Kategoria Spotkania Centrum Pojednania La Salette, Dębowiec
Varia   ❯   Spotkania
12 stycznia 2019

Kto wie, co Pan Bóg wymyśli…

Z ks. Wojciechem Węgrzyniakiem, wykładowcą Pisma Świętego na Papieskim Uniwersytecie Jana Pawła II w Krakowie rozmawia ks. Bohdan Dutko MS

Pamiętasz moment, kiedy zakochałeś się w Słowie Bożym?

Były trzy takie momenty. Pierwszy jeszcze w podstawówce. Babcia opowiadała mi o Józefie Egipskim, a jej mąż miał na imię Józef. Ta historia bardzo mi się spodobała. Później dziadkowie kupili dla młodszego rodzeństwa Biblię dla młodych, która mi się bardzo podobała. Były tam opowiadania…

Drugi moment był w ósmej klasie szkoły podstawowej. Nie wiem, skąd wziął się u mnie pomysł, żeby przeczytać całą Biblię… Ponieważ bardzo lubiłem matematykę, obliczyłem, że jeśli będę czytał dwa rozdziały dziennie, to mi zajmie dwa lata i dziesięć miesięcy. Wtedy po raz pierwszy przeczytałem Biblię.

A trzeci moment był po maturze. Była u nas w parafii Oaza z diecezji wrocławskiej, mocno odnawiająca się w Duchu Świętym i bardzo nastawiona na Pismo Święte. Prowadzący był biblistą. Oni nauczyli mnie duchowego otwarcia się na Słowo. Pamiętam, że zanim poszedłem do seminarium, to w Nowym Testamencie podkreśliłem kolorami słowa o miłości na czerwono, o wolności na niebiesko, a o Duchu Świętym na żółto. Miałem pewnie z dziesięć kolorów na oznakowanie różnych tematów.

Słowo Boże jest oblubienicą twojego życia, obcujesz z nim każdego dnia?

Każdego dnia mam kontakt ze Słowem Bożym, chociażby przez Liturgię Godzin czy Mszę św. Ale były okresy w moim życiu, kiedy dużo bardziej „siedziałem” w Piśmie Świętym i dużo więcej rozmyślałem. Teraz jest to element mojej pracy naukowej. A jak mąż dużo pracuje, to nie zawsze ma ochotę, żeby z żoną – oblubienicą posiedzieć. Brakuje tych czasów, kiedy była tylko oblubienicą, a nie tylko współpracownicą.

Czy w pokoju biblisty Biblia zajmuje centralne miejsce?

W moim pokoju przed oknem po lewej stronie jest klęcznik zrobiony przez tatę, stolarza – to jest podarunek na prymicję. Nad nim wisi przywieziona z Jerozolimy ikona Jezusa z winnego krzewu, a po prawej stronie na drugim pulpicie jest otwarte Pismo Święte w języku hebrajskim, które czytam na stojąco i na głos i w miarę możliwości uczyć się na pamięć. Uczenie się na pamięć prowadzi do lepszego skupienia się. To jest Stary Testament. Nowy Testament jest w drugim pokoju, gdzie pracuję, ale rzeczywiście mniej do niego zaglądam…

Papież Franciszek we wprowadzeniu do Biblii dla młodych napisał, że przez pięćdziesiąt lat ma tę samą Biblię, a Twoja ile liczy lat?

Biblia Tysiąclecia, wydanie III, była moją pierwszą Biblią. Miałem ja od pierwszej klasy podstawówki, potem w liceum. Cały czas z niej korzystałem aż do studiów. Była najbardziej zniszczona, nawet okładki przemalowałem, żeby wyglądała lepiej. Jak poszedłem na studia, zacząłem używać wydań w innych językach, przede wszystkim po grecku i hebrajsku. Dziś korzystam z programu komputerowego, który daje tekst po grecku, hebrajsku i po polsku. Jest to moja codzienna Biblia, ale tu nie widać, czy się postarzała. Jedynie Pan Bóg wie, ile razy tam wchodzę i jak długo przy niej trwam.

Tamtą pierwszą Biblię całowałem, dla niej miałem szczególny szacunek… Rozumiem papieża Franciszka, bo używając jednej Biblii – papierowej, byłem w stanie powiedzieć, co było na której stronie. W seminarium czytałem dziennie po pięć rozdziałów z Nowego i Starego Testamentu, tak że przez sześć lat przeczytałem w ten sposób Stary Testament raz na rok, a Nowy siedem razy na rok. Taki miałem system, żeby lepiej poznać Biblię.

ks. Wojciech Węgrzyniak / foto. ks. Bohdan Dutko MS

Trochę żałuję, że odszedłem od tej mojej Biblii Tysiąclecia, ze względów praktycznych. Dzisiaj dużo więcej czytam w oryginale, w sensie takim, że jak rozmyślam, to nigdy nie używam tekstu polskiego, zawsze otwieram tekst hebrajski albo grecki.

Pewna kobieta powiedziała mi, że kiedy słyszy księdza głoszącego homilię, to poznaje, czy ten ksiądz słyszy Słowo Boże. Kiedy Pan otworzył Ci ucho, abyś słyszał Słowo Boże?

Na pewno w klasie maturalnej. Wcześniej czytałem informacyjnie, dużo się wtedy dowiedziałem. W I klasie liceum polonista był zdziwiony, gdyż Księgę Hioba potrafiłem streścić na dziesięciu stronach. W klasie maturalnej przyszło doświadczenie Boga Żywego. Klęcząc przez dwie godziny na adoracji, otwierałem Pismo Święte i mogłem się modlić jednym zdaniem. Odczuwałem, jakby ktoś ze mną rozmawiał. Wrażenie, że Bóg stoi za tym Słowem, mam do dziś.

Co myślisz o otwieraniu biblii na chybił trafił?

Nie bójmy się otwierać Słowa na chybił trafił. To jest jedna z metod czytania Pisma Świętego. Moje początki były bardzo śmieszne: pewien ksiądz zachęcał, żeby otwierać Pismo, gdzie się trafi, więc modliłem się, mówiąc: Duchu Święty, tak bardzo Cię proszę… otworzył się Wstęp do Ewangelii. Mówiłem, Duchu Święty, nie chodzi o wstępy, tylko o Pismo Święte. Pomodliłem się jeszcze raz. I co? Wstęp do Ksiąg Prorockich. Wtedy powiedziałam sobie: aha, Panie Boże, może Ty mi chcesz powiedzieć: Węgrzyniak, ty się zajmij wstępem, a nie Słowem Bożym. Jak ty nie wiesz pewnych rzeczy, to za wcześnie na Pismo…

Kiedyś prowadziłem w Nowej Hucie rekolekcje o Słowie Bożym dla studentów i na zakończenie dzielili się oni tym, co do nich najbardziej przemówiło. Okazało się, że z tych wszystkich konferencji nic. A co najbardziej dotarło? Wieczorem każdy mógł sobie wybrać z przygotowany wcześniej cytat z Pisma Świętego i pomyśleć o nim na półgodzinnej adoracji ze świadomością, że to Słowo jest do niego.

Mówiłem wtedy, że niesamowitą rzeczą jest nie to, co Bóg mówi do nas, ale to, co Bóg mówi do mnie. Oni dlatego się tym przejęli, bo zrozumieli, że to jest nie do wszystkich, ale do każdego z nich. Więc w tym sensie wybór na chybił trafił czasem jest fajną rzeczą, bo daje świadomość, że Bóg mówi do mnie.

Pani kucharka z Nowej Wsi na jednych z pierwszych rekolekcji z chorymi, na których byłem jeszcze jako kleryk, opowiadała, że codziennie, zanim pójdzie spać, otwiera Ewangelię, bo jest ciekawa, co Pan Jezus powie jej na dobranoc.

Profesor Świderkówna ostatnie lata swojego życia poświęciła na pisanie tylko o Piśmie  Świętym wyjaśniając, że jest na to bardzo duże zapotrzebowanie. Zgadzasz się z tym stwierdzeniem?

Absolutnie tak. Dziś bardzo dużo ludzi czyta Biblię i chcą pogłębionej lektury, a brakuje konferencji, kursów i książek, które byłyby pomocą. Od siedmiu lat prowadzę w Krakowie Kręgi Biblijne (4 grupy po 25 osób) i co roku brakuje miejsc dla wszystkich chętnych. Pogłębiać wiedzę chcą ci, którzy zakosztowali smaku Biblii. Problem największy jest w tym, żeby ludzi rozkochać w Piśmie.

Coraz częściej w kościołach głoszone są codzienne homilie…

U nas w parafii głosimy codzienną homilię o godz. 13 i 19.30, rano nie. Z jednej strony, jako stary ministrant i lektor tęsknię za takimi mszami, gdzie nie ma żadnego komentarza, gdzie jest sama Liturgia. Bardzo lubię Mszę o godz. 7.00 rano, kiedy jest cisza, gdzie jest pewien rytm niezaburzony przez księdza. Jeśli ksiądz mówi homilię, to trzeba, żeby miał coś do powiedzenia, żeby to się nie przeradzało w nie wiadomo jakie gadanie. Nie wiem, jak to wierni odbierają, trzeba by ich zapytać.

Codzienne mówienie homilii jest dla księdza bardzo dobrym ćwiczeniem, bo jeśli ksiądz po przeczytaniu Ewangelii nie jest w stanie powiedzieć dwóch czy trzech zdań od siebie, to kiepsko… po sześciu latach teologii, po codziennym kontakcie z Bogiem?

Mam wrażenie, że dziś w Kościele bardziej akcentuje się błogosławionych pełniących uczynki miłosierdzia niż słuchających Słowa. Łatwiej zostać błogosławionym przez uczynki miłosierdzia czy przez słuchanie Słowa?

Zgadzam się. Z pewnością łatwiej jest robić niż słuchać, bo robienie jest takie namacalne. Łatwiej jest zrobić kanapkę ubogiemu niż posłuchać go, czy pogadać z nim. Myślę, że ważne jest, aby dostrzec charyzmaty w Kościele, są ludzie, którzy mają charyzmat do uczynków miłosierdzia, jak św. brat Albert, i są ludzie, którzy mają charyzmat do słuchania Słowa, chociażby św. Ignacy Loyola. Każdy człowiek musi rozeznać charyzmat, którym został obdarowany.

Jak rozkochać się w Słowie, jak rozpalić ogień miłości do Słowa, tęsknotę za nim?

To chyba najważniejsze i najtrudniejsze pytanie, bo jest w rodzaju pytania, jak  rozkochać żonę po iluś latach małżeństwa, czy jak rozkochać męża? Odpowiedź zależy od każdego człowieka i dla każdej pary jest inna.

Z pewnością trzeba znaleźć czas i miejsce, żeby pobyć sam na sam z Pismem św. Może pojechać na rekolekcje ignacjańskie i doświadczyć ciszy, skupienia i medytacji. W innym przypadku trzeba po prostu nawrócić się, zostawić grzechy, zacząć chodzić do spowiedzi i częściej przystępować do komunii św. Wtedy siłą tego nawrócenia człowiek bardziej pokocha Słowo. W innym przypadku trzeba odbyć solidną rozmowę z Jezusem i zapytać, czy mi na Nim zależy, czy ja Go w ogóle kocham, czy ja Go chcę poznawać? Bo jeżeli ja Go nie chcę poznać jako osobę, jak w ogóle o Nim nie myślę, to Jego słowa też mnie nie interesują. Przecież jak mnie koleżanka nie interesuje, to mogę pięć minut posłuchać co mówi, ale dłużej raczej nie.

Musimy ciągle szukać Jezusa, żeby Go spotkać i kochać. Kiedyś w mojej rodzinnej miejscowości odbywały się rekolekcje oazowe, podczas których pewna dziewczyna została uwolniona od złego ducha. To było bardzo dawno temu, ale zapamiętałem jedno, że po modlitwie uwolnienia ksiądz prosił dla tej dziewczyny o Pismo Święte. Dałem Ewangelię wg św. Łukasza, takie małe wydanie, które ona czytała wszędzie, podczas śniadania, obiadu, na przerwie, po prostu tak, jak się dzisiaj czyta sms-y od znajomych, od ukochanych. Pragnęła sprawdzić, co tam jest ciekawego. Wtedy pomyślałem, że to jest właśnie to!

Może mało kochamy Jezusa, staliśmy się obojętni, dlatego potrzebujemy Pisma Świętego. Możemy je kupić także z większym drukiem, albo wersję w MP3, audiobook do słuchania. Trzeba znaleźć swoją metodę, może uczyć się na pamięć pewnych fragmentów, może czytać rozdziałami. Pismo Święte jest jak skarbnica, która posiada ponad trzydzieści tysięcy wersetów, każdy z nich może nam dużo dać do myślenia. W tym gąszczu myśli można znaleźć coś dla siebie, trochę jak w galerii, trzeba pochodzić i poszukać…

Jak dobrze czytać Pismo Święte?

Czytanie Pisma Świętego ma prowadzić do miłości Boga i bliźniego. Jeżeli tak czytasz, że bardziej kochasz Boga i bliźniego, to dobrze czytasz. Ale nawet kiedy źle czytasz, nawet kiedy nie rozumiesz tak, jak egzegeci – to dobrze, że czytasz, bo chodzi o miłość.

My szukamy Jezusa, ale też i Jezus nas szuka. Jak możemy dać się znaleźć?

Dzisiaj w parafiach są różne oferty: kursy ewangelizacyjne, katechezy, wspólnoty, grupy, ruchy charyzmatyczne. Wystarczy pójść. Jednak mamy czasem taką barierę, że nam się nie chce. Mnie naprawdę, prawie nigdy się nic nie chce, ale jak się zmuszę, to później zawsze jestem zadowolony. Pójdź chociaż raz na jakieś spotkanie duszpasterskie, albo raz na rok w Wielkim Poście i zobacz coś nowego, może po dziesięciu latach zaskoczy.

Czym dla ciebie w ogóle jest Słowo?

Słowo jest dla mnie spotkaniem z Bogiem, spotkaniem z osobą. Jest jakby twarzą… Bóg jest niewidzialny, ja Go nie widzę, ale ja Go słyszę w Słowie i wyobrażam sobie, jaki On jest.

Słowo jest dla mnie lustrem. W lustrze widzi się wszystko, co jest w rzeczywistości, i jedną rzecz więcej – swoją własną twarz. A że moja twarz jest stworzona na obraz i podobieństwo Boga, ja w tej twarzy widzę Boga.

To w Jego twarzy odkrywam siebie. Zaczynam się zastanawiać, jak ja Go widzę? Skoro Biblia jest lustrem, to ja nie mogę mieć pretensji, że w Biblii są zabójstwa, że w lustrze w łazience jest brudny ręcznik. Nie mogę mieć pretensji, że tynk jest zdrapany. Ludzie robią duży błąd mówiąc: jejku, dlaczego w Biblii są morderstwa? Bo to jest lustro, które pokazuje, jak Bóg dzieli się z nami błogosławieństwami, dzieli się ze świętymi, z herosami i z grzesznikami. Pokazuje nam, jak żyć w tym świecie, który jest  nasz. Lustro jest od tego, żeby się poprawiać, więc patrzymy na nie i się poprawiamy, albo się bulwersujemy.

Możemy uciec się jeszcze do innych metafor czy obrazów?

Pokarm. Bardzo lubię ten obraz, bo nie samym suchym chlebem żyje człowiek, ale także Słowem Bożym. Pokarm pokazuje, że muszę go spożywać często, ale też pokazuje, że nie muszę jeść wszystko. Ja nie lubię flaczków i nie jadam ich. Jest wystarczająco dużo wersetów, żebyś przeżył. Ten pokarm mówi mi: nie bój się być selektywny. Bóg się nie obrazi na ciebie, że nie jadłeś pewnych roślin, chociaż są jadalne, że nie jadłeś pewnych owoców, chociaż też są jadalne. Bogu zależy, żeby twoja dusza przeżyła, więc szukaj w Biblii tych wersetów, które są dobre, żeby karmiły twoją duszę.

A metafora ognia?

Nigdy nie myślałem o tej metaforze. Myślałem jeszcze o domu. Sobór Watykański II mówi, że kiedy człowiek czyta Pismo Święte, to wtedy Bóg Ojciec spotyka się ze swoimi dziećmi i prowadzi z nimi miłosną rozmowę. Pismo Święte jest domem. Jak chcesz się spotkać z tatą, wejdź do domu, bo on tam czeka. Na modlitwie gadamy my. A w Piśmie Świętym mówi On. Wchodzisz do tego domu i siadasz przy Nim. Tato, co masz mi do powiedzenia, jaką historię mi opowiesz… i słucham mojego taty.

Rabini nauczają, że Słowo Boże ma zawsze zaskakiwać człowieka. Czy tak jest też z Tobą, biblistą?

Nigdy mi się nie zdarzyło, żebym się nudził, żeby Biblia nie powiedziała mi coś nowego, nie rzuciła jakiegoś nowego światła… Mówię: Boże, tyle razy to czytałem, a nie zwróciłem uwagi.

Św. Jan Paweł II umierał słuchając Ewangelii wg  św. Jana czytanej przez ks. prof. Stycznia… Też chciałbyś tak odchodzić?

Jako biblista nigdy nie modliłem się o to, żeby umrzeć przy Słowie. Myślałem, że może w kościele, w konfesjonale, ale kto wie, co Pan Bóg wymyśli…

To jest piękne, że Słowo Boże jest towarzyszem przez całe życie aż do śmierci, miejmy też nadzieję, że na wieczność.

Dziękuję za rozmowę i spotkanie

20 listopada 2018

MARYJA, PIERWSZA KATECHETKA

Z Markiem Mendykiem, biskupem pomocniczym diecezji legnickiej, członkiem Rady Stałej Konferencji Episkopatu Polski i przewodniczącym Komisji Wychowania Katolickiego rozmawia ks. Bohdan Dutko MS

Kiedy zadzwoniłem do Księdza Biskupa z prośbą o przyjazd do Dębowca, usłyszałem: „Moim pragnieniem jest pojechać do Dębowca”. Skąd to pragnienie?

Po pierwsze stąd, że nigdy nie byłem w Dębowcu, a po drugie, że wiele razy dostawałem od saletynów różne zaproszenia i uznałem, że jeśli tym razem powiem nie, to będę miał duży niepokój serca. Wolałem zdobyć się na pewne poświęcenie i wysiłek, którego wcale nie żałuję. Uznałem, że już najwyższy czas, żeby do Dębowca pojechać.

A jakie były początki poznania Matki Bożej z La Salette?

Pierwsze moje spotkania ze Zgromadzeniem Saletynów były przez księdza Piotra Jamioła MS. To były lata 80-e, kiedy jako kleryk przyjeżdżałem na wakacje do niewielkiej wioski na Podkarpaciu, do Kąkolówki, i tam spotykałem Piotra. Ponieważ jest historykiem, więc opowiadał mi dużo o historii Kościoła, a przede wszystkim o historii swojego Zgromadzenia. I tak zrodziło się pragnienie poznania historii saletynów i samego La Salette oraz przesłania i orędzia Matki Bożej.

A co z tego przesłania dotyka, porusza Księdza Biskupa najbardziej?

Łzy. Po raz pierwszy spotkałem Maryję, która płacze. Z czasem odkryłem, że to nie są łzy rozpaczy, ale bardziej łzy zatroskania, smutku, ale też nadziei, że człowiek z łaską Pana Boga może coś ze sobą zrobić. Płacz Maryi powoduje pragnienie przemiany, nawrócenia, skoncentrowania się na Słowie, które Bóg kieruje do człowieka.

La Salette jest dla mnie ciągle miejscem do odkrycia, do odczytania orędzia, które jest nie tyle do świata, do Kościoła w świecie, ile do mnie osobiście.

Maryja jest dla mnie pierwszą katechetką, która objaśnia sprawy Boże w sposób niezwykle prosty i konkretny. Orędzie postrzegam jako osobiste przesłanie Maryi do mnie, do mojego serca. Maryja zachęca, motywuje, a przede wszystkim przestrzega…

Faktycznie, Matka Boża często jest nazywana katechetką… 

Ale jest to katecheza nie tylko dla dzieci, lecz może przede wszystkim dla dorosłych.

Dzieci, świadkowie objawienia, wzrastały w środowisku bez wiary. Ich rodziny były niepraktykujące. Od tamtego czasu upłynęło wiele lat. Czy jednak możemy dostrzec pewne podobieństwo w przeżywaniu wiary przez współczesne dzieci?

Zdecydowanie tak. Od pewnego czasu koncentrujemy się na katechezie szkolnej, idziemy do dzieci, do młodzieży, trochę na uboczu pozostawiamy katechezę dorosłych. Nie chcę powiedzieć, że mamy zlekceważyć katechezę dzieci, zostawić młodych, a iść do rodziców, do dorosłych. Myślę że równolegle trzeba prowadzić ewangelizację czy katechizację osób na poszczególnych etapach dorastania.

Faktem jest, że dzieci katechizowane w szkole otrzymują pewną wiedzę katechizmową czy jakieś doświadczenie religijne, którego wcześniej nie otrzymali w domu. I w tym momencie zamieniają się role – dzieci stają się katechetami dla dorosłych.

Czy Ksiądz Biskup sugeruje, że rodzina nie jest już dziś pierwszym i podstawowym miejscem przekazu wiary?

Bardzo bym chciał, żeby tak było, ale mam wrażenie, że dzisiaj rola rodziców została nadwątlona. W procesie wychowania i przekazie wiary rodzice stoją jakby z boku. Posyłając dzieci do szkoły, posyłając na katechezę, zostawiają ten ważny obszar szkole i Kościołowi.

Nie zagospodarowują sami?

Niestety nie. Musimy na nowo odbudować w rodzicach przekonanie, że to oni pierwsi wychowują, oni pierwsi są odpowiedzialni za przekazywanie wiary swoim dzieciom, a szkoła i Kościół tylko ich wspierają.

Czy Ksiądz Biskup nie ma wrażenia, że katecheza szkolna nie do końca  przynosi pokładaną w niej nadzieję?

Zdecydowanie mam takie wrażenie. Od 28 lat jesteśmy w szkole z katechezą, ale szeroki dostęp do dzieci i młodzieży nie przekłada się na ich zaangażowanie w życie Kościoła, w liturgię. Okazuje się, że to, co robimy przez lata, jest po prostu nieskuteczne.

Czym tak naprawdę jest katecheza szkolna: przekazem wiary, wiedzy religijnej, czy kolejną lekcją wychowania?

To jest katecheza integralna, w której jest wszystko: ewangelizacja, wiedza religijna i wychowanie. Jednak katechizacja szkolna nie przekłada się na życie wiarą. Wchodząc w środowisko szkolne, zrezygnowaliśmy z katechezy parafialnej. Wydaje się, że to był błąd. Dziś koniecznie trzeba w katechizowanych budzić na nowo wiarę. Dwie godziny katechezy szkolnej w tygodniu trzeba wykorzystać ewangelizacyjnie i kontynuować dalszy proces formacyjny w parafii.

Jest faktem, że katecheza moralna otrzymana przez młodych nie jest wstanie przeciwstawić się presji świata, współczesnym trendom, takim jak życie ze sobą bez sakramentu małżeństwa…

To pokazuje, że jest kryzys wiary, która nie jest na tyle mocna, aby poszerzała obszary dobra, przeciwstawiała się temu, co niesie świat. Świat przeżywa kryzys prawdy. Relatywizm moralny prowadzi do sytuacji, w której człowiek sam decyduje o tym, co jest dobre, a co złe, co warto wybrać, co mu się w życiu opłaca. Wielu nie ma zdolności stanąć w prawdzie i odpowiedzialnie postawić sobie pytanie, co będzie jutro. Nie potrafi od siebie wymagać.

Młody człowiek musi też zrozumieć słowa, które Jezus często mówił do swoich uczniów: „Jeśli chcesz iść za mną, bierz swój krzyż i naśladuj mnie”. Jezus nikomu nie obiecywał łatwego życia, bez problemów i bez kryzysów życiowych. Dlatego ciągle aktualne jest zawołanie św. Jana Pawła II do młodych: „Wymagajcie od siebie, nawet gdyby inni od was nie wymagali”.

Myślę, że w katechezie szkolnej muszą paść ważne pytania: po co żyję, jaki jest sens życia, dlaczego krzyż, dlaczego cierpienie, dlaczego czasem trzeba ciężko pracować, dlaczego się tak dzieje, że dobremu człowiekowi przydarzają się rzeczy złe. Młody człowiek musi te pytania sobie postawić i w świetle Ewangelii szukać na nie odpowiedzi.

Interesujący jest schemat katechezy Matki Bożej w La Salette skierowanej do dzieci. Ma trzy punkty: modlitwa – wewnętrzna relacja z Bogiem, widzenie, jak Bóg działa w życiu i misja, posłanie: „idźcie i ogłoście…”

Byłoby nieporozumieniem, gdyby katecheza do tego nie prowadziła, gdyby nie miała w sobie charakteru misyjnego. Doświadczyłeś, spotkałeś Jezusa na swojej drodze, doświadczyłeś radości spotkania, to teraz idź i innym to ogłoś, pokaż że Bóg jest, że jest dobry, że jest miłosierny.

Dwa spotkania w tygodniu  nie mogą, że tak powiem, wypełnić wszystkich zadań katechezy. Natomiast te dwa dobrze przeżyte spotkania wystarczają, żeby odkryć pragnienie czegoś większego, wspanialszego.

Jeśli dwie godziny katechezy szkolnej są niewystarczające, aby dzieci i młodzież  doświadczyły Dobrej Nowiny, to co powiedzieć o dorosłych, ich rodzicach, którzy – dobrze, jeśli są na Mszy św. w niedzielę – mają dosłownie dziesięć czy piętnaście minut formacji przez homilię czy kazanie…

Podstawa ramowa nauczania religii, która już została zatwierdzona przez Konferencję Episkopatu Polski, zakłada katechezę równoczesną. Oprócz tych dwóch godzin w tygodniu katechezy z dziećmi i młodzieżą, trzeba jednocześnie szukać kontaktu z rodzicami. Nazywamy to pedagogizacją rodziców, jest to pomoc w wypełnianiu przez rodziców roli wychowawców w sferze religijnej, a jednocześnie jest to też ewangelizacja dorosłych, polegająca na przekazie tych samych treści, które poznają dzieci, oczywiście na innym poziomie języka i metody.

Jeśli nasza katecheza ma być skuteczna, to nie rezygnujmy z dwóch godzin w szkole i jednocześnie róbmy wszystko, aby odpowiednią formacją objąć rodziców, żeby sami zobaczyli, jak to jest ważna pomoc wychowawcza. To jest ogromna misja, którą mamy do spełnienia.

Wspomniał Ksiądz Biskup o swoim pielgrzymowaniu do La Salette. Czy jeszcze coś zostało w pamięci?

To była pielgrzymka samolotowa do Lourdes z grupą niemiecką z Monachium. Byliśmy cały tydzień w Lourdes i na jeden dzień pojechaliśmy do La Salette. Wprawdzie to był maj, ale było jeszcze sporo śniegu w górach. Zapamiętałem jazdę autokarem. Wspinaliśmy się bardzo wysoko i pod względem emocjonalnym było to przeżycie o wiele większe niż samo spotkanie w Sanktuarium. Mam w sercu pragnienie, aby powrócić do La Salette, do źródła objawienia i tam na miejscu zaczerpnąć z tego orędzia i posmakować atmosfery tego miejsca, gdzie przyjeżdżają ludzie z całego świata, podejmując niemały wysiłek.

A jakie wrażenia Ksiądz Biskup wyniesie z Dębowca, polskiego La Salette?

Jestem ogromnie wdzięczny za zaproszenie do Dębowca, jestem pod wrażeniem ogromnej Maryjnej pobożności wiernego ludu, który tak licznie przybywa tutaj z całej Polski, okazuje się bowiem, że są aż z Warmii, Mazur, Kaszub. Mieszkańcy Podkarpacia są przywiązani do tradycji, do wspólnoty Kościoła o wiele bardziej niż mieszkańcy Dolnego Śląska czy zachodniej ściany Polski. Kiedy u siebie uczestniczymy w różnych uroczystościach odpustowych i przyjdzie dwa, cztery, może pięć tysięcy ludzi, to już jest ogromne wydarzenie, a tutaj w Dębowcu mówimy dzisiaj nawet o ośmiu tysiącach, jeżeli nie więcej…

Nadchodzące wydarzenia
01
LUT
Kurs Filipa

Szukasz Boga? Chcesz pogłębić swoją wiarę? Masz wątpliwości?... czytaj więcej

osoby dorosłe

Godzina rozpoczęcia 18:00

08
LUT
Rekolekcje trzeźwościowe – Krok III

    Zapraszamy wszystkich, którzy są gotowi... czytaj więcej

Osoby dorosłe

Godzina rozpoczęcia 16:00

18
LUT
Pielgrzymujemy do Ziemi Świętej

  W dniach od 18 do 25 lutego 2019 r. Sanktuarium w... czytaj więcej

osoby dorosłe

Godzina rozpoczęcia 00:00

U źródeł wody życia

„W sprawach, które dotyczą Boga, wierzymy, żeby móc zrozumieć, bo gdybyśmy chcieli najpierw zrozumieć, aby uwierzyć, nie udałoby się nam ani uwierzyć, ani zrozumieć.”

(Św. Augustyn)