Kategoria Spotkania Centrum Pojednania La Salette, Dębowiec
Varia   ❯   Spotkania
9 września 2020

Na rowerze szlakiem Prymasa

Z pielgrzymem Markiem Marynieckim z Głubczyc rozmawia Paweł Lasota.

Skąd u Ciebie pasja jazdy na rowerze?
W 2013 roku w wyniku wypadku motocyklowego miałem złamane nogi. Rehabilitacja przebiegała dosyć szybko, a głównie polegała na jeździe na rowerze. Kiedy doszedłem do pełni sił, rower stał się moją nową pasją i jeżdżę na nim do dziś.

W tym roku pielgrzymujesz do miejsc, gdzie był więziony Stefan kard. Wyszyński. Jak zrodził się pomysł?
Mieszkam blisko Prudnika, gdzie Prymas był więziony. Często bywałem w Prudniku i zainteresowałem się Jego osobą. Poznałem biografię czytając dużo literatury na Jego temat. Myśl o pielgrzymowaniu zrodziła się z okazji ogłoszonej beatyfikacji Prymasa Tysiąclecia, który jest dla mnie wielkim autorytetem. On postawił wszystko na Maryję. Staram się w tym naśladować Wielkiego Prymasa i również wszystko powierzam Matce Bożej. Połączyłem ten szlak miejsc związanych z uwięzieniem Kardynała z miejscami Maryi, stąd dziś jestem w Dębowcu. Dziś już szesnasty dzień jak jestem w drodze. Cała trasa pielgrzymkowa liczy dwa tysiące kilometrów. Mam za sobą tysiąc sześćset, a więc jestem już prawie na finiszu. To jest moja pierwsza pielgrzymka rowerowa w pojedynkę. Wcześniej pielgrzymowałem w grupie między innymi szlakiem św. Jakuba do Santiago di Compostella. A w tym roku odważyłem się ruszyć sam.

Czy na trasie doświadczyłeś jakichś cudów?
Każdy dzień był cudem… Doświadczyłem wielkiej życzliwości od ludzie zupełnie mi nieznanych. Miałem taką sytuację, że ciężko było z noclegiem. Zrobiła się późna godzina. Zapukałem do drzwi plebanii i ksiądz mnie przyjął. Na drugi dzień, kiedy odjeżdżałem, dał mi pieniądze na następny nocleg. Byłem bardzo zaskoczony. Jedną noc spałem pod chmurką. To było mi bardzo potrzebne. Bo na co dzień nie doceniamy tego, co mamy. Po tej nocy, gdy nie miałem noclegu, wtedy przez cały dzień myślałem o osobach bezdomnych… Nigdy nie byłem głodny! Przez całą drogę czułem opiekę Matki Bożej i wstawiennictwo kard. Wyszyńskiego.

Marek Maryniecki i jego pielgrzymi rower

A jak trafiłeś do Dębowca?
Planując drogę powrotną z Komańczy postanowiłem zatrzymać się w Dębowcu. Trzy lata temu byłem w La Salette we Francji. Generalnie nie rezerwuję sobie miejsca, nie dzwonię… Widzę, jak opatrzność czuwa. Dużo czasu spędziłem w Komańczy, między innymi odprawiłem drogę krzyżową i długo mi tam zeszło dlatego do Dębowca dotarłem dosyć późno – bo już po apelu. Ale tak się wszystko ułożyło, że dostałem nocleg w Centrum Pojednania i jeszcze smaczną kolację i śniadanie. Dziś do południa zobaczyłem sanktuarium i przyznam, że jest to miejsce bardzo urokliwe, uduchowione, w którym czuć klimat modlitwy.

Zapraszamy ponownie…

Miejsca, w których był więziony Prymas Wyszyński:
Rywałd (25 września 1953 – 12 października 1953),
Stoczek Klasztorny (12 października 1953 – 6 października 1954),
Prudnik (6 października 1954 – 27 października 1955),
Komańcza (27 października 1955 – 26 października 1956).

Komańcza

 

6 lipca 2020

Wiara i muzyka

Ennio Morricone to jeden z najlepszych i najbardziej znanych współczesnych kompozytorów filmowych. Artysta 29 września 2012 r. w hali „Targów Kielce” odebrał z rąk arcybiskupa Gianfranco Ravasiego medal Per Artem ad Deum (Przez sztukę do Boga), przyznawany przez Papieską Radę ds. Kultury.

Z Ennio Morricone o wierze i muzyce rozmawia ks. Bohdan Dutko MS

Czy w Pana twórczości znajduje się muzyka religijna?
– Tak, bo wiara jest zawsze obecna w mojej muzyce. Odnajduję się dobrze w utworach duchowych, religijnych. Napisałem muzykę do dwóch filmów poświęconych Janowi Pawłowi II i Karolowi Wojtyle. Piszę muzykę duchową, która jest poniekąd mistyczną, ale piszę także świecką, lekką i prostą.

Czy słowo Boże było dla Pana natchnieniem do muzyki?
– Trudno jest odpowiedzieć jednoznacznie, ponieważ Boga otacza tajemnica. Także muzyka jest tajemnicą, ponieważ nigdy nie pochodzi z rzeczywistości, którą odbieramy podstawowymi zmysłami. Pochodzi ona z jakiegoś nieznanego i tajemniczego miejsca, i to nieznane i tajemnicze jest także Bogiem. A więc muzyka pochodzi z zewnątrz, pochodzi z Boga. Dźwięk posiada znaczenie mistyczne, duchowe, najwyższe. Muzyka to dzieło Boga. Kompozytor musi ją tylko odnaleźć.

Która ze spotkanych osób stała się dla Pana przykładem żywej wiary?
– Nie mogę wymienić jednej tylko osoby. Muszę powiedzieć, że ostatni papieże, szczególnie Jan Paweł II i Benedykt XVI mają na mnie ogromny duchowy wpływ. To, co mnie poruszało w Karolu Wojtyle, to właśnie jego wiara, zaufanie i nadzieja.

30 kwietnia 2020

Maryja jest w sercu wiary

Z o. Leonem Knabitem OSB rozmawia ks. Bohdan Dutko MS

Kiedy ojciec spotkał się z objawieniem Matki Bożej w La Salette?
Było to jeszcze przed pójściem do seminarium, kiedy zetknąłem się z czasopismem Posłaniec Matki Bożej Saletyńskiej, i wtedy przeczytałem o objawieniu w La Salette. Poruszył mnie płacz Matki Bożej i akcesoria Męki Pańskiej na krzyżu, który Matka Boża miała na łańcuchu na szyi. Ujrzałem Matkę Bożą jako prawdziwą matkę.

Nie tak dawno ojciec spędził tydzień w La Salette. Jak to się stało?
Po wizycie św. Jana Pawła II w Zakopanem, górale z całego świata co roku zaczęli jeździć do papieża. To pielgrzymowanie było połączone z audiencją u Ojca Świętego i nawiedzaniem ważnych miejsc dla życia Kościoła. Ponieważ trzy lata temu przypadła uroczystość 100-lecia objawień w Fatimie, postanowiliśmy na miejscu uczestniczyć w obchodach. A rok później organizatorzy powiedzieli: „W tym roku jedziemy do La Salette”. Bardzo się ucieszyłem.

Jak ojciec przeżywał wjazd na górę, bo wielu pielgrzymów mówi o dużych emocjach.
Zapamiętałem drogę, serpentynę, która wije się wężem do góry. Kierowca był bardzo opanowany, ale kobiety – uczestniczki pielgrzymki – z trudem wytrzymywały wjazd. Dojechaliśmy do La Salette wieczorem. Było już ciemno. Po kolacji była Msza św. i bliższe zapoznanie się z orędziem…

I nadszedł ranek…
Tak, wtedy odsłoniło się całe piękno sanktuarium. Dookoła zupełne pustkowie… Było czuć, że to święta ziemia. Każde miejsce święte ma swój klimat, swój charakter, swojego ducha.Miałem czas na podumanie w miejscu objawienia przy źródełku i w bazylice, w której odczuwa się ducha Maryjnego. Osobiście poruszyła mnie droga na zboczu, którą przeszła Matka Boża, aby później wznieść się do nieba. Wszystko takie bliskie, takie na wyciągnięcie ręki… Nie wyszedłem na górę Gargas, bo było jeszcze dużo śniegu.

Jak przemawia do ojca orędzie czytane w miejscu objawienia?
Orędzie jest bardzo proste. W treści zawiera to, co my, księża, na ogół mówimy i głosimy: nawrócenie, miłość Boga, święcenie niedzieli, modlitwa, czystość języka. Orędzie jest jak piękny kwiat w bukiecie, jakim jest Maryja i jego woń rozeszła się na cały świat. I jak zawsze Matka Boża posłużyła się ubogimi dziećmi. Objawiła się maluczkim i pokornym, żeby zawstydzić wielkich i pysznych.

Ludzie epoki objawienia w La Salette zaniedbali praktyki religijne. Maryja wspomina, że do kościoła chodziło kilka starszych niewiast…
Tak jest i dziś. W miastach czy na wsi – kogo spotkamy w kościele w tygodniu? Przede wszystkim starsze kobiety.

To co się dzieje z naszą wiarą?
Napór zła w świecie jest bardzo silny, a kiedy wiara jest słaba, chwiejna, to nie ma ona mocy przeciwstawić się. Eliasz powiedział do całego ludu: „Dopókiż będziecie chwiać się na obie strony? Jeżeli Jahwe jest [prawdziwym] Bogiem, to Jemu służcie, a jeżeli Baal, to służcie jemu!” (1Krl 18, 21). Lud odpowiedział: oczywiście, że jesteśmy za Jahwe. Myślę, że my, księża, powinniśmy pierwsi uderzyć się w piersi. Ludzie chcą widzieć Jezusa. Grecy przyszli do apostoła mówiąc: „Panie, chcemy ujrzeć Jezusa” (J 12, 21). Nasz błąd polega na tym, że dużo mówimy o Jezusie, o Nim, a sobą za mało Go prezentujemy. Św. Jan Paweł II był ucieleśnieniem Jezusa, podobnie i św. Matka Teresa z Kalkuty. Jak my uczynimy to samo, to ludzie pójdą za przykładem… Dziś opowiadanie o Jezusie nie wystarczy. Św.Tomasz chciał dotknąć ran Jezusa… Nawet jeśliby jakiś cud się wydarzył, to jedni by upadli na kolana wyznając wiarę w Jezusa, a drudzy powiedzieliby, że „kolejną sztuczką nas mami”.

Biskup Grenoble z czasów objawienia w La Salette powiedział, że przez dwadzieścia lat posługi w diecezji nie widział owoców nawrócenia, a Maryja krótką interwencją zmieniła oblicze diecezji. Ludzi zaczęli się nawracać…
Światowe Dni Młodzieży to podobny fenomen. One pokazują jaki jest Jezus! One zmieniają – mówiąc górnolotnie – „oblicze ziemi”. W tym czasie świat się zatrzymuje, ludzie stają się inni. Do Krakowa przybyła młodzież prawie dwustu narodowości. W tym czasie przestępczość spadła prawie do zera. To jest owoc wzięcia Jezusa do domu na serio.

Ale ktoś może powiedzieć, że to objawienie było już bardzo dawno, że dziś mamy inny świat, inne problemy…
Problemy, które porusza Maryja dotyczą nas. Matka Boża mówi o świętowaniu niedzieli. Handel w niedzielę – zwłaszcza dla naszego pokolenia – jest bolesną kpiną. Pamiętamy jak za komuny także biskupi występowali w obronie wolnych sobót. A dziś? Pamiętamy wypowiedzi ekspertów, że jak nie będzie handlu w niedzielę, to gospodarka się załamie. I wcale się nie załamuje z tego powodu.

Boimy się wolnej niedzieli?
Gdy nie ma wiary, to trzeba czymś tę pustkę wypełnić. Wielu z rodziną odpoczywa spędzając całą niedzielę w hipermarkecie. Dla niektórych duże sklepy stały się świątyniami. Obecność na niedzielnej Mszy św. daje moc na cały tydzień. Bez niej jesteśmy słabi. Gdy przestaję uważać niedzielę za dzień święty, to powinno się we mnie zapalić ostrzegawcze czerwone światełko, że coś ze mną dzieje się niedobrze.

Pracowali świątek, piątek i niedzielę i…
I nie mieli nic: brak urodzaju, susza, głód… Maryja odwołuje się do faktów, które były znane wszystkim. Właśnie te wydarzenia miały przywoływać do nawrócenia. A jaka była reakcji ludzi? Przeklinali znajdując zgniłe ziemniaki i puste kłosy, nic sobie z tego nie robili. To, co się działo, nie było przypadkiem. Dla ludzi wierzących nie ma przypadku. Bóg mówi do nas wydarzeniami.  Maryja mówi językiem starotestamentalnym, językiem bardzo obrazowym. W Księdze Kapłańskiej czytamy: „Jeżeli będziecie postępować według moich ustaw i będziecie strzec przykazań moich i wprowadzać je w życie, dam wam deszcz w swoim czasie, ziemia będzie przynosić plony, drzewo polne wyda owoc, młocka przeciągnie się u was aż do winobrania, winobranie aż do siewu, będziecie jedli chleb do sytości” (Kpł 26, 3-5). I dalej: „Jeżeli zaś nie będziecie Mnie słuchać i nie będziecie wykonywać tych wszystkich nakazów, jeżeli będziecie gardzić moim ustawami, jeżeli będziecie się brzydzić moimi wyrokami, tak że nie będziecie wykonywać moich nakazów i złamiecie moje przymierze, to i Ja obejdę się z wami odpowiednio: ześlę na was przerażenie, wycieńczenie i gorączkę, które prowadzą do ślepoty i rujnują zdrowie. Wtedy na próżno będziecie siali wasze ziarno. Zjedzą je wasi nieprzyjaciele. Zwrócę oblicze przeciwko wam, będziecie pobici przez nieprzyjaciół. Ci, którzy was nienawidzą, będą rządzili wami, a wy będziecie uciekać nawet wtedy, kiedy was nikt nie będzie ścigał. Jeżeli i wtedy nie będziecie Mnie słuchać (…) sprawię, że niebo będzie dla was jak z żelaza, a ziemia jak z brązu. Na próżno będziecie się wysilać – wasza ziemia nie wyda żadnego plonu, a drzewo na ziemi nie da owoców” (Kpł 26, 20).

Maryja podjęła temat modlitwy. Zapytała dzieci o ich modlitwę. A jak modli się stary mnich benedyktyn o. Leon?
Pewnie odpowiem tak jak dzieci – nie bardzo. Modlę się pewnie za mało. Modlitwa jest dla mnie wciąż wyzwaniem i zadaniem, które stoi przede mną. Muszę tu zacytować piosenkę młodzieżową: „Ciągle zaczynam od nowa”. Nie mogę powiedzieć, że zdobyłem modlitwę. Wielu świętych mówiło, że jak każdego dnia zaczynają wyzwania duchowe, to czynią je tak, jakby były one robione pierwszy raz i ostatni. Mam za sobą doświadczenie 65 lat kapłaństwa, ale to nic nie znaczy. Wydaje mi się, że cały czas jestem taki sam głupi, jaki byłem 65 lat temu. Myślę sobie, dlaczego nie jestem zawsze taki jak czasami. Miłość Boża wstaje każdego dnia. Mieć tego świadomość, kiedy wstaję rano… Żyjąc na tym świecie jestem ciągle niedoskonały. Dobrze byłoby, gdybym doskonałym umarł. Mam nadzieję, że Pan Bóg coś jeszcze ze mnie wydusi. Doskonały mówi za św. Pawłem: „Teraz zaś już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus” (Ga 2, 20). Kiedy jest się świętym, to wszystko jest dobrze. Mniej święty więcej narzeka: a to jedzenie nie takie, woda za zimna, światło za ciemne…

Jestem grzesznikiem, ale ufam i powtarzam za św. s. Faustyną: „Panie, weź serce moje takie, jakie ono jest”. Żyć w ten sposób oznacza modlić się. To jest właśnie modlitwa. Miłość Boża otacza mnie i ja w niej trwam i ciągle zaczynam od nowa. Nie patrzę na to, co jest za mną, ale patrzę na to, co jest przede mną. Robię wszystko jak potrafię najlepiej i oddaję to Panu Bogu. Czynię podobnie jak nasz złoty medalista olimpijski Kamil Stoch, który powiedział, że każdy skok oddaje Panu Bogu.

Kiedy uczniowie prosili Jezusa, aby nauczył ich modlić się, to zaczął od modlitwy Ojcze nasz. Maryja też wskazuje tę modlitwę.

Czym dla Ojca jest modlitwa Ojcze nasz?
Modlitwa Ojcze nasz jest dla mnie tak zwyczajna jak powietrze. Jak oddycham dobrym powietrzem, to o nim nie myślę. Podobnie jest z moim Ojcze nasz – ono mi pomaga, że nawet o tym nie wiem. Mam świadomość wypowiadanych słów w modlitwie Ojcze nasz. Dla mnie najważniejszą częścią tej modlitwy jest prośba o przebaczenie naszych win i wyznanie, że także i my przebaczamy naszym winowajcom. Ta modlitwa swoją siłą wykorzeniła ze mnie wiele złości. Uzdolniła mnie do tego, żeby przebaczać. Wyrzuciła ze mnie ducha zemsty.

A Zdrowaś Maryjo?
Maryja jako Matka pięknej miłości uczy mnie przede wszystkim miłości. Maryja jest „wieczną strażniczka ciągłego miłowania”, jak powiedział św. Bernard z Clairvoux. Jestem z Matką Bożą ściśle związany. Ona jest wciąż przy mnie. Maryi zawdzięczam wszystko… Jeszcze jako kleryk pierwszego stycznia 1950 roku złożyłem akt oddania się w niewolę Maryi w wersji św. Maksymiliana Kolbego. Dla mnie Maryja jest w sercu wiary a nie kwiatkiem do kożucha.

Wielu pielgrzymów jest poruszonych ciszą w La Salette…
Z tego, co pamiętam, cisza poprzedziła objawienie Pięknej Pani. Zresztą na tej górze zachwyca piękno, które przemawia w ciszy. Tam jest cisza mówiąca. La Salette jest taką strefą ciszy. Cisza, która rodzi modlitwę jest jak sakrament. Dlatego nie dziwi to, że na tej górze pielgrzymi zupełnie inaczej przeżywają swoją obecność. Często szukają dla siebie miejsca odosobnienia. Porozrzucani na zboczach góry, zamyśleni, medytujący przez długi czas… Takie zachowanie nie dziwi, bo tam nie ma krzyku, nie ma wrzasku. Jest klimat modlitwy.. Tam można wszystko kontemplować.

Potrzebujemy ciszy…
Modlitwa i skupienie potrzebuje ciszy. Jezus potrzebował ciszy. Maryja żyła w ciszy, więc nic dziwnego, że i my potrzebujemy ciszy. Żyjemy w świecie pełnym hałasu. Nawet młodzi wstępujący do zakonu nie doceniają ciszy. W świecie się myśli, że jak kogoś się lubi to się z nim gada… Żeby Bóg był we mnie, żebym żył w zgodzie z sobą, potrzebuję ciszy. Tymczasem widzimy, że za mało jest ciszy w nas i wokół nas. Coraz trudniej o ciszę w kościołach. Ona zawsze bywa tam, gdzie jest wystawienie Najświętszego Sakramentu. Są w kościele osoby, które myślą, że jak nie śpiewają albo nie odmawiają na głos jakichś pacierzy, to się nie modlą.Potrzebujemy przywrócić chwile ciszy także w liturgii. Nie musimy biec, nie musimy się śpieszyć… Możemy modlić się ciszą. Na rekolekcje do Tyńca przyjeżdżają ludzie różnych profesji i na ten czas zostawiają telefony komórkowe, milczą przez kilka dni. Także podczas posiłków nie rozmawiają ze sobą. Cisza jest wartością samą w sobie a nie tylko narzędziem.

Ojciec od ponad sześćdziesięciu lat jest benedyktynem. Czy przez te wszystkie lata jest ta sama cisza w klasztorze?
Wciąż jest jej za mało. W wielu miejscach jest jeszcze ciągle ta sama. W innych jest sporadycznie. Jeden z mądrych ojców powiedział o młodych, że „oni nie mają o czym milczeć”. Trzeba umieć o czymś milczeć.

Maryja wybrała góry jako miejsce swego objawienia.
Mnie urzekają same Alpy jako dzieło Boże. Mają w sobie coś cudownego! Zupełnie inny klimat niż w naszych Tatrach. Tam przez wysokość czuje się bliżej Boga. Jestem na wysokiej górze a dookoła jeszcze większe góry.Tam od razu widzi się słowo: „Góry, błogosławcie Pana!” Pan Bóg wszystko stworzył. W scenerii gór chciała się objawić Maryja. Góry nie są obce Maryi. Ona szła do Elżbiety po górach. Tu niezwykle pięknie brzmią słowa „Wznoszę me oczy ku górom…” (psalm 121). Zresztą wszystkie psalmy tu brzmią wyjątkowo, bo przecież większość z nich powstawała w Judei właśnie w scenerii gór. Góry pomagają pogłębić wiarę i rozszerzają horyzonty spojrzenia na wiele elementów naszego życia.

Jak ojciec zachęciłby do pielgrzymowania do La Salette?
Jeśli tylko będzie ogłoszona pielgrzymka do La Salette to proszę, pojedźcie, bo wrócicie ubogaceni, zrozumiecie lepiej maryjną pobożność. Tam jest spotkanie z Maryją, która płacze, bo dzieci nie są posłuszne. Matka Boża przestrzega nas przed zniszczeniem sobie życia i przed karami jako konsekwencją naszego odejścia od Boga. Wczoraj wieczór był komunikat – alert – przed burzami. Tak też Matka Boża ostrzega nas. Uwaga: „bronię was, byście nie skończyli źle”. My za bardzo obłaskawiliśmy Boga. Akcentujemy tylko Jego miłosierdzie, a zapomnieliśmy zupełnie o tym, że Bóg też karze! Przecież Pismo Święte mówi wyraźnie: „Upomnieniem Pańskim nie gardź, mój synu, nie odrzucaj ze wstrętem strofowań. Bowiem karci Pan, kogo miłuje, jak ojciec syna, którego lubi” (Prz 3, 11-12). Saletyńskie objawienie w swym przesłaniu jest bardzo proste, dlatego tak bardzo wymowne.

 


 

20 kwietnia 2020

W CHRYSTUSIE JEST ŻYCIE!

Homilia Księdza Biskupa Jana Niemca w Wigilię Paschalną w bazylice NMP w Dębowcu 11.kwietnia 2020 r.

Przeszliśmy przez trzy noce i pragniemy wejść w najważniejszą, czwartą noc, która daje nazwę tym świętom – Wielkiej Nocy. Jest to noc, w której Chrystus skruszył więzy śmierci. Ogień, który zapłonie, nigdy nie zgaśnie, będzie płonął w nowym sercu i w nowym duchu. Ten ogień zapalił Chrystus.

To jest ogień, który Chrystus pragnął zrzucić na ziemię, aby on zapłonął. Ten ogień zwycięża śmierć, lęk i trwogę.

Czwarta noc?
Z jakiej nocy Chrystus nas wydobywa? Ta noc jest granicą, przez którą boimy się przejść. Jest nią śmierć. Słowo Boże mówi, że szatan trzyma nas w niewoli śmierci. Szatan mówi, że ty nie możesz kochać, bo umrzesz. To jest najgorsza noc i najgorsza ciemność.

Chrystus nie wyzwala nas od śmierci fizycznej, ale wyzwala nas od śmierci ontycznej, od śmierci wiecznej, która polega na tym, że nie potrafimy kochać drugiego i nie możemy oddać swojego życia. Dlatego żyjemy w lęku.

Chrzest
Przez chrzest zostaliśmy zanurzeni w śmierci Chrystusa i razem z Nim umarł w nas stary człowiek, który kocha siebie, a narodził się człowiek nowy, z nowym sercem i nowym duchem, który już nie lęka się śmierci. Nie lęka się grobu, bo grób nie jest końcem życia, ale jest bramą do nowego życia.

Chrześcijanin jest tym, w którym Chrystus przeszedł przez próg śmierci, dlatego już nie lęka się śmierci, bo ma w sobie życie wieczne! Dlatego nie odpowiada nienawiścią na nienawiść, ale dobrem zwycięża zło.

Miłość w wymiarze krzyża Chrześcijanin jest człowiekiem, który potrafi kochać w wymiarze krzyża, który przebacza jeśli go znieważają, który nie lęka się, aby oddać swoje życie.

Jeżeli w twoim sercu jest miłość, dobroć, łagodność, cierpliwość, przebaczenie, to już w tobie zaczyna żyć Królestwo boże. Niebo zaczyna się już tutaj, a śmierć ciała sprawi, że to utrwali się na wieki.

Jeżeli w twoim sercu jest nienawiść, przekleństwo, złość, wściekłość, nieprzebaczenie – to jesteś w piekle, które zaczyna się już tutaj. Jeżeli nie pozwolisz, żeby to wszystko zostało utopione w krwi Chrystusa, to śmierć fizyczna utrwali to wszystko na wieczność.

Chrystus zmartwychwstał i wyzwolił nas od śmierci wiecznej. Dlatego możemy kochać i przekraczać próg grobu, aby tam spotkać Chrystusa żywego. Jeżeli twoje serce płonie miłością do Chrystusa i pragnie Go znaleźć – jak Maryja, Maria Magdalena – to będzie ci to dodane.

Chrystus zmartwychwstał
Chrystus naprawdę zmartwychwstał! W Chrystusie jest życie! Miłość, którą On objawił na krzyżu została wskrzeszona z martwych i ona już nigdy się nie skończy. Ona zaczyna się dzisiaj. Jezus pragnie żyć w tobie, w twoim sercu, w twoim duchu. Dlatego On pragnie, abyś przez twoje życie, był świadkiem Jego zmartwychwstania.

Dlatego odwagi, nie bójcie się, ufajcie, nie lękajcie się… Pozwólcie, aby On obdarzył was swoją łaską, żeby nasycił was Zmartwychwstaniem!

10 kwietnia 2020

Bóg przez cały czas mnie kochał

Z Muńkiem Staszczykiem, liderem zespołu T. Love rozmawia ks. Bohdan Dutko MS

Rozmawiamy w Sanktuarium Matki Bożej Płaczącej. W jednym z utworów napisałeś, że „chłopaki nie płaczą”. Jak to było z Twoim płaczem w Medjugorie?

To były łzy syna marnotrawnego. Droga mojego nawrócenia doprowadziła mnie do Maryi. Wcześniej w ogóle nie rozumiałem roli Maryi.

Pochodzę z Częstochowy i wyrastałem pod egidą Matki Bożej Częstochowskiej. Spacerowałem z babcią na Jasną Górę. Lubiłem klasztor i kaplicę, ale dopiero od pięciu lat jestem w świadomej relacji z Maryją.

Starszy ksiądz po spowiedzi powiedział mi: „chłopie, tobie potrzebne jest większe duchowe przeżycie, jedź do Medjugorie”. Także mój kolega salezjanin ks. Dominik Chmielewski powiedział: „Jedź, bo ja też tam przeżyłem swoje nawrócenie, to jest święte miejsce. Zabierz żonę i jedź”.

I…

W 2013 roku pojechaliśmy z Martą, moją żoną i zamieszkaliśmy u s. Agnieszki z włoskiej wspólnoty Nowe Horyzonty. Członkowie tej wspólnoty wychodzą na ulicę do ludzi upadłych, głównie narkomanów i prostytutek. I ona wzięła nas w obroty. Weszliśmy na górę objawień. Obok nas Rosjanie, Węgrzy, Włosi, kakofonia języków, taka językowa wieża Babel, i wszyscy odmawiali różaniec. To jakiś absurd, co ja tu robię? Nigdy wcześniej różańcem się nie modliłem. Najpierw dla mnie była to jakaś abstrakcja, ale zacząłem „łapać” rytm tej modlitwy, sens zatapiania się, powtarzania itd., i zaczęło mi to sprawiać przyjemność.

Zaczęły dziać się małe cudeńka. Na Mszy św. „zawiesiła” się komórka Marty, i „od-wiesiła” się w drodze powrotnej na terenie Chorwacji. Zrobiliśmy zdjęcie Maryi w kościółku pod Medjugorie, na którym jest poświata…

Zaczęliśmy czuć atmosferę, bliskość… Podczas Mszy w języku włoskim poczułem bliskość Maryi. Mówię do siebie, Zygmunt, jaki by byłeś głupi… Matko, przepraszam Cię za to wszystko. Maryjo moja kochana, Ty mnie tak bardzo kochasz, przepraszam Cię za moje życie… Cieszę się i ryczę… Patrzę na moją żonę i widzę, że też ryczy. Poczułem powrót… Zaczęliśmy modlić się codziennie różańcem, i tak jest do dziś.

Co się wydarzyło w 1998 roku?

W tamtym roku uczyniłem pierwszy krok na drodze nawrócenia, która cały czas trwa. Nie wyparłem się Boga, nie, tylko pochłonął mnie show biznes, popularność, wszystkie zabawki tego świata: używki, alkohol, marihuana, narkotyki, kobiety. Byłem bardzo skoncentrowany na sobie.

Ale do kościoła nie chodziłeś?

Zdarzało mi się wejść do kościoła z okazji komunii naszych dzieci. Były też spowiedzi kompletnie niepoważne, bez rachunku sumienia…

I nadszedł maj…

Zadzwonił do mnie o. Wojciech Jędrzejewski, dominikanin – dziś mój przyjaciel, który zaprosił mnie na spotkanie z młodzieżą w Warszawie w kościele na Służewiu. Byłem wtedy w okresie zachłystywania się popularnością zespołu i żyłem w nieustającej balandze, w ciągu alkoholowym i narkotykowym, uzależniony od amfetaminy.

Poszedłem skacowany. Powitał mnie z uśmiechem młody ksiądz. Salka pełna młodzieży. Fajnie gadają, fajnie pytają. Myślę, kurde, fajny ten Wojtek. Na pożegnanie dał mi książkę francuskiego teologa W co wierzę. Zacząłem czytać i nastąpiła we mnie fascynacja Chrystusem. Pierwsza spowiedź po 12 czy 16 latach, nie pamiętam. Ta spowiedź była wstrząsem, dużym oczyszczeniem i skończyła się wielkim płaczem.

To był początek, który trwa już dwadzieścia lat. Wojtek odegrał dużą rolę w moim nawróceniu.

Czy były sytuacje, o których powiedziałbyś dziś, że Bóg pukał do twoich drzwi?

Pamiętam kilka spotkań, które były takim pukaniem. Przytoczę jedno. Był rok 1990, wróciłem z Anglii z wizją ulepszenia zespołu, żeby stał się bardziej profesjonalny. Nagrywaliśmy płytę Pocisk miłości, i podczas sesji nagraniowych przyjechał jakiś facet z Lublina i odwoził nas samochodem do Warszawy.

Siedziałem na tylnym siedzeniu z kolegą Jankiem. Popiliśmy piwo, paliliśmy jakąś trawę i ten facet zapytał mnie: po co ty robisz to, co robisz? Jak to po co, jak to po co, stary, dla ludzi, dla ludzi, żeby było fajnie, żeby zagrać duże koncerty. Ok., ok., ale w ogóle po co? Zacząłem się śmiać. Zadajesz mi dziwne pytanie, ale o co ty mnie właściwie pytasz? Byłem zdenerwowany. Pytam cię, czy nie mógłbyś tego robić na przykład dla Boga?

Ogarnął mnie śmiech. Janek, słyszysz powiedziałem, o co ten gość mnie pyta i wysiadłem. To był rok 1990, minęło osiem lat i nastąpił pierwszy krok na drodze nawrócenia.

Poznałeś miłość Maryi?

Tak, ciągle poznaję. Zły kombinował, żebym w ogóle nie poznał Maryi. Ale dzięki Bogu to światło na mnie spłynęło… Szatan nie ma z Nią żadnej szansy. Mam krótki staż relacji z Maryją, ale czuję Jej ogromne wsparcie. Każdego dnia chcę iść z Maryją. Jak mnie dopada pożądliwość, to oddaję się Maryi mówiąc: zrób coś z tym, proszę pomóż, i pomaga. Maryja studzi męskie namiętności, bo jest kobietą. Sprawia, że łagodnieję. Z Maryją jest lepiej. Odkąd Maryja pojawiła się w moim życiu, dużo rