bo rzeczywiście jest w tym jakieś piękno bólu, które jest,  powiedziałbym, teologicznie oczyszczone przez Paschę. Maryja płacze w scenach Piety, w scenach pogrzebu Jezusa, natomiast nie spotykamy, albo rzadko spotykamy Ją płaczącą poza tym kontekstem. Łzy są obrazem bólu duszy. Ból przeżywany w czystości serca, w bliskości Boga objawia jeszcze jakąś inną tajemniczą twarz piękna…

Czas postawić pytanie, co to jest piękno?

Powiem za Norwidem, że piękno to jest kształt miłości… Norwid wypowiada te słowa w Promethidionie. Utwór ma postać dialogu o trzech najwyższych wartościach, na których zbudowana jest nasza kultura, czyli o prawdzie, dobru i pięknie. Te wartości znalazły swoje ucieleśnienie we wcielonym Synu Bożym, w Chrystusie. Myślę, że nikt głębiej niż Norwid tego nie ujął. Z drugiej strony jest to tak tajemnicze, że chciałoby się powiedzieć za Michałem Aniołem, ale też i Albrechtem Dürerem, którzy tworzyli rzeczy piękne i zapytani, co to jest piękno, niezależnie od siebie odpowiedzieli to samo – nie wiem.

W Idiocie Dostojewskiego książę Myszkin mówi o pięknie, które zbawi świat…

Książę Myszkin jest figurą Chrystusa, i w tym kontekście trzeba to piękno widzieć. Nie chodzi o piękno estetyczne, tak jak my to dzisiaj rozumiemy, ale chodzi o piękno znacznie głębsze, piękno, które się wiąże z prawdą i dobrem. Co więcej, to piękno wcale nie musi być estetycznie pociągające. Myślę o pooranej zmarszczkami twarzy Matki Teresy czy Jana Pawła przed śmiercią – to nie jest to piękno w kategoriach estetycznych, ale dla każdego choć trochę wrażliwego na prawdę i dobro, przez twarze tych świętych jakoś prześwieca Piękno  najwyższe, i to potwierdza intuicję Norwida.

Kształtem miłości piękno jest – i tyle,

Ile ją człowiek oglądał na świecie,

W ogromnym Bogu albo w sobie-pyle,

Na tego Boga wystrojonym dziecię;

Tyle o pięknem człowiek wie i głosi –

Choć każdy w sobie cień pięknego nosi

I każdy – każdy z nas – tym piękna pyłem.

W Promithedionie to piękno ukazane jest w swoim źródle – w Bogu. Jest ono pięknem kosmicznym, pięknem wszechogarniającym, a jednocześnie pięknem konkretnym, niepowtarzalnym, unikalnym – ujawnia się w tym pyle, którym jest człowiek. I to piękno mówi o Bogu.

Co to za piękno, które zbawia?

Dotykamy tego piękna, które w kategoriach średniowiecznych teologów określamy jako piękno duchowe. Kiedy Chrystus mówi, że jest Dobrym Pasterzem, to w tekście greckim użyte jest wyrażenie poimen ho kalos. Po łacinie to będzie pastor bonus. Należałoby oczekiwać, że po grecku będziemy mieli poimen ho agathos, bo przecież dobry to agathos. Tymczasem jest kalos, czyli właściwie „piękny pasterz”, piękny i dobry. Tak to rozumiała sztuka wczesnochrześcijańska, która pokazywała Chrystusa z owcą na ramionach jako pięknego pasterza. Ten młodzieniec, oczywiście na miarę talentu pędzla czy dłuta artysty, miał być ucieleśnieniem greckiej idei piękna, której opisu nie znajdziemy nigdzie w Ewangelii. W ten sposób sztuka wczesnochrześcijańska wyraża tę intuicję piękna Chrystusa za pomocą form sobie właściwych, ale nawet tam, gdzie ta sztuka nie istniała – myślę o  niektórych kościołach wschodnich, gdzie nie mamy takich przedstawień – to piękno Chrystusa objawia się w Jego prawdzie. Prawda jest piękna sama w sobie. Dopiero w Chrystusie te wartości greckie: prawda, dobro i piękno osiągają swój szczyt i swoje źródło i w związku z tym chrześcijanin może jednocześnie powiedzieć, że prawda, dobro i piękno to są trzy imiona miłości.

W Kościele objawia się to piękno. Jesteśmy w szczególnym czasie, kiedy Kościół w Polsce przez pedofilię niektórych duchownych ukazał brzydkie oblicze…

Poruszył ojciec bardzo ważny temat, bo dotykający grzechu, czyli tej rzeczywistości, która jest właśnie brzydotą, zaprzeczeniem piękna, która to piękno przesłania, a może nawet niszczy. Przy okazji tych smutnych historii, o których dzisiaj wszyscy mówią, i których z pewnością nie należy usprawiedliwiać, dotykamy też szerszego problemu ułomności percepcji człowieka. Kiedy wchodzę do pięknego ogrodu, w którym kwitną wspaniałe kwiaty i widzę zdeptaną różę, to moja uwaga skupi się na tej jednej zdeptanej róży, i być może wychodząc z tego ogrodu, właśnie ją zapamiętam bardziej niż piękno całego ogrodu. Taki jest człowiek i takie jest nasze postrzeganie po grzechu pierworodnym. To nie jest przypadek, że w sztuce sceny Sądu Ostatecznego, sceny piekła zawsze bardziej przerażały niż niebo zachwycało, i że znacznie łatwiej jest pokazać grzech i brzydotę aniżeli piękno.

Z jednej strony potrzebujemy wiary, bo bez wiary można widzieć tylko zło. Z drugiej strony potrzebna jest prawda. „Niepodobna, żeby przyszły zgorszenia, ale biada temu, przez kogo one przychodzą”. Bardzo mocne słowa Jezusa, które po dwóch tysiącach lat nie straciły aktualności. Więc problem jest właściwie stary jak Kościół, nawet bym powiedział stary jak człowiek, stary jak grzech pierworodny.

Ale pomimo grzechów wspólnota Kościoła jednak ma w sobie ten blask piękna i miłości Chrystusa.

Gdyby Chrystusa w nim nie było, to i nas by nie było w Kościele, i Kościoła by nie było. Myślę, że to piękno, które często jest pięknem ukrytym, prześwieca przez ludzi, zwłaszcza przez ludzi świętych. Papież Benedykt XVI powiedział, że w dzisiejszych czasach, kiedy klasyczne dowody na istnienie Boga stały się mało przekonujące, pozostają dwa argumenty: święci i sztuka sakralna.

A jaka jest współczesna sztuka sakralna?

Z bólem muszę stwierdzić, że mało w niej piękna. Artysta współczesny lubi cierpieć i ta sztuka jest pełna bólu. Ale nie zawsze są to łzy piękne, o jakich mówiliśmy w przypadku Matki Bożej z La Salette. Są różne kategorie łez. Są łzy, które mogą być łzami złości, gniewu i bezradności, i są łzy, które są czyste i, jak mówi święta Katarzyna ze Sieny, które płyną do środka i oczyszczają serce.

W sztuce współczesnej mało jest tej ostatniej kategorii łez. Oczywiście, jak wszędzie, zdarzają się wyjątki. Niemniej myślę, że taka trudna sytuacja sztuki współczesnej, a w tym również sztuki sakralnej, jest symptomem głębokiego kryzysu cywilizacyjnego, który nas dotknął. Zatraciliśmy sztukę zachwytu i umiejętność wielbienia. Popatrzmy na dawne modlitwy i pieśni, one są absolutnie bezinteresowne. Kiedy ranne wstają zorze, Wszystkie nasze dzienne sprawy, Cześć Maryi czy Chwalcie łąki umajone. Właściwie zanika podmiot liryczny, jest po prostu czyste uwielbienie Boga. W naszych dzisiejszych modlitwach często gdzieś pośrodku jest to moje chore ja. I sztuka jest taka sama, co nie znaczy, że nie ma sztuki wielkiej.

W książce Otwieranie drzwi papieża Franciszka znalazłem taką myśl: „żyjemy dzisiaj w świecie makijażu, a nie piękna, że piękno nie jest w sobie dzisiaj”. Dlaczego nas pociąga makijaż, a nie piękno?

Bo lubimy chować się za maskami. Tacy jesteśmy po grzechu pierworodnym. Proszę zwrócić uwagę, ile dzisiaj w języku publicznym mówi się na temat wizerunku. Mnie osobiście bardzo boli, kiedy to samo mówi się o Kościele: „Kościół dba o swój wizerunek, musimy zadbać o wizerunek, coś zaszkodziło wizerunkowi Kościoła” itp. To jest absolutnie antyewangeliczne. Wizerunek jest maską, a Jezus mówi coś dokładnie przeciwnego, mówi o faryzeuszach, że są grobami pobielanymi i dbają o zewnętrzną stronę kubka czy misy. Wizerunek to jest właśnie ta zewnętrzna strona, którą ludzie postrzegają, a to nie ma żadnego znaczenia. Bóg nie zbawi żadnego wizerunku, żadnej maski, tylko tego biednego człowieka, który jest pod spodem, może poranionego. Prawda nas wyzwoli!

Ja bym odróżniał kategorię piękna i ładności. Modelka na bilbordzie może być bardzo ładna, może być nawet śliczna – to jest lepsze słowo! – natomiast może nie mieć w sobie za grosz piękna, o jakim  tutaj mówimy. Znowu zacytuję Bierdiajewa, bo on miał dużo takich ciekawych intuicji: „nawet najbardziej bezmyślna twarz modelki (ja bym dodał, nawet ślicznej czy ładnej modelki) staje się prawdziwa, kiedy dotyka ją cierpienie”. Może to jest troszkę nawiązanie do tych łez, o których tutaj mówiliśmy, do tej kategorii piękna, która się nagle wyłania przez te łzy, ponieważ kiedy jest cierpienie, to opadają z człowieka wszystkie maski i zostaje to, co jest pod spodem. Cierpienie odziera człowieka z tego makijażu, który na siebie nakłada.

2 kwietnia 2019

Odnowiony ślad

Z Anną Pieńkosz, ambasadorem nadzwyczajnym i pełnomocnym Rzeczypospolitej Polskiej w Republice Kuby rozmawia ks. Bohdan Dutko MS

Jakim echem odbiły się na Kubie Światowe Dni Młodzieży?

Wyjątkowo dużym. Już te w Krakowie były ważne dla kubańczyków, ale z powodów finansowych i odległości nie mogli być w Polsce, dlatego Episkopat Kubański zorganizował dla tutejszej młodzieży równoległe obchody w Hawanie na placu katedralnym, gdzie odtworzono video z przesłaniem skierowanym do nich przez papieża Franciszka. Byli bardzo wzruszeni i zapewniali, że będą w Panamie. Rzeczywiście pojechała rekordowo duża liczba około sześciuset osób. Musimy pamiętać, że to wciąż nie jest łatwa wyprawa.

Chcę dodać, że wizyta polskiej grupy tu w Hawanie, spotkała się z bardzo dużym oddźwiękiem, zwłaszcza w tej parafii, w której teraz jesteśmy.

Jaki ślad na Kubie pozostawili młodzi pielgrzymi z Polski?

            Myślę, że najważniejszy ślad to relikwie św. Jana Pawła II przywiezione z Polski i przekazane przez kard. Stanisława Dziwisza. Było to wielkie przeżycie dla nas wszystkich, i na tyle ważne, że następnego dnia wraz z jednym z księży udzieliliśmy na ten temat wywiadu w rozgłośni radiowej.

Św. Jan Paweł II jest znany na Kubie?

Św. Jan Paweł II jest postacią bardzo ważną dla kubańczyków. To jego wizyta w 1998 roku była początkiem bardzo długiego procesu zmian na Kubie. Myślę o przeobrażeniach w ludziach, w duchowości ludzkiej. Wszyscy o tym pamiętają. I chociaż później byli tutaj Benedykt XVI i Franciszek, to wszyscy są zgodni, że to wizyta Jana Pawła II była najważniejsza i do tej pory o Nim pamiętają. W ubiegłym roku, z okazji czterdziestolecia pontyfikatu św. Jana Pawła II i dwudziestej rocznicy jego pielgrzymki na Kubę zorganizowaliśmy kilka uroczystości, które cieszyły się bardzo dużym zainteresowaniem. Rozmawialiśmy o papieżu i jego spuściźnie. Po części oficjalnej ludzie opowiadali o swoich doświadczeniach. Mówili: ja byłem na tym placu, ja to pamiętam, dla mnie to było wielkie przeżycie. Św. Jan Paweł II zostawił naprawdę ogromny ślad wtedy w 1998 roku, i myślę, że ten ślad odnowił się przez waszą obecność.

Jak Pani Ambasador osobiście przeżyła te dni młodych w Panamie?

Ubolewam, że nie mogłam uczestniczyć bezpośrednio. Nie zawsze można mieć wszystko, czego się chce. W Krakowie też nie mogłam być, ale pamiętam te Dni, w których uczestniczyłam. Pierwsze były w Częstochowie z Janem Pawłem II, w 1991 roku. Pamiętam je do dzisiaj. I zawsze bardzo zazdroszczę – tak pozytywnie – tym, którzy w tym wydarzeniu uczestniczą, bo wiem jak wielkie jest to przeżycie duchowe, zwłaszcza dla młodych, którzy mają okazję spotkać młodych z całego świata. Ma to, oprócz aspektu religijnego, przede wszystkim wymiar ogólnoludzki, możliwość spotkania ludzi, których nigdy w innych okolicznościach by się nie spotkało.

Czy dużo Polaków mieszka na Kubie ?

Polonia kubańska nie jest zbyt liczna. Rozmawiamy o kilkuset (200-300) osobach, ale jest to grupa dobrze zorganizowana, zintegrowana i prężna. Sami organizują różne wydarzenia i chętnie uczestniczą w inicjowanych przez ambasadę. Teraz właśnie postanowiliśmy zaktywizować najmłodszych wychowanych w rodzinach, gdzie trochę zapomniano język polski. Chcemy przybliżyć ich do Polski. W ubiegłym roku z okazji 100-lecia odzyskania niepodległości, zorganizowaliśmy dla najmłodszych konkurs plastyczny. Rezultat był fantastyczny, dzieci wykazały obok talentu chęć poszukiwania wiedzy o Polsce. Byliśmy zaskoczeni, gdyż okazało się, że nawet w rodzinach, gdzie dzieci mają mały kontakt z krajem, że trudno znaleźć jakiś punkt odniesienia, to jednak chcą poznawać Polskę i uczyć się języka polskiego, bo czują się Polakami.

