Kategoria Spotkania Centrum Pojednania La Salette, Dębowiec
Varia   ❯   Spotkania
30 kwietnia 2022

Dlaczego Go adorujesz? Bo On jest!

z biskupem pomocniczym archidiecezji warszawskiej Michałem Janochą rozmawia ks. Bohdan Dutko MS

Arcybiskup Fulton J. Sheen po otrzymaniu święceń kapłańskich postanowił codziennie modlić się jedną godzinę przed Najświętszym Sakramentem. A jak jest z adoracją u biskupa Michała?
Mam luksus posiadania prywatnej kaplicy i to jest najważniejsze miejsce w moim mieszkaniu. Mój dzień jest każdy inny i często zaczyna się wczesnym rankiem, a kończy późnym wieczorem, ale zawsze staram się być na adoracji. Nie mam określonej godziny adoracji. Nieraz trzeba o ten czas walczyć. Czasem już pod koniec dnia przysypiam, ale bez adoracji na pewno wszystko by się rozleciało.

Wydaje się, że adoracja to coś tak bardzo prostego…
Bo wiara jest prosta, choć niesłychanie trudna. Dotykamy paradoksów, bo Pana Boga nie da się wyrazić inaczej niż przez paradoks. Wiara jest utkana z paradoksów, wyraża to jedna z kolęd:
Bóg się rodzi, moc truchleje Pan niebiosów obnażony.
Ogień krzepnie, blask ciemnieje
Ma granice Nieskończony…
Nie da się o Bogu mówić inaczej. Adoracja to być przed kimś, kto kocha. Parafrazując słowa wieśniaka z Ars, który zapytany przez świętego proboszcza, jak modli się spędzając czas w kościele, odpowiedział: On jest, ja jestem i dobrze nam. Ja patrzę na Niego, a On patrzy na mnie. To jest język zakochanych. Dotykamy tu sedna doświadczenia wiary: obcowania z Bogiem, który jest miłością.
Żydzi w Starym Testamencie przeczuwali to, bo wierzyli w Boga jednego, Boga Abrahama,Izaaka, Jakuba. Ale ten Bóg jedyny, Bóg praojców nie był jeszcze miłością. Miłość… My też nie umiemy mówić o miłości inaczej, jak odwołując się ludzkich relacji, bo każda miłość ludzka, nawet najbardziej ułomna, jest jakimś odblaskiem miłości boskiej i dlatego używamy ludzkich analogii. Miłość między ludźmi istnieje tylko wtedy, kiedy jest ktoś drugi. Można kochać siebie samego, tylko że jest to miłość kulawa. Miłość jest zawsze do kogoś, dlatego bardzo trudno jest pojąć, że Bóg Jedyny i absolutny jest miłością. Miłość jest dawaniem siebie. Bóg Trójjedyny może być miłością, miłością wzajemnego oddania Syna Ojcu, Ojca Synowi w Duchu Świętym i dlatego Trójca Święta jest źródłem i wzorem wszelkiej ludzkiej miłości: miłości oblubieńczej, miłości małżeńskiej i wszystkich innych miłości, które stąd płyną.
Adoracja jest trwaniem przed tą miłością, która się objawia w takim bardzo prostym znaku, którym jest hostia, chleb konsekrowany, choć tego nie widzimy. Za św. Tomaszem powtarzamy, kiedy śpiewamy: „Wiarą ukorzyć trzeba zmysły i rozum swój. Boć tu już nie ma chleba! To Bóg, to Jezus mój!” To jest bycie przed Tym, który jest miłością. Trwanie przed Nim.
Kiedyś spytano Edmunda Hillarego, pierwszego zdobywcę Mount Everestu, dlaczego chodzi po górach? Trochę zdziwiony tym pytaniem, odpowiedział: bo są! Jego odpowiedź kojarzy mi się z pytaniem, dlaczego Go adorujesz? Bo On jest!

Papież Franciszek wyznaczył sobie godzinę na wieczorną adorację. Często przychodzi na nią zmęczony, siada przed Najświętszym Sakramentem i… zasypia.
A gdy będziemy zasypiali, Niech Cię nawet sen nasz chwali”. Jesteśmy słabi, ale jeżeli ofiarowujemy swoją wolę trwania przy Jezusie, to On na to patrzy, i myślę że tym się cieszy.
Ciało mdłe, jak to mówiono w staropolskim języku. Myślę sobie też o uczniach, którzy zasnęli w Ogrojcu. Jezus toczył walkę duchową, a oni spali. Taki jest człowiek. Ale jednocześnie byli blisko. Znowu paradoks! Byli bardzo blisko Jezusa, a byli jakby oddzieleni ścianą snu. W Muzeum Diecezjalnym w Pelplinie znajduje się późnogotycka grupa rzeźbiarska Ukrzyżowanie, gdzie każda postać wyrzeźbiona jest osobno w skali bliskiej naturalnej. Św. Jan leży, słodko śpiąc mając pod głową książkę w formie brewiarza. Myślę, że to jest bardzo prawdziwe i może być bliskie szczególnie nam, kapłanom.

Czy ludzie z Starego Przymierza mieli doświadczenie adoracji, na przykład Mojżesz,który przebywał w namiocie spotkania?
Pewnie tego w taki sposób nie nazywali, ale doświadczenie obecności Boga mieli. Zaczęło się od krzewu gorejącego, kiedy Mojżesz bardzo zuchwale pyta Boga o imię. W kulturze wschodniej pytanie o imię było pytaniem o tożsamość i takiego pytania Bogu nikt wcześniej nie postawił. Odpowiedź Boga z głębi płonącego krzewu brzmi: JESTEM, który JESTEM! Wszystkie próby tłumaczeń, których na język polski jest wiele, nie oddają istoty języka hebrajskiego, w którym to imię zawiera wszystko: przeszłość, przyszłość i teraźniejszość. Bóg, który powołuje Mojżesza, nie jest jak bogowie Egiptu, Ozyrys, Izyda czy Horus, którzy są dziełami ludzkiej imaginacji, ludzkich pragnień, tęsknot albo lęków czy obsesji, a ich wizerunki są dziełem ludzkich rąk, co prorocy starego przymierza tak często wyszydzali. Ci bogowie „Mają usta, ale nie mówią, mają oczy, ale nie widzą. Mają uszy, ale nie słyszą; i nie ma oddechu w ich ustach (Ps 135,15-16), a Bóg mówi Jestem. Jestem, nie jak Ozyrys, Izyda czy Horus. Jestem…
I to jest początek adoracji: stanięcie przed Bogiem, który jest! I co można na to odpowiedzieć? Jedynie to, co odpowiadają postaci powołane przez Boga, a co powtarzają kandydaci do święceń prezbiteratu wyczytywani po imieniu: „Jestem”. Oto jestem! Jedynie to, można odpowiedzieć na Boże: Jestem. Imię Jahwe nie było do wypowiadania. Żydzi mieli świadomość, że są zbyt grzeszni, żeby je wypowiadać. Mówili imię zastępcze: Adonaj. Tak jest do dziś. Jednak Jezus używa tego słowa. Ono w Biblii jest przekazane po grecku, ale możemy się domyślać, jak to było, kiedy Jezus mówił po aramejsku: „Gdy wywyższycie Syna Człowieczego, wtedy poznacie, że JA JESTEM” (J 8,28).
Albo kiedy podczas burzy na morzu uczniowie usłyszeli: „Odwagi! Ja Jestem, nie bójcie się!” (Mt 14,27). Jezus wypowiada imię Boga, które jest Jego własnym imieniem, imieniem Ojca i imieniem Ducha Świętego. Jezus jest jedynym z ludzi, który ma prawo wymówić to imię, ponieważ tylko On jest Bogiem. To jest źródło nieustającej i niezgłębionej kontemplacji, adoracji. Jesteś, dlatego ja jestem, dlatego jest świat, dlatego wszystko jest, co masz na całe życie.

Benedykt XVI mówi, aby być w świecie, w którym żyjemy, potrzebujemy adoracji.
To bardzo zwięzła i trafna uwaga. Na adoracji przed Bożym Jestem, mogę odkryć swoje jestem. Bez tego bardzo łatwo dać się porwać i tak naprawdę nie być.

Przypomina mi się film Misja. Po decyzji zamknięcia misji jezuitów wśród Indian Guarani kardynał Altamirano w liście do króla napisał – parafrazuję bo nie pamiętam, ale sens był taki: stało się według woli waszej Wysokości, ich już nie ma, a ja jestem, ale tak naprawdę to mnie nie ma. Dotykamy istoty bycia konać w obecności Bożego Jestem. Adoracja to odkrycie swojego jestem, czy odkrywanie, bo to nie jest jeden akt, to jest proces całego życia, to może prowadzić do odkrycia jestem drugiego człowieka. Największe spotkania międzyludzkie dokonują się w obecności kogoś większego niż my sami, kogoś kto nas zetknął.

Adoracja to spotkanie z Tym, który jest na początku. Jestem kamieniem to tytuł piosenki śpiewanej przez Kayę, w której są słowa: „Jestem kamieniem, Ja cała jestem z twoich słów ulepiona…” Kiedy brakuje adoracji, nie mam Słowa, które mnie stwarza, „lepi mnie”, wtedy żyję tylko słowem, które mnie pozornie stwarza, ale tak naprawdę, mnie nie ma…

Rozumiem intuicję, nie znam tej piosenki. Przypomina mi się tekst: O człowieku i jego wierze Romana Brandstaettera: „Człowiek pewien otrzymał list, długi list, mądry list z prośbą o łaskawe udzielenie odpowiedzi na ankietę, na temat: Dlaczego wierzę? Człowiek ów odpowiedział tak: Niestety, szanowni panowie, nie wiem, dlaczego wierzę, ale wiem, że gdybym przestał wierzyć, nie mógłbym istnieć. Człowiek ów był bardzo zdziwiony, gdy redaktorzy nie wydrukowali jego odpowiedzi.

Lecz po pewnym czasie powiadomili go krótkim, mądrym listem, że ich interesuje jego wiara, ale nie jego istnienie…” To bardzo trafne ujęcie. My dzisiaj mówimy o wierze, ale nie chcemy dotknąć istoty, źródła wiary, „interesuje ich wiara, a nie istnienie”.
Wiarę można badać na różne sposoby, za pomocą różnych mikroskopów i stereoskopów, socjologicznie i z każdej innej strony, ale to będą zawsze jakieś ludzkie opinie. Natomiast tajemnica istnienia nie podlega badaniom, ona wymaga zadumy, kontemplacji. Słynne pytanie Leibniza: „dlaczego istnieje raczej coś, niż nic”, jest jednym z najbardziej podstawowych filozoficznych pytań. Dlaczego istnieje raczej coś niż nic…
Z tego zdumienia rodzi się otwartość na tajemnicę, która nas przekracza. To pytanie nurtuje każdego człowieka i ono jest przedsionkiem wiary, a w Chrystusie staje się przedsionkiem spotkania.

Od 19 października 2021 roku przy Bazylice w Sanktuarium MB Saletyńskiej, została otwarta kaplica wieczystej adoracji, w której Ksiądz Biskup modlił się dziś po Eucharystii…
To jest kaplica, w której można się modlić. Nie trzeba zamykać oczu, żeby się modlić. Zapewnia skupienie. Architektura jest bardzo prosta, kolorystyka wyciszona, od strony ikonograficznej jest zbudowana dośrodkowo. Po bokach są Maryja i Józef, jest to nawiązanie do starej tradycji kompozycji Deesis, co jest trudne do przetłumaczenia jednym słowem, ale to jest modlitwa wstawiennicza czy uwielbienia.
W klasycznym Deesis są Maryja i Jan Chrzciciel, ostatni z proroków starego i początków nowego przymierza. Reprezentantka kobiet i mężczyzn. Tutaj św. Jan Chrzciciel został zastąpiony przez św. Józefa. W tej kompozycji teologicznej uczyniono kompozycję historyczną, bo oni byli najbliższymi Bogu, który stał się ciałem.
Maryja i Józef w geście modlitwy błagalnej zwróceni są ku Chrystusowi obecnemu w Najświętszym Sakramencie. Bez wątpienia, nawet ktoś, kto nie zna chrześcijaństwa i jest po raz pierwszy w tym wnętrzu. będzie wiedział, co tu jest najważniejsze, a takie wątpliwości możemy mieć w kaplicach i kościołach, gdzie przyciąga uwagę wiele innych rzeczy. Tu wszystko jest w centrum, bez tego centrum, wszystko by się rozleciało.

12 lutego 2022

Dzisiaj, które się nie skończy

Homilia księdza biskupa Michała Janochy, biskupa pomocniczego diecezji warszawsko-praskiej, wygłoszone w Bazylice Matki Bożej Saletyńskiej w Dębowcu w Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki 1 stycznia 2022 r.

„Niebo jest tam, gdzie kocham i będę kochana, i to się nigdy nie skończy”.

Przełom starego i nowego roku uświadamia nam upływ czasu. Wczoraj była okazja do refleksji nad tym rokiem, który przemijał. W kościołach gromadzili się ludzie, żeby podziękować za wszystko, co się w tym czasie wydarzyło, przeprosić za to, co było złe, a dzisiaj stajemy u progu nowego roku.

Oczywiście, ten podział jest umowny, uwarunkowany kalendarzem astronomicznym, niemniej jest ważny i potrzebny, żebyśmy się na chwilę zatrzymali, spojrzeli wstecz, spojrzeli w przód, bo takie spojrzenie prowadzi do refleksji, że wszystko, co w życiu robimy jest w pewnym sensie ostatnie i w pewnym sensie pierwsze. Każdy poranek, poranna modlitwa, śniadanie, rozmowy, spotkania z bliskimi, to wszystko, co tworzy tkankę naszego życia składa się z wydarzeń pojedynczych i niepowtarzalnych.
Przełom starego i nowego roku pomaga głębiej uświadomić sobie tajemnicę czasu, który pojawił się wraz ze stworzeniem świata. Nie potrafimy ogarnąć naszą wyobraźnią tajemnicy stworzenia i sytuacji Boga poza czasem, bo nasze myślenie jest z tym przemijającym czasem związane, a jednocześnie nasza wiara jest pełna tęsknoty za spotkaniem, za nieskończonością, za pełnią… Ziemski czas jest stworzony wraz ze stworzeniem świata, kosmosu i mikrokosmosu, którym jest każdy człowiek…

W ten czas mierzony upływem kolejnych, przemijających pór roku, jesieni, zim, wiosen, mierzony kolejnymi odcinkami nowych, następujących po sobie lat, zstępuje Bóg posyłając swojego Syna, który staje się człowiekiem. To jest wydarzenie przełomowe w dziejach całego kosmosu. Wydarzenie, jakiego nie byłby w stanie wymyślić człowiek, jakiego nie ma w żadnej religii, bo w żadnej religii nie ma wiary w tajemnicę, że Bóg się staje człowiekiem, że staje się jednym z nas, że przychodzi na świat z ludzkiej matki.

Dziś szczególnie wspominamy Maryję wybraną, Niepokalaną. Jezus przez trzydzieści lat dzieli los zwykłych ludzi, zwykłych dzieci, młodzieńców, mężczyzn oddających się codziennej pracy. Dopiero w ostatnich trzech latach objawia swoje bóstwo i ginie zabity jak pospolity złoczyńca. Przedziwny scenariusz, któremu nadaje sens ostateczne zmartwychwstanie. Dlatego w radości Bożego Narodzenia jest już coś z bólu krzyża i coś z chwały zwycięstwa nad śmiercią.

Kairos
Żeby użyć adekwatnego słowa do tego momentu, w którym odwieczny Bóg, Stwórca Nieba i Ziemi staje się człowiekiem… W Liście do Galatów czytamy, że „kiedy nadeszła pełnia czasu” (tak to przetłumaczono na język polski). Święty Paweł używa słowa, którego nie umiemy przetłumaczyć na żaden współczesny język, bo nie mamy takiego słowa. Grecy mieli na to słowo pojęcie Kairos, to jest moment, w którym wieczność styka się z doczesnością, to jest moment, w którym niebo styka się z ziemią, to jest moment, w którym Bóg staje się człowiekiem. Moment, od którego liczymy nową erę.

Żadnej innej ery już nie będzie wbrew temu, co mówią inni prorocy. To jest nasza era, bo Bóg stał się jednym z nas, żeby nam dać życie wieczne. Stąd życie człowieka z jednej strony jest odkrywaniem Boga w chwili obecnej – i to jest jedno z największych odkryć, jakie możemy dokonać w życiu, i ono się nigdy nie skończy, bo Bóg jest nieskończenie większy, niż nasze ciasne umysły i serca – a z drugiej strony na tej ziemi dobro i piękno jest wymieszane ze słabością i grzechem. I stąd tęsknota. Człowiek jest rozpięty pomiędzy tym, co jest dziś i teraz, a tęsknotą za pełnią i za wiecznością. Nie da się zrozumieć wieczności bez zrozumienia wagi chwili obecnej, bez zrozumienia tego, co Grecy nazywali Kairos, bez odkrycia tego, że to tutaj i teraz dokonuje się zbawienie, że to tutaj i teraz Bóg przeprowadza ze mną swoją historię życia. Jest to jedno z największych odkryć, które jest jak ląd bez końca, to jest nieskończenie większe niż odkrycie Ameryki.

Kiedyś Matkę Teresę z Kalkuty zapytał dziennikarz – w takim czasie jaki przeżywamy teraz – które wydarzenie mijającego roku uważa matka za najważniejsze? Ona spojrzała mu w oczy i powiedziała: naszą rozmowę w tej chwili. Piękna odpowiedź! Odpowiedź świętej. Odpowiedź kogoś, kto przeżywa Boga obecnego w chwili obecnej.

Św. Ekspedyt
W starych kościołach jeszcze można zobaczyć obrazy albo rzeźby świętego Ekspedyta. To był żołnierz armii rzymskiej, który odkrył chrześcijaństwo i – tak jak wielu w czasach starożytnego Rzymu – stanął przed koniecznością wyboru: albo wyrzekam się Chrystusa i wybieram życie, albo wyrzekam się życia i wybieram Chrystusa i idę na śmierć. On wybrał to drugie.

Św. Ekspedyt jest przedstawiany w stroju rzymskiego żołnierza. Opisy jego męczeństwa mówią, że był kuszony, żeby się wyprzeć, żeby przełożyć to wyznanie wiary na później. Św. Ekspedyt jest przedstawiany jak depcze czarnego kruka, który kracze. To słowo jest dźwiękonaśladowcze. Po łacinie brzmi kras, to jest jutro. I ten kruk mówi: kras, jutro. To jest pokusa, której bardzo chętnie ulegamy wszyscy. Zrób to jutro, wyspowiadaj się jutro, jutro pojednaj się z bliźnim, którego obraziłeś, zrób coś, co powinieneś zrobić teraz, a na co nie masz ochoty – zrób jutro. To jest bardzo poważna pokusa, która sprawia, że ludzie żyją nieobecni w chwili obecnej, nie ma ich tutaj.

Ekspedyt depcze tego kruka, który kracze kras – jutro i trzyma w ręku krzyż z łacińskim napisem „hodie” – dziś. Jesteśmy bardzo często kuszeni, szczególnie młodzi myśleniem o jutrze, budowaniem różnych projektów w przyszłości. Starsi, którzy przeszłość mają za sobą, kuszeni są do tego, żeby bez przerwy myśleć o przeszłości, co prowadzi często do porównania, że dawniej to było lepiej. Ocenia się teraźniejszość w imię wyidealizowanej przeszłości.

Te pokusy mogą być nęcące, bądź straszące, ale wyprowadzają nas z tego, co jest dziś i tutaj. A Królestwo Boże nie jest jutro, Królestwo Boże nie jest wczoraj, Królestwo Boże nie jest gdzieś, gdzie mnie nie ma. Często ulegamy takim pokusom. Dziewczyny czy kobiety myślą: o gdybym była piękniejsza… Starsi mówią: och, gdybym był młodszy… O, gdybym miał więcej pieniędzy, gdybym miał lepsze zdrowie… Wiele z tych rzeczy nigdy się nie spełni i człowiek żyje niezadowolony i nieobecny.

Jesteśmy uwięzieni
Misjonarze w Afryce często powtarzają powiedzenie ludów afrykańskich, które jest uniwersalne, bo można je spotkać we wszystkich kulturach: „Pan Bóg nawiedza nas często w domu, ale nas tam nie ma”. Nie ma nas tam, bo jesteśmy uwięzieni w przeszłości, we wspomnieniach, albo w przyszłości, w planach.
To może być więzienie słodkie lub trudne, lub straszące, ale zawsze jest więzieniem. Oczywiście człowiek jest utkany z przeszłości i z planów na przyszłość, i to jest coś dobrego. Człowiek się składa ze swojej przeszłości i z myślenia o przyszłości, ale czasami to myślenie może stać się więzieniem, niestety, dla wielu więzieniem dożywotnim. Bóg nawiedza nas często w domu, a nas tam nie ma, bo jesteśmy, gdzie indziej. Wiemy dobrze, że można siedzieć w kościele, wykonywać wszystkie czynności, odpowiadać słowami, ale myślą być gdzieś indziej. Można z kimś rozmawiać, ale tak naprawdę nie być w tej rozmowie całym sobą, być gdzieś indziej. I życie ucieka, a Bóg jest obecny w tym, co jest w tej chwili, radosnym, wzniosłym, trudnym, smutnym, zwyczajnym, codziennym… To jest wielka tajemnica obecności Boga w chwili, która jest.

Była całą sobą
Możemy się tego uczyć od Maryi, która była całą sobą, gdy nagle przyszedł do Niej posłaniec z Nieba i wywrócił do góry nogami całe Jej życie, a ona się na to zgodziła. Była tu i teraz całym swoim jestestwem. Być całym sobą tu i teraz to jest wielka sztuka. Od świętych możemy się tej sztuki uczyć. Święta Tereska od Dzieciątka Jezus napisała kiedyś bardzo prosty wiersz, a jednocześnie dotykający istoty tego, o czym mówimy.

„Moja pieśń na dzień dzisiejszy”
Me życie jest cieniem, me życie jest chwilką,
Co ciągle ucieka i ginie.
By kochać Cię, Panie, tę chwilę mam tylko,
Ten dzień dzisiejszy jedynie!…
O jutro się modlić nie jestem ja w stanie,
Choć nie wiem, jak życie popłynie;
Dziś strzeż mnie, dziś broń mnie, dziś tylko, o Panie,

Przez dzień ten dzisiejszy jedynie.
Gdy myślę o jutrze, przejmuje mnie trwoga,
Tak smutno na łez tej dolinie;
Lecz próby ja pragnę i cierpieć dla Boga
Przez dzień ten dzisiejszy jedynie.
Przy Sercu Twym blisko nie smucę się znojem,
Ni walką, ni trudem – to minie;
Ach, weź mnie, o Jezu, i w Sercu skryj Twoim
Na dzień ten dzisiejszy jedynie.
Ach, skończy się wkrótce to moje wygnanie,
Wiecznego blask zalśni mi słońca,
I śpiewać Ci będę na wieki, o Panie,
To „dzisiaj” bez kresu i końca.

Wieczność to jest nieustające dzisiaj, to jest miłość, która się nie skończy. Doświadczamy, że na ziemi wszystko się kończy, nawet najgłębsza przyjaźń, miłość się kończy i życie się kiedyś skończy, a przez paschę Chrystusa, w którą przez chrzest jesteśmy włączeni, jesteśmy włączeni w to dzisiaj, które się nie skończy.

Przed laty, jako młody ksiądz, pracowałem w Laskach ucząc dzieci niewidome i z lekkim upośledzeniem umysłowym. Moja uczennica, Basia, była wtedy w klasie siódmej czy ósmej (ale to był poziom może dziecka z klasy pierwszej) na pytanie co to jest niebo, podniosła rękę – co mnie zdziwiło, bo ona nigdy nie zabierała głosu – skleciła zdanie, które brzmiało mniej więcej tak: „niebo jest tam, gdzie kocham i będę kochana, i to się nigdy nie skończy”.
Pomyślałem, że ta mała Basia niewidoma, z upośledzeniem psychicznym więcej zrozumiała, niż my zdrowi i widzący. Niebo jest tam, gdzie kocham i będę kochać, i to się nigdy nie skończy. To jest pragnienie każdego człowieka, każdego – czy jest katolikiem, czy prawosławnym, czy jest buddystą, czy jest ateistą. Każdego człowieka, bo wszyscy jesteśmy współistotni, bo wszyscy mamy jedną naturę stworzoną na obraz i podobieństwo Boże i pragniemy miłości, która się nie skończy, która wykracza poza śmierć, poza grób, poza ludzką słabość.

W każdym jest to nieusuwalne pragnienie i właśnie na to pragnienie odpowiada Bóg stając się człowiekiem i ofiarowując swoje człowieczeństwo na krzyżu i zmartwychwstając.
O jutro się martwić nie jestem ja w stanie,
Bo nie wiem, jak życie popłynie,
Dziś strzeż mnie, dziś chroń mnie, dziś tylko, o Panie,
Przez dzień ten dzisiejszy jedynie.

2 listopada 2021

Odczytać Plan Boży

O płciowości i płodności człowieka z dr Wandą Półtawską rozmawia ks. Bohdan Dutko MS

Pani doktor, rozmawiamy nazajutrz po obchodach dnia świętości życia i w roku duszpasterskim pod hasłem „otoczmy troską życie”. Jak dziś głosić ewangelię życia?

Zawsze jednakowo. Prawdy się nie zmieniają. Zmieniają się natomiast okoliczności. W tym roku mamy 40-lecie encykliki papieża Pawła VI „Humanae vitae”. Przed 40. laty, rozpoczęła się wielka kampania nowych środków antykoncepcyjnych. Byli nawet tacy, którzy się spodziewali, że Kościół zaakceptuje te nowe rozwiązania. Encyklika udzieliła na to odpowiedzi, i dlatego doczekała się kontestacji.
Dzisiaj mamy dokładnie taką samą sytuację. Nie zmieniło się nic, ponieważ nadal są zwolennicy antykoncepcji, nastawieni antynatalistycznie; chcą sterować ludzką płodnością w kierunku ograniczania jej. Cel pozostał ten sam, zmieniły się tylko metody realizacji.

Kościół zawsze broni życia ludzkiego, także nienarodzonych dzieci przed ich rodzicami. Istnieje problem wychowania pary małżeńskiej do rodzicielstwa odpowiedzialnego, ponieważ rodzicielstwo jest często nieodpowiedzialne. Całe moje życie zajmuję się tą problematyką i próbuję ludziom wskazać, jak mają realizować rodzicielstwo odpowiedzialne, to znaczy takie rodzicielstwo, które jest realizacją planu bożego – jak mówi encyklika „Humanae vitae”.

Kościół, i księża powinni stale powracać do tego dokumentu Pawła VI – jako do bazy, którą potem Jan Paweł II rozwinął w „Familiaris consortio”. Para małżeńska ma realizować nie swój plan, ale boży plan, czyli przyjąć zarówno dziecko jak, ewentualnie, swoją bezdzietność. Ludzie natomiast chcą manipulować swoją płodnością.

Ojciec Św. Jan Paweł II powiedział, że wszystkie problemy rodziny rozwiązuje genealogia divina. Pan Bóg stwarza człowieka jako osobę duchowo-cielesną. Stworzył ciało człowieka dlatego, że chciał nie tylko stworzyć człowieka na swój obraz i podobieństwo – do tego służy dusza – ale także przez ciało została dana możliwość współdziałania z Nim. Pierwszą parę ludzi Pan Bóg stworzył sam. Potem – zrezygnował z samodzielności stwarzania i oddał swoją stwórczą moc w ręce ludzkie – ciało służy do tego, aby małżonkowie mogli razem z Bogiem współdziałać. To nadaje człowiekowi nieprawdopodobnej godności, jest nobilitacją. Małżonkowie są dopuszczeni do wielkiego zadania – do stwarzania wraz z Bogiem nowych ludzi. Doświadczenie życia jednak pokazuje, że małżonkowie nie rozumiejąc planu bożego, chcą go realizować po swojemu i dokonują nadużyć.

Czy każdy człowiek ma prawo do rodzicielstwa?

Nie, nie każdy człowiek ma powołanie do małżeństwa, które ma być realizacją planu bożego a nie ludzkiego.
Małżeństwo ma być drogą do nieba, a bywa drogą ku zatraceniu, przez zbrodnie zabijania niewinnych dzieci i gwałcenia praw bożych przy użyciu sztucznych manipulacji. Dziś w takich czasach żyjemy.

Czy ten dar płodności, nie przekracza możliwości człowieka?

Nie, jakkolwiek jest trudny dlatego Bóg chce im pomóc łaską sakramentu. Konieczne jest zrozumienie odmienności zadań, odmienności, którą nasze czasy jakby usiłują zniwelować..
Potrzeba właściwej koncepcji kobiecości i męskości, które dojrzewają do ojcostwa i do macierzyństwa. W planie bożym mężczyzna jawi się jako siewca życia, kobieta – jako strażniczka życia. Małżeństwo ma stworzyć trwałą rodzinę.

Świadomość nierozerwalności małżeństwa , świadomość dozgonności powinna towarzyszyć ludziom przed podjęciem decyzji o zawarciu sakramentu małżeństwa. Muszą przygotować się do tego wielkiego zadania.

Czymś naturalnym jest płodność, skąd zatem mamy do czynienia z przypadkami bezpłodności? Czy są jakieś działania człowieka związane z jego płciowością, które mogą wpływać na tzw. bezpłodność zawinioną?

Niepłodność nie jest chorobą samą w sobie, ale musi być objawem jakiejś choroby. Jest cały szereg przyczyn niepłodności. Bywają takie sytuacje, w których ludzie sami – świadomie lub nie – uszkodzili swoją płodność. W mojej praktyce lekarskiej, miałam przypadki niepłodności wtórnej kobiety, po dokonanych zabiegach chirurgicznych, lub np. stosowaniu antykoncepcji.
Poza tym trzeba odróżnić bezpłodność od bezdzietności. Znam wiele przypadków małżeństw uważanych za bezpłodne, a były one tylko bezdzietne.
Bezpłodność może występować na skutek różnych niedoborów, które dadzą się leczyć. Chodzi o to, aby ludzie, którzy pragną dziecka sprawdzili jaka jest ich sytuacja: czy oni naprawdę nie mogą stać się rodzicami? Jeśli nie mogą – istnieje inne rozwiązanie, np. adopcja, lub podjęcie roli duchowego ojca czy matki jak np. jest to możliwe w zawodzie nauczycielskim.

Jakie jest zdanie pani doktor na temat nowoczesnych procedur medycznych związanych z płodnością człowieka?

Aktualnie opinią ludzi manipulują środki przekazu, które nie przekazują ludziom informacji etycznych o wartościach wyższego rzędu. Na przykład o bezpłodności mówi się z powodów politycznych: w Europie stworzono prawo, które pozwala na manipulacje stojące w sprzeczności z etyką katolicką. Jest to więc walka ideowa. Przeciwnicy dekalogu próbują udowodnić, że człowiek sam może decydować o drugim człowieku, czemu przeciwstawia się Kościół, jako ten, który broni wartości najwyższych.

Obecnie w medycynie następuje regres etyczny, rozwija ona tylko procedury techniczne. Pozwalają one na sztuczne połączenie komórek matki i ojca – w szklance. Ośrodki medyczne prześcigają się w „nowoczesności”. Trwa wyścig ambicji lekarskich.

W rezultacie poddaje się człowieka technice weterynaryjnej jak hodowlane zwierze. To już się nie mieści w kategoriach człowieczeństwa, to jest przeciwko człowiekowi. Nastąpił niewątpliwy postęp techniczny, tylko że człowieka nie można traktować jak przedmiot. Nie można nim manipulować. Nie można sprowadzić do rzędu zwierząt wyższego gatunku. Ale ludzie pozwalają na to.

Kościół Katolicki całą działalnością pokazuje ludziom prawdę o nich samych chcąc ich ratować od zdegenerowania, i od potępienia wiecznego. Karol Wojtyła w całym swym pasterzowaniu chciał pomóc odnaleźć ludziom ich godność dziecka bożego i ich powołanie do świętości, rozwinął teologię ciała pokazując właściwą rolę ciała i płciowości.

W dyskusji za „In vitro” jest głośno podnoszony argument prawa do posiadania dziecka. Czy posiadanie dziecka jest prawem?

Rodzice nie są „posiadaczami” dziecka, bo dziecko nie jest rzeczą. Dostają je niejako w depozyt od Boga, mają obowiązek wychować je i ponieść odpowiedzialność za jego los. A los dziecka to nie tylko życie tu, na ziemi, ale to także wieczność – tak jak los matki i ojca. Dla katolika jest to kwestia bezdyskusyjna. Katolicy nie potrzebują dyskusji, tylko świadków. Trzeba świadków, że jest możliwa piękna miłość i małżeństwo szczęśliwe, które nie manipuluje ani sobą, ani dzieckiem, które jest wierne sobie, które jest wierne przysiędze małżeńskiej. Trzeba świadków, że wartości te są osiągalne.

Jedną z dróg realizowania rodzicielstwa jest adopcja dzieci…

Trzeba bardzo ostrożnie mówić o adopcji, cudze dziecko mogą brać tylko ludzie dojrzali i odpowiedzialni. Bo na przykład miałam taki przypadek, że dziecko zostało adoptowane jak miało dwa lata a oddane z powrotem jak miało czternaście lat, bo było trudne – nie takie jakiego przybrani rodzice się spodziewali.

Wiadomo, że wiele małżeństw nie mających dzieci, po modlitwie papieża czy po spotkaniu z nim, lub też po modlitwie przy Jego grobie doczekało się dziecka. Czy Jan Pawła II, gdy zostanie wyniesiony na ołtarze, nie zostanie patronem małżeństw oczekujących potomstwa?

Znam takie pary małżeńskie. Na przykład małżeństwo z Poznania, które prosiło mnie, aby zawieść ich intencje do papieża i są przekonani, że mają córeczkę tylko dzięki wstawiennictwu Ojca św.

Ojciec św. Jan Paweł II chciał być nazwany papieżem odpowiedzialnego rodzicielstwa. Wiele małżeństw modli się do Niego o pośrednictwo, bo kochał dzieci i nigdy nie przechodził obok nich obojętnie

Proszę na koniec o słowo dla tych, którzy są otwarci na życie.

Zawsze jest nadzieja. To, że dziś nie mają dzieci, wcale nie oznacza, że nie będą mieli jutro. Znam taką parę, która pierwsze dziecko miała po dwunastu latach małżeństwa. Nie wiadomo dlaczego. Można mieć dziecko wymodlone. Wiele takich przypadków przypisuje się Ojcu Pio. Pan Bóg wysłuchuje…

Zapytałam kiedyś Ojca św. czy istnieje jeszcze w Kościele Katolickim obowiązek rodzicielstwa, bo nikt o tym już nie mówi. „Nie bój się, jest, jest…” – odpowiedział.

27 października 2021

Mieć życie wieczne

Nie dziw się, że powiedziałem ci: «Trzeba wam się powtórnie narodzić. Wiatr wieje tam, gdzie chce, i szum jego słyszysz, lecz nie wiesz, skąd przychodzi i dokąd podąża. Tak jest z każdym, który narodził się z Ducha». W odpowiedzi rzekł do Niego Nikodem: «Jakżeż to się może stać?» Odpowiadając na to rzekł mu Jezus: «Ty jesteś nauczycielem Izraela, a tego nie wiesz? Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci, że to mówimy, co wiemy, i o tym świadczymy, cośmy widzieli, a świadectwa naszego nie przyjmujecie. Jeżeli wam mówię o tym, co jest ziemskie, a nie wierzycie, to jakżeż uwierzycie temu, co wam powiem o sprawach niebieskich? I nikt nie wstąpił do nieba oprócz Tego, który z nieba zstąpił – Syna Człowieczego. A jak Mojżesz wywyższył węża na pustyni, tak potrzeba, by wywyższono Syna Człowieczego, aby każdy, kto w Niego wierzy, miał życie wieczne” (J 3, 7-15).

Biskup Jan Niemiec, homilia 21 kwietnia 2020 r.

Nikodem pyta: „Jakżeż to się może stać?” Jezus mu mówi: „Ty jesteś nauczycielem Izraela, a tego nie wiesz?” Co to znaczy?

Jakub
Izrael, naród wybrany, miał imię od Izraela, czyli Jakuba. Patriarcha Jakub, kiedy zmagał się z Bogiem, kiedy był w ciemności, Pan Bóg go zapytał, jakie jest jego imię, a on odpowiedział: Jakub! Wtedy Pan Bóg zmienił mu imię Jakub na Izrael. Co to znaczy?
Imię Jakub oznacza dokładnie tego, który chwyta swojego brata Ezawa za piętę. To jest ten, który kombinuje w życiu, który oszukuje. Jakub, żeby być szczęśliwym, oszukuje swojego brata Ezawa, później oszukuje swojego ojca Izaaka, od którego podstępnie przyjmuje błogosławieństwo. To jest historia człowieka ziemskiego. I co się w nim dzieje?
Kiedy przed Bogiem wyjawia prawdę o sobie, mówiąc że jest Jakubem, wtedy Pan Bóg mówi: dobrze, że poznałeś prawdę o sobie, że wszystko, na czym budowałeś zbankrutowało, rozsypało się, teraz będziesz się nazywał Izrael. Izrael, to znaczy mocny Bogiem, nie mocny kombinowaniem.

Mocny Bogiem
Ty jesteś nauczycielem Izraela i nie wiesz tego, jak to się staje, kiedy człowiek rezygnuje z siebie, kiedy człowiek przyznaje się do prawdy o sobie, kiedy człowiek zobaczy, że to wszystko, w czym pokładał nadzieję, tak naprawdę się rozsypuje? Wtedy dopiero może stać się człowiekiem według ducha, a nie tylko według ciała, bo dotychczas budował na tym, co cielesne, a teraz może stać się według ducha, czyli dać się prowadzić Bogu.
To widać także w modlitwie. Jaka jest różnica między modlitwą wierzącego, a modlitwą poganina? Poganin mówi Panu Bogu, co On ma w jego życiu zrobić. Poganin wie, co jest dobre dla niego. Tak naprawdę to poganin jest Bogiem. .
Natomiast człowiek według ducha daje się prowadzić Bogu, bo wie, że Bóg go kocha, i wierzy, że cokolwiek się wydarzy w jego życiu, to będzie dla jego dobra.
Pan Bóg niczego nie zabiera Jakubowi, przeciwnie, staje się on Izraelem, nowym człowiekiem, który zaczyna pokładać nadzieję w Bogu. Staje się człowiekiem według ducha. Dlatego Jezus mówi, ty jesteś nauczycielem Izraela i tego nie wiesz? Nauczyciel Izraela powinien wiedzieć, jaka jest droga wyjścia z niewoli do wolności, że to Bóg wyprowadza, że człowiek sam się nie wyzwoli. Izraelici sami weszli do Egiptu, ale to już Bóg ich stamtąd wyprowadził. Sami się nie wyprowadzili.

Sprawy ziemskie i niebieskie
„Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci, że to mówimy, co wiemy, i o tym świadczymy, cośmy widzieli, a świadectwa naszego nie przyjmujecie. Jeżeli wam mówię o tym, co jest ziemskie, a nie wierzycie, to jakżeż uwierzycie temu, co wam powiem o sprawach niebieskich?”
Jeżeli wam mówię o tym, co ziemskie, czyli o tym, co było zapisane w Piśmie Świętym, że Pan Bóg zmieni serce człowieka, że to, co było cielesne, stanie się duchowe, co było zapisane w Prawie i u Proroków, a nie wierzycie. To jakże uwierzycie temu, co wam powiem o sprawach niebieskich?

Izraelici na pustyni
„I nikt nie wstąpił do nieba, oprócz Tego, który z nieba zstąpił – Syna Człowieczego.”
Bóg chce nam wszystko dać. On przychodzi, bo nas kocha.
Jezus mówi bardzo ważne słowa: „A jak Mojżesz wywyższył węża na pustyni, tak potrzeba, by wywyższono Syna Człowieczego, aby każdy, kto w Niego wierzy, miał życie wieczne”.
Sięgnijmy do wydarzenia, ze Starego Testamentu. Izraelici wyszli z Egiptu, szli przez pustynię i w sercach swoim zaczynali narzekać na Pana Boga, bo nie ma cebuli, czosnku, melonów, ryb. Jest manna, i przepiórki, ale narzekają. Mają w sercu pretensje, szemrają.
Pan Bóg spuścił na nie węże o jadzie palącym, które ich kąsały i umierali. Co to znaczy? Czym są te węże. Węże to są te grzechy, które nas zabijają. Syk węża, to są pretensje, narzekanie, szemranie…
Pan Bóg dał mi takiego męża, taką żonę, chorobę… Ciągłe pretensje, narzekanie, niezadowolenie. To jest ten syk węża. To wszystko dokonuje się gdzieś głęboko w sercu. Nawet na wierzch nie wychodzi. To jest źródło wszystkich grzechów. I co trzeba zrobić?
Izraelici przychodzą do Mojżesza, bo widzą, że umierają. Oni umierali ciałem, a my umieramy duchem
Bo człowiek umiera, kiedy ma pretensje, kiedy jest niezadowolony, kiedy jest wściekły, kiedy nie przebacza… To jest zaczyn grzechu pożądliwości, który jest w nas. Ciągłe niezadowolenie to jest to zgrzytanie zębów.

Zgrzytanie zębami
Jest w Ewangelii mowa o gospodarzu, który zaprosił do siebie na ucztę. Jedni się wymawiali i drudzy też. Wtedy kazał zawołać na ucztę złych i dobrych, aż sala się cała wypełni. Kiedy uczta była gotowa, wszedł gospodarz i zobaczył człowieka, który nie był ubrany w szatę weselną. Co to za człowiek nie ubrany w szatę weselną? To jest taki człowiek, o którym mówimy. Człowiek, który przychodzi na wesele i cały czas ma pretensje, że nie jest tak, jak powinno: trochę przesolone, trochę niedosolone, grają, ale mogli by zagrać co innego, śpiewają, ale mogli by inaczej. Cały czas jest niezadowolony, cały czas ma pretensje w sercu. Cały czas jest na nie! To jest człowiek, który ma w sobie płacz i zgrzytanie zębów, czyli ma w sobie piekło! To są właśnie te węże, które kąsają człowieka, które nas niszczą w środku. One nie są na zewnątrz, one są w środku, wewnątrz.

Wąż miedziany
Proszą Mojżesza, aby wstawił się za nimi. A Pan Bóg mu mówi, aby zrobili węża miedzianego i umieścili go na wysokim palu. I wszyscy, którzy na niego popatrzą, będą uzdrowieni. Mojżesz robi tego węża i wszyscy, którzy popatrzyli na niego, byli uzdrowieni, już one ich nie niszczyły. Jad ich nie zabijał. Zobaczmy, do czego Jezus się porównuje! „Jak Mojżesz wywyższył węża na pustyni, tak trzeba, by wywyższono Syna Człowieczego, aby każdy, kto w Niego wierzy, miał życie wieczne”.
Jezus przyrównuje się do tego węża. Możemy się tym zgorszyć bardzo mocno. Co to znaczy?
Pan Bóg może nas wyzwolić od śmierci, bo On jest życiem. Bóg może nas wyzwolić od szatana, bo On jest Bogiem. Ale Pan Bóg nie może nas wyzwolić od czegoś, z tego my nie chcemy być wyzwoleni, czyli od naszego grzechu. Co trzeba zrobić? Grzech, który jest w sercu, mamy wydobyć na wierzch, abyśmy go zobaczyli.
Jezus po to właśnie umiera na krzyżu, żebyśmy zobaczyli, co grzech robi z nami, żebyśmy zobaczyli zło grzechu. Na krzyżu widzimy, co grzech zrobił z Jezusem. W filmie Mela Gibsona było widać bardzo realistycznie.
Grzech robi ze mną to samo, dopóki ja mam go w środku. Dlatego trzeba go wyciągnąć, trzeba go zobaczyć i trzeba się przerazić, co ten grzech zrobił ze mną. Święty Paweł powie, że Ojciec Niebieski grzechem uczynił tego, który nie znał grzechu. Czyli kogo? Jezusa Chrystusa!
Jezus wszystkie grzechy bierze na siebie, żebyśmy je zobaczyli, żeby już się nam ode chciało grzeszyć. Żebyśmy tego węża, który jest w sercu, wyciągnęli na wierzch, żebyśmy już go nie chcieli. Żebyśmy go zobaczyli i oddali Jezusowi, który go bierze po to, żeby w Jego ciele umarł. Mój grzech!
Jezus na krzyżu pokazuje zło grzechu. Widzimy, co ten grzech robi z Jezusem. To jest mój i twój grzech. Ale Jezus na krzyżu pokazuje nam miłość Boga. Jezus mnie tak umiłował, że wziął na siebie moje grzechy. To On da mi życie wieczne.

Życie wieczne
Kto w Niego wierzy, będzie miał życie wieczne.
Kto ma w sobie życie wieczne, to już nie będzie narzekał, nie będzie w nim złości, wściekłości, pretensji. On będzie błogosławił Boga za wszystko, cokolwiek się zdarza.
Życie wieczne to jest pokój, radość, miłość, to zaufanie Jezusowi. Życie wieczne zaczyna się już na ziemi. Tutaj! Jeżeli błogosławimy Boga w każdej sytuacji, a nie przeklinamy, to już mamy życie wieczne w sobie, już mamy niebo w sobie. To prawda, że wśród cierpień, ale mamy w sobie już życie wieczne, czyli to, co jest w Bogu. Mamy w sobie Jego miłość, Jego istotę.
Kiedy popatrzymy na Syna Człowieczego, na miłość, jaką ma Bóg do nas i kiedy w nią uwierzymy, to wtedy zaczyna się w nas życie wieczne. Kiedy oddamy Mu tego węża, który jest w naszym sercu, który nas kąsa, to wtedy już się zaczyna pierwszy krok do życia wiecznego. Pierwszy nie oznacza, że ostatni.

Bóg nas kocha
Kiedy uwierzymy, że Bóg nas kocha jako grzeszników, właśnie takich, to wtedy mamy już w sobie życie wieczne, wtedy już narodziliśmy się z ducha, albo rodzimy się z ducha. Już nie żyjemy według ciała, tylko według ducha.
W Nikodemie to, co ludzkie, zostało zwyciężone. Żeby w nas zwyciężyło to, co jest duchowe. A będzie to możliwe wtedy, kiedy wyciągniemy węża z serca, kiedy go przede wszystkim zobaczymy, oddamy go Chrystusowi i uwierzymy, że On nas tak nas umiłował, że wziął to wszystko na siebie, żeby nas zbawić.

19 września 2021

Wszystko pod osłoną Maryi

Z Księdzem Arcybiskupem Salvatore Pennacchio, nuncjuszem apostolskim w Polsce, rozmawia ks. Bohdan Dutko MS

Rozmawiamy 19 września w 175. rocznicę objawienia Matki Bożej w La Salette, ale jest to także 45. rocznica święceń kapłańskich Jego Ekscelencji. Jak to się stało, że właśnie ta data?
19 września to wyjątkowa data w archidiecezji neapolitańskiej, ale także dla całego regionu Kampanii. Pochodzę z Aversa, gdzie w szczególny sposób obchodzone jest święto św. Januarego (San Gennaro). Św. January jest patronem Neapolu znanym na całym świecie z powodu cudów, na które oczekuje się zawsze jako na znak ojcowskiej troski Pana. Te cuda, gdy się nie wydarzają są czasem także mocnym znakiem wzywającym do nawrócenia i skruchy.

A zatem uroczystości dębowieckie są szczególne…
175 lat temu miał miejsce cud św. Januarego i 175 lat temu Matka Boża ukazała się dzieciom w La Salette. Dlatego wielką radość sprawiło mi zaproszenie przez ojców saletynów przewodniczeniu tej wyjątkowej okazji.

Jeszcze jedną dodatkową okolicznością jest 25−lecie koronacji łaskami słynącej figury Matki Bożej w Dębowcu. Czuję się bardzo zaszczycony tym zaproszeniem. Od czasu mojego przyjazdu do Polski – pięć lat temu – nawiedziłem wiele sanktuariów. Z utęsknieniem wyczekiwałem także tej wizyty, aby być świadkiem wiary przybywających tu pielgrzymów. Widzę to sanktuarium jako ważne centrum maryjne.

Czy to pierwszy kontakt ze zgromadzeniem misjonarzy saletynów?
Ojcowie saletyni nie są dla mnie jakimś nowym odkryciem tu w Polsce. Szczególnie pamiętam pierwsze spotkanie z saletynami, a było to w Myanmar w diecezji Mandalay. Pamiętam ojca Bernarda. Przewodniczył konferencji zwierzchników religijnych w Myanmar. Stworzył Centrum Maryjne w diecezji Mandalay, które jest nie tylko centrum pielgrzymkowym, lecz przede wszystkim centrum dla prezbiterów, dla zakonnic, dla laikatu, dla osób konsekrowanych. Podziwiałem działanie tego ojca misjonarza. Choć bycie tam świadkiem nie jest łatwe, jednak odwaga ojców saletynów wprawiała mnie w podziw, dlatego z przyjemnością przyjechałem do Dębowca. Poznałem wtedy także ojca superiora generalnego zgromadzenia, który wizytował to dzieło w Myanmar. Miałem też przyjemność odwiedzić Grenoble i tam miałem możliwość lepiej poznać kim są saletyni.

Jaki wpływ na powołanie Księdza Arcybiskupa miała Maryja?
W Pompejach jest sanktuarium maryjne, do którego chodziłem już jako dziecko, gdyż znajduje się niedaleko mojego domu. Dzięki Madonnie z Pompejów jestem dzisiaj księdzem, biskupem i nuncjuszem apostolskim. Madonna mnie prowadziła w moim kapłańskim powołaniu. Uczęszczałem do szkoły podstawowej prowadzonej przez Siostry Miłosierdzia w Giuliano, moim rodzinnym miasteczku. To był ostatni rok. Pewnego dnia siostra objaśniała fragment Ewangelii: „Żniwo wielkie, ale robotników mało”. Zaczęła mówić o powołaniu do kapłaństwa, o konieczności posłania robotników do winnicy Pańskiej. Od tego momentu zapaliło się we mnie światełko powołania do kapłaństwa. Dzień później rozmawiałem z tą zakonnicą mówiąc jej: „usłyszałem w sobie coś, co mnie woła na tę drogę. Co mam zrobić?” Ona mi podała bardzo prostą receptę. W klasztorze jest kapliczka i po południu pozwalam ci przebywać w niej przez 10 minut, abyś się pomodlił do Maryi. Madonna z Pompejów jest Matką Bożą dobrej Rady. Wzywaj Ducha Świętego. To był zalążek powołania.

Gdy miałem osiemnaście lat pojechałem do Lourdes. Tam był kluczowy moment rozeznania powołania. Stojąc przed Maryją zrozumiałem, że to znak, że Pan chce, abym niósł Ewangelię światu. Tego dnia trzymałem na rękach dziecko chore na polio, które mnie poprosiło: zanieś mnie do Mamy, zanieś mnie do Mamy. Kiedy byliśmy przed grotą wtedy słyszałem w sobie to mocne „tak”. To ja mam nosić ludzi do Chrystusa i Maryi. Mam być najpiękniejszym pojazdem, jakim można być w tej misji.

Maryja towarzyszyła mi w każdej godzinie mojej drogi. W każdym momencie mojego życia czułem Jej mocną obecność. Od narodzenia, ponieważ urodziłem się 8 września, w dniu narodzin Maryi i tego dnia zostałem ochrzczony.

Znak maryjny pojawia się także w znaku biskupim Księdza Nuncjusza…
Tak. Jest tam gwiazda, która oznacza pobożność maryjną. Oprócz trzech pagórków, które są znakiem Przemienienia są także słowa „Nie lękajcie się, otwórzcie drzwi Chrystusowi”. To są także słowa, które wypowiedziała Maryja w La Salette do dzieci – nie lękajcie się otworzyć drzwi Chrystusowi. Tymi słowami Jan Paweł II zwrócił się do ludzi w dniu swojego wyboru na papieża. Potem jest krzyż – znak męczeństwa, świadectwo w moim biskupim motto, a także róża – znak naszej służby, jaką jest miłość. Wszystko pod osłoną Maryi.

Maryja w La Salette wzywa nas do…
Nawrócenia i pokuty. Łzy Matki pomagają nam zrozumieć, jak bardzo ważny jest żal za grzechy. W katechizmie podkreśla się różne punkty nawrócenia. Dzisiaj jednak trudno ludziom jest tak płakać, o czym mówił papież Franciszek przywołując przykład osoby, która płacze nad swoimi grzechami. Mówił: nauczmy się płakać. Będąc chrześcijaninem trzeba umieć płakać nad sobą. Bardzo jest ważny żal za grzechy, opłakiwanie swoich grzechów, bo ono pomaga nam otwierać oczy na nasze słabości i ułomności. My wolimy raczej otwierać oczy innym, a sami chętnie się bronimy, krytykujemy innych, szemrzemy. Powinniśmy natomiast płakać i mówić: „Panie, przebacz mi”.

Z drugiej strony mamy Pana, który jest zawsze miłosierny i dobry. Jest ojcem, który, jak Matka miłosierdzia, jest Ojcem miłosierdzia. Matka łączy nas z Synem. Mamy bardzo piękne przykłady świętych, np. św. Monika, matka św. Augustyna. Jej łzy i modlitwa doprowadziły do nawrócenia jej syna. Takie są także łzy naszych matek. Podobnie jak nasza niebieska Matka, jest wiele świętych matek, które widzą, że ich dzieci nie zachowują się dobrze, nie znajdują się na właściwej ścieżce. Jest wiele łez matek, wiernych Słowu Bożemu, które modlą się za swoje dzieci, aby weszły na właściwą drogę.

Takie przesłanie płynie do nas z orędzia w La Salette także w naszych trudnych czasach. Również my znajdujemy się w bardzo trudnej sytuacji, abyśmy mogli dostrzec w nas ludzki wymiar i powierzyć się Panu. Z drugiej strony musimy znać nasze ograniczenia i być ufni w pomoc Boga, bo – jak mówił papież Franciszek – „jesteśmy wszyscy na tej samej łodzi”.

Tak więc orędzie, które płynie z La Salette jest bardzo piękne. Obraz Maryi, która płacze, która wskazuje nam Chrystusa obecnego w świetle. Maksymin i Melania zobaczyli silne światło pochodzące od Chrystusa, to światło do którego się można uciec, które nas otacza. To światło to łaska, to światło nadziei, światło paschalne…

Maryja w La Salette ubrana jest w strój ówczesnych kobiet z tamtego górskiego regionu. Czy możemy powiedzieć, że Maryja ukazuje nam drogę inkulturacji w ewangelizacji?

Opatrzność Boża sprawiła, że przejechałem prawie cały świat, prawie wszystkie kontynenty; od Panamy przez Etiopię, Australię, Turcję, Egipt, Jugosławię, Irlandię. Potem, jako nuncjusz byłem w Rwandzie w Afryce. Byłem także na dalekim wschodzie. Przez czternaście czy piętnaście lat byłem w Tajlandii, Birmie, Laosie, Kambodży i Malezji. Potem w Indiach, a także w Nepalu. Wszędzie starałem się gromadzić lokalne znaki (oczywiście bez przesady), które mówiły o życiu Ewangelią. To się nazywa inkulturacja. Cały czas we właściwy sposób, nie popadając w przesadę.

Maryja w La Salette ukazała się w lokalnym stroju, takim jaki widziałem w Korei czy w Tajlandii, bądź w Indiach. I to były bardzo mocne znaki. W Korei, a szczególnie w Kibeho w Rwandzie, gdzie objawiła się Matka Boża. Byłem wtedy nuncjuszem apostolskim. Miałem szczęście śledzić ten proces i uczestniczyć w oficjalnym ogłoszeniu przez biskupa Misago w Kibeho autentyczności objawień. To był czas wielkiej radości. Jest to miejsce maryjne bardzo znane w Afryce, która była świadkiem wielkiej tragedii ludobójstwa i ogromnej brutalności. Teraz jest tam ciągle głoszone orędzie pojednania. To pojednanie miłości. Księża pallotyni, także z Polski, stworzyli tam Centrum Pojednania i Pokoju.

La Salette zostało nazwane przez pielgrzymów sanktuarium pojednania. Także Maryja nazywana jest Matką pojednania…
Chciałbym przypomnieć jedno zdanie z Adhortacji Apostolskiej Reconciliatio et paenitentia Pawła II, w którym jest mowa o Maryi jako Matce Pojednania, które mówi, że w rzeczywistości Maryja stała się sojusznikiem Boga w dziele pojednania na mocy swojego Bożego macierzyństwa. To bardzo mocne zdanie.

W La Salette Maryja kończy swoje przesłanie wezwaniem do misji: „A więc Moje dzieci ogłoście to całemu Memu ludowi”.
To jest wezwanie do obowiązku misyjnego saletynów nie tylko w Europie, lecz przede wszystkim w Azji, a także w Afryce. Ojcowie saletyni niosą z odwagą orędzie Maryi z La Salette, które jest orędziem Chrystusa. Chrystus musi być w centrum naszej misji. To On w niej powinien się objawić. Często my, pyszni, mówimy: zrobiłem to czy tamto, a przecież to Chrystus stoi w centrum naszego życia. Maryja na Niego wskazuje, także w La Salette.

Nadchodzące wydarzenia
25
SIE
Rekolekcje o spowiedzi i ze spowiedzią generalną

Zapraszamy na: REKOLEKCJE – o spowiedzi i przygotowujące do... czytaj więcej

Godzina rozpoczęcia 18:45

03
WRZ
Szkoła Biblijna – spotkanie 2

Program Szkoły Biblijnej Piątek: Godz. 18.00 –... czytaj więcej

Godzina rozpoczęcia 18:00

30
WRZ
Różańcowe Dni Skupienia

Różańcowe Dni Skupienia Termin:  30 września - 2... czytaj więcej

Godzina rozpoczęcia 15:00

„Panie i Boże mój, panujący na świecie obyczaj próżności i widok ludzi za nim idących wszystko niweczy. Taka bowiem w nas martwa wiara, że raczej wierzymy w to, co widzimy, niż w to, czego ona naucza. Wielką nędzę cierpią ci, którzy żyją oddani wyłącznie tym rzeczom widzialnym… O Panie mój, jak bardzo tu potrzebna jest pomoc Twoja, bez której nic uczynić nic możemy.”
(św. Teresa od Jezusa)

 

 
"