Rozmawiamy w parafii prowadzonej przez księży pallotynów z Polski. Czy dużo jest misjonarzy Polaków na Kubie?

Na całe szczęście jest ich coraz więcej. W tym momencie mamy 15 księży i 4 siostry zakonne. Pełnią posługę na Kubie w bardzo różnych miejscach, najczęściej w małych parafiach oddalonych od miast. Są bardzo cenieni przez wspólnoty, w których pracują. Oprócz duszpasterstwa pełnią bardzo ważną funkcję integracyjną. Organizują różnego rodzaju zajęcia dodatkowe dla dzieci, młodzieży i dla osób starszych. Wykonują świetną pracę. Niestety jest ich za mało, potrzebowalibyśmy więcej. Gdyby jakiś ksiądz czy siostra zakonna byli gotowi tu przyjechać, to jestem pewna, że biskupi kubańscy z radością ich przyjmą.

Dziękuję Pani Ambasador. Kiedy nadejdzie urlop w Europie, to zapraszam do La Salette do Francji albo polskiego La Salette w Dębowcu koło Jasła.

Z przyjemnością, przy najbliższej okazji na pewno skorzystam.

Pani Ambasador z kubańskimi dziećmi – foto ks. Bohdan Dutko MS


Zobacz fotorelację z pobytu na Kubie – ŚDM Panama 2019


 

5 marca 2019

Widziałem wiarę

Z Francisco Ozoria Acosta, arcybiskupem Santo Domingo na Dominikanie i Prymasem Ameryki rozmawia ks. Bohdan Dutko MS


 Czym dla Ameryki Środkowej są Światowe Dni Młodzieży?

To błogosławieństwo Boga. Jesteśmy bardzo zadowoleni. Dziękujemy Bogu za Światowe Dni Młodzieży odbywające się w Panamie. Orędzie papieża Franciszka przyciągnęło uwagę. To bardzo dobrze, że papież przedstawił Maryję jako model świętości, model chrześcijanina, wzór dla wierzącego. Wszystkie kraje w Ameryce Środkowej bardzo kochają Dziewicę Maryję jako naszą matkę. Wszystkie kraje ją czczą.

 Ksiądz Arcybiskup przybył z Dominikany?

Tak, przybyłem z Republiki Dominikany. Jestem arcybiskupem w Santo Domingo. Dominikana jest dość blisko Panamy, dwie i pół godziny lotu samolotem.

 Ilu młodych przybyło z Dominikany?

Przyjechało ponad tysiąc pięciuset osób.

Czy może Ksiądz Arcybiskup opisać sytuację młodzieży w Dominikanie?

Jestem przewodniczącym Duszpasterstwa Młodych w naszym kraju. Mamy wielu młodych ludzi, którzy spotykają się w naszych parafiach w różnych grupach. Oni są siłą Kościoła. Niestety, mamy także młodych, którzy oddalili się od Kościoła, ale pracujemy nad ewangelizacją młodzieży.

Wiem, że Ksiądz Arcybiskup uczestniczył w Światowych Dniach Młodzieży w Krakowie. Jakie pozostały wspomnienia po tamtym spotkaniu?

Widziałem wspaniałą wiarę. Byłem też w sanktuarium Miłosierdzia Bożego, gdzie odbyło się spotkanie modlitewne. Mam pragnienie, aby następnym razem pojechać do Częstochowy.

Proszę przybliżyć Kościół na Dominikanie.

W Republice Dominikany Kościół ma dwanaście diecezji i dwudziestu biskupów. W kraju jest dziesięć milionów mieszkańców.

Dwa razy więcej niż w Panamie.

Tak. Kościół jest bardzo dynamiczny. Na Mszę św. uczęszcza 64% katolików. Ci, którzy przychodzą, czują się odpowiedzialni za ewangelizację. Mamy narodowy plan duszpasterski i każda diecezja wprowadza go życie. Ten plan duszpasterski jednoczy Kościół.

Jaka jest sytuacja powołań kapłańskich i zakonnych?

Jest bardzo dobra. Mamy diecezjalne seminaria w Santo Domingo. Posiadamy dwa Wyższe Seminaria Duchowne, jedno diecezjalne, drugie Redemptoris Mater. Obecnie w formacji mamy ponad pięćdziesięciu seminarzystów. Studiują filozofię i teologię. Ponadto mamy Niższe Seminarium Duchowne, w którym jest dwudziestu dwóch seminarzystów.

Czy są powołania do życia klauzurowego?

Tak, mamy żeńskie zakony karmelitańskie i klaryski kapucynki. Tylko dwie diecezja nie mają klasztorów klauzurowych.

Chciałbym dotknąć bardzo delikatnego tematu. Były nuncjusz apostolski śp. abp Wesołowski, bardzo poranił Kościół na Dominikanie. Czy ta rana wciąż jest otwarta, czy już zagojona?

Jest bardzo dobrze leczona przez jego następcę. Wykonał on wielką pracę, co sprawiło, że ta rana się zabliźniła. Wśród hierarchii ten temat ciągle wraca, ale zwykli ludzie nie wracają już do tego. Interesuje to jedynie dziennikarzy, którzy chcą mieć zawsze powód, aby atakować Kościół.

Jednym z patronów tegorocznych Dni Młodzieży był św. Jan Paweł II. Czy Ksiądz Arcybiskup spotkał się z Nim za Jego życia?

Miałem parę spotkań. Pierwsze było podczas studiów w Rzymie w Pontificio Collegio Pio Latinoamericano, które obchodziło 150 lecie istnienia i my, księża, zostaliśmy zaproszeni przez Papieża na te uroczystości. Odbyła się wtedy Msza św. w kaplicy papieskiej i wówczas właśnie spotkałem Papieża Jana Pawła II. Podczas Mszy św. wyznaczono mnie do czytania Ewangelii. Potem Jan Paweł II był trzy razy w moim kraju. Wspominam te doświadczenia, także Jego orędzia, i Jego bardzo miłą osobowość.

Blisko Dominikany, na Haiti, są bracia Saletyni.

Możliwe, że kiedyś przybędziecie także na Dominikanę?

 Hm…

Francisco Ozoria Acosta, abp Santo Domingo na Dominikanie

12 stycznia 2019

Kto wie, co Pan Bóg wymyśli…

Z ks. Wojciechem Węgrzyniakiem, wykładowcą Pisma Świętego na Papieskim Uniwersytecie Jana Pawła II w Krakowie rozmawia ks. Bohdan Dutko MS

Pamiętasz moment, kiedy zakochałeś się w Słowie Bożym?

Były trzy takie momenty. Pierwszy jeszcze w podstawówce. Babcia opowiadała mi o Józefie Egipskim, a jej mąż miał na imię Józef. Ta historia bardzo mi się spodobała. Później dziadkowie kupili dla młodszego rodzeństwa Biblię dla młodych, która mi się bardzo podobała. Były tam opowiadania…

Drugi moment był w ósmej klasie szkoły podstawowej. Nie wiem, skąd wziął się u mnie pomysł, żeby przeczytać całą Biblię… Ponieważ bardzo lubiłem matematykę, obliczyłem, że jeśli będę czytał dwa rozdziały dziennie, to mi zajmie dwa lata i dziesięć miesięcy. Wtedy po raz pierwszy przeczytałem Biblię.

A trzeci moment był po maturze. Była u nas w parafii Oaza z diecezji wrocławskiej, mocno odnawiająca się w Duchu Świętym i bardzo nastawiona na Pismo Święte. Prowadzący był biblistą. Oni nauczyli mnie duchowego otwarcia się na Słowo. Pamiętam, że zanim poszedłem do seminarium, to w Nowym Testamencie podkreśliłem kolorami słowa o miłości na czerwono, o wolności na niebiesko, a o Duchu Świętym na żółto. Miałem pewnie z dziesięć kolorów na oznakowanie różnych tematów.

Słowo Boże jest oblubienicą twojego życia, obcujesz z nim każdego dnia?

Każdego dnia mam kontakt ze Słowem Bożym, chociażby przez Liturgię Godzin czy Mszę św. Ale były okresy w moim życiu, kiedy dużo bardziej „siedziałem” w Piśmie Świętym i dużo więcej rozmyślałem. Teraz jest to element mojej pracy naukowej. A jak mąż dużo pracuje, to nie zawsze ma ochotę, żeby z żoną – oblubienicą posiedzieć. Brakuje tych czasów, kiedy była tylko oblubienicą, a nie tylko współpracownicą.

Czy w pokoju biblisty Biblia zajmuje centralne miejsce?

W moim pokoju przed oknem po lewej stronie jest klęcznik zrobiony przez tatę, stolarza – to jest podarunek na prymicję. Nad nim wisi przywieziona z Jerozolimy ikona Jezusa z winnego krzewu, a po prawej stronie na drugim pulpicie jest otwarte Pismo Święte w języku hebrajskim, które czytam na stojąco i na głos i w miarę możliwości uczyć się na pamięć. Uczenie się na pamięć prowadzi do lepszego skupienia się. To jest Stary Testament. Nowy Testament jest w drugim pokoju, gdzie pracuję, ale rzeczywiście mniej do niego zaglądam…

Papież Franciszek we wprowadzeniu do Biblii dla młodych napisał, że przez pięćdziesiąt lat ma tę samą Biblię, a Twoja ile liczy lat?

Biblia Tysiąclecia, wydanie III, była moją pierwszą Biblią. Miałem ja od pierwszej klasy podstawówki, potem w liceum. Cały czas z niej korzystałem aż do studiów. Była najbardziej zniszczona, nawet okładki przemalowałem, żeby wyglądała lepiej. Jak poszedłem na studia, zacząłem używać wydań w innych językach, przede wszystkim po grecku i hebrajsku. Dziś korzystam z programu komputerowego, który daje tekst po grecku, hebrajsku i po polsku. Jest to moja codzienna Biblia, ale tu nie widać, czy się postarzała. Jedynie Pan Bóg wie, ile razy tam wchodzę i jak długo przy niej trwam.

Tamtą pierwszą Biblię całowałem, dla niej miałem szczególny szacunek… Rozumiem papieża Franciszka, bo używając jednej Biblii – papierowej, byłem w stanie powiedzieć, co było na której stronie. W seminarium czytałem dziennie po pięć rozdziałów z Nowego i Starego Testamentu, tak że przez sześć lat przeczytałem w ten sposób Stary Testament raz na rok, a Nowy siedem razy na rok. Taki miałem system, żeby lepiej poznać Biblię.

ks. Wojciech Węgrzyniak / foto. ks. Bohdan Dutko MS

Trochę żałuję, że odszedłem od tej mojej Biblii Tysiąclecia, ze względów praktycznych. Dzisiaj dużo więcej czytam w oryginale, w sensie takim, że jak rozmyślam, to nigdy nie używam tekstu polskiego, zawsze otwieram tekst hebrajski albo grecki.

Pewna kobieta powiedziała mi, że kiedy słyszy księdza głoszącego homilię, to poznaje, czy ten ksiądz słyszy Słowo Boże. Kiedy Pan otworzył Ci ucho, abyś słyszał Słowo Boże?

Na pewno w klasie maturalnej. Wcześniej czytałem informacyjnie, dużo się wtedy dowiedziałem. W I klasie liceum polonista był zdziwiony, gdyż Księgę Hioba potrafiłem streścić na dziesięciu stronach. W klasie maturalnej przyszło doświadczenie Boga Żywego. Klęcząc przez dwie godziny na adoracji, otwierałem Pismo Święte i mogłem się modlić jednym zdaniem. Odczuwałem, jakby ktoś ze mną rozmawiał. Wrażenie, że Bóg stoi za tym Słowem, mam do dziś.

Co myślisz o otwieraniu biblii na chybił trafił?

Nie bójmy się otwierać Słowa na chybił trafił. To jest jedna z metod czytania Pisma Świętego. Moje początki były bardzo śmieszne: pewien ksiądz zachęcał, żeby otwierać Pismo, gdzie się trafi, więc modliłem się, mówiąc: Duchu Święty, tak bardzo Cię proszę… otworzył się Wstęp do Ewangelii. Mówiłem, Duchu Święty, nie chodzi o wstępy, tylko o Pismo Święte. Pomodliłem się jeszcze raz. I co? Wstęp do Ksiąg Prorockich. Wtedy powiedziałam sobie: aha, Panie Boże, może Ty mi chcesz powiedzieć: Węgrzyniak, ty się zajmij wstępem, a nie Słowem Bożym. Jak ty nie wiesz pewnych rzeczy, to za wcześnie na Pismo…

Kiedyś prowadziłem w Nowej Hucie rekolekcje o Słowie Bożym dla studentów i na zakończenie dzielili się oni tym, co do nich najbardziej przemówiło. Okazało się, że z tych wszystkich konferencji nic. A co najbardziej dotarło? Wieczorem każdy mógł sobie wybrać z przygotowany wcześniej cytat z Pisma Świętego i pomyśleć o nim na półgodzinnej adoracji ze świadomością, że to Słowo jest do niego.

Mówiłem wtedy, że niesamowitą rzeczą jest nie to, co Bóg mówi do nas, ale to, co Bóg mówi do mnie. Oni dlatego się tym przejęli, bo zrozumieli, że to jest nie do wszystkich, ale do każdego z nich. Więc w tym sensie wybór na chybił trafił czasem jest fajną rzeczą, bo daje świadomość, że Bóg mówi do mnie.

Pani kucharka z Nowej Wsi na jednych z pierwszych rekolekcji z chorymi, na których byłem jeszcze jako kleryk, opowiadała, że codziennie, zanim pójdzie spać, otwiera Ewangelię, bo jest ciekawa, co Pan Jezus powie jej na dobranoc.

Profesor Świderkówna ostatnie lata swojego życia poświęciła na pisanie tylko o Piśmie  Świętym wyjaśniając, że jest na to bardzo duże zapotrzebowanie. Zgadzasz się z tym stwierdzeniem?

Absolutnie tak. Dziś bardzo dużo ludzi czyta Biblię i chcą pogłębionej lektury, a brakuje konferencji, kursów i książek, które byłyby pomocą. Od siedmiu lat prowadzę w Krakowie Kręgi Biblijne (4 grupy po 25 osób) i co roku brakuje miejsc dla wszystkich chętnych. Pogłębiać wiedzę chcą ci, którzy zakosztowali smaku Biblii. Problem największy jest w tym, żeby ludzi rozkochać w Piśmie.

Coraz częściej w kościołach głoszone są codzienne homilie…

U nas w parafii głosimy codzienną homilię o godz. 13 i 19.30, rano nie. Z jednej strony, jako stary ministrant i lektor tęsknię za takimi mszami, gdzie nie ma żadnego komentarza, gdzie jest sama Liturgia. Bardzo lubię Mszę o godz. 7.00 rano, kiedy jest cisza, gdzie jest pewien rytm niezaburzony przez księdza. Jeśli ksiądz mówi homilię, to trzeba, żeby miał coś do powiedzenia, żeby to się nie przeradzało w nie wiadomo jakie gadanie. Nie wiem, jak to wierni odbierają, trzeba by ich zapytać.

Codzienne mówienie homilii jest dla księdza bardzo dobrym ćwiczeniem, bo jeśli ksiądz po przeczytaniu Ewangelii nie jest w stanie powiedzieć dwóch czy trzech zdań od siebie, to kiepsko… po sześciu latach teologii, po codziennym kontakcie z Bogiem?

Mam wrażenie, że dziś w Kościele bardziej akcentuje się błogosławionych pełniących uczynki miłosierdzia niż słuchających Słowa. Łatwiej zostać błogosławionym przez uczynki miłosierdzia czy przez słuchanie Słowa?

Zgadzam się. Z pewnością łatwiej jest robić niż słuchać, bo robienie jest takie namacalne. Łatwiej jest zrobić kanapkę ubogiemu niż posłuchać go, czy pogadać z nim. Myślę, że ważne jest, aby dostrzec charyzmaty w Kościele, są ludzie, którzy mają charyzmat do uczynków miłosierdzia, jak św. brat Albert, i są ludzie, którzy mają charyzmat do słuchania Słowa, chociażby św. Ignacy Loyola. Każdy człowiek musi rozeznać charyzmat, którym został obdarowany.

Jak rozkochać się w Słowie, jak rozpalić ogień miłości do Słowa, tęsknotę za nim?

To chyba najważniejsze i najtrudniejsze pytanie, bo jest w rodzaju pytania, jak  rozkochać żonę po iluś latach małżeństwa, czy jak rozkochać męża? Odpowiedź zależy od każdego człowieka i dla każdej pary jest inna.

Z pewnością trzeba znaleźć czas i miejsce, żeby pobyć sam na sam z Pismem św. Może pojechać na rekolekcje ignacjańskie i doświadczyć ciszy, skupienia i medytacji. W innym przypadku trzeba po prostu nawrócić się, zostawić grzechy, zacząć chodzić do spowiedzi i częściej przystępować do komunii św. Wtedy siłą tego nawrócenia człowiek bardziej pokocha Słowo. W innym przypadku trzeba odbyć solidną rozmowę z Jezusem i zapytać, czy mi na Nim zależy, czy ja Go w ogóle kocham, czy ja Go chcę poznawać? Bo jeżeli ja Go nie chcę poznać jako osobę, jak w ogóle o Nim nie myślę, to Jego słowa też mnie nie interesują. Przecież jak mnie koleżanka nie interesuje, to mogę pięć minut posłuchać co mówi, ale dłużej raczej nie.

Musimy ciągle szukać Jezusa, żeby Go spotkać i kochać. Kiedyś w mojej rodzinnej miejscowości odbywały się rekolekcje oazowe, podczas których pewna dziewczyna została uwolniona od złego ducha. To było bardzo dawno temu, ale zapamiętałem jedno, że po modlitwie uwolnienia ksiądz prosił dla tej dziewczyny o Pismo Święte. Dałem Ewangelię wg św. Łukasza, takie małe wydanie, które ona czytała wszędzie, podczas śniadania, obiadu, na przerwie, po prostu tak, jak się dzisiaj czyta sms-y od znajomych, od ukochanych. Pragnęła sprawdzić, co tam jest ciekawego. Wtedy pomyślałem, że to jest właśnie to!

Może mało kochamy Jezusa, staliśmy się obojętni, dlatego potrzebujemy Pisma Świętego. Możemy je kupić także z większym drukiem, albo wersję w MP3, audiobook do słuchania. Trzeba znaleźć swoją metodę, może uczyć się na pamięć pewnych fragmentów, może czytać rozdziałami. Pismo Święte jest jak skarbnica, która posiada ponad trzydzieści tysięcy wersetów, każdy z nich może nam dużo dać do myślenia. W tym gąszczu myśli można znaleźć coś dla siebie, trochę jak w galerii, trzeba pochodzić i poszukać…

Jak dobrze czytać Pismo Święte?

Czytanie Pisma Świętego ma prowadzić do miłości Boga i bliźniego. Jeżeli tak czytasz, że bardziej kochasz Boga i bliźniego, to dobrze czytasz. Ale nawet kiedy źle czytasz, nawet kiedy nie rozumiesz tak, jak egzegeci – to dobrze, że czytasz, bo chodzi o miłość.

My szukamy Jezusa, ale też i Jezus nas szuka. Jak możemy dać się znaleźć?

Dzisiaj w parafiach są różne oferty: kursy ewangelizacyjne, katechezy, wspólnoty, grupy, ruchy charyzmatyczne. Wystarczy pójść. Jednak mamy czasem taką barierę, że nam się nie chce. Mnie naprawdę, prawie nigdy się nic nie chce, ale jak się zmuszę, to później zawsze jestem zadowolony. Pójdź chociaż raz na jakieś spotkanie duszpasterskie, albo raz na rok w Wielkim Poście i zobacz coś nowego, może po dziesięciu latach zaskoczy.

Czym dla ciebie w ogóle jest Słowo?

Słowo jest dla mnie spotkaniem z Bogiem, spotkaniem z osobą. Jest jakby twarzą… Bóg jest niewidzialny, ja Go nie widzę, ale ja Go słyszę w Słowie i wyobrażam sobie, jaki On jest.

Słowo jest dla mnie lustrem. W lustrze widzi się wszystko, co jest w rzeczywistości, i jedną rzecz więcej – swoją własną twarz. A że moja twarz jest stworzona na obraz i podobieństwo Boga, ja w tej twarzy widzę Boga.

To w Jego twarzy odkrywam siebie. Zaczynam się zastanawiać, jak ja Go widzę? Skoro Biblia jest lustrem, to ja nie mogę mieć pretensji, że w Biblii są zabójstwa, że w lustrze w łazience jest brudny ręcznik. Nie mogę mieć pretensji, że tynk jest zdrapany. Ludzie robią duży błąd mówiąc: jejku, dlaczego w Biblii są morderstwa? Bo to jest lustro, które pokazuje, jak Bóg dzieli się z nami błogosławieństwami, dzieli się ze świętymi, z herosami i z grzesznikami. Pokazuje nam, jak żyć w tym świecie, który jest  nasz. Lustro jest od tego, żeby się poprawiać, więc patrzymy na nie i się poprawiamy, albo się bulwersujemy.

Możemy uciec się jeszcze do innych metafor czy obrazów?

Pokarm. Bardzo lubię ten obraz, bo nie samym suchym chlebem żyje człowiek, ale także Słowem Bożym. Pokarm pokazuje, że muszę go spożywać często, ale też pokazuje, że nie muszę jeść wszystko. Ja nie lubię flaczków i nie jadam ich. Jest wystarczająco dużo wersetów, żebyś przeżył. Ten pokarm mówi mi: nie bój się być selektywny. Bóg się nie obrazi na ciebie, że nie jadłeś pewnych roślin, chociaż są jadalne, że nie jadłeś pewnych owoców, chociaż też są jadalne. Bogu zależy, żeby twoja dusza przeżyła, więc szukaj w Biblii tych wersetów, które są dobre, żeby karmiły twoją duszę.

A metafora ognia?

Nigdy nie myślałem o tej metaforze. Myślałem jeszcze o domu. Sobór Watykański II mówi, że kiedy człowiek czyta Pismo Święte, to wtedy Bóg Ojciec spotyka się ze swoimi dziećmi i prowadzi z nimi miłosną rozmowę. Pismo Święte jest domem. Jak chcesz się spotkać z tatą, wejdź do domu, bo on tam czeka. Na modlitwie gadamy my. A w Piśmie Świętym mówi On. Wchodzisz do tego domu i siadasz przy Nim. Tato, co masz mi do powiedzenia, jaką historię mi opowiesz… i słucham mojego taty.

Rabini nauczają, że Słowo Boże ma zawsze zaskakiwać człowieka. Czy tak jest też z Tobą, biblistą?

Nigdy mi się nie zdarzyło, żebym się nudził, żeby Biblia nie powiedziała mi coś nowego, nie rzuciła jakiegoś nowego światła… Mówię: Boże, tyle razy to czytałem, a nie zwróciłem uwagi.

Św. Jan Paweł II umierał słuchając Ewangelii wg  św. Jana czytanej przez ks. prof. Stycznia… Też chciałbyś tak odchodzić?

Jako biblista nigdy nie modliłem się o to, żeby umrzeć przy Słowie. Myślałem, że może w kościele, w konfesjonale, ale kto wie, co Pan Bóg wymyśli…

To jest piękne, że Słowo Boże jest towarzyszem przez całe życie aż do śmierci, miejmy też nadzieję, że na wieczność.

Dziękuję za rozmowę i spotkanie

Nadchodzące wydarzenia
18
LIS
Rekolekcje kapłańskie IV tura 2019

Zapraszamy na IV turę Rekolekcji Kapłańskich w dniach 18-21... czytaj więcej

kapłani

Godzina rozpoczęcia 18:00

21
LIS
Msza św. katecheza i modlitwa o uzdrowienie i uwolnienie

Zapraszamy na cykl Msza św. katecheza i modlitwa o uzdrowienie i... czytaj więcej

Godzina rozpoczęcia 18:00

22
LIS
Pojednanie z własnym lękiem

  Sesja "Pojednanie z własnym lękiem" prowadzona jest w... czytaj więcej

osoby dorosłe

Godzina rozpoczęcia 18:45

Droga życia

„Nie staraj się być człowiekiem sukcesu, lecz człowiekiem wartościowym.”
(Albert Einstein)

 

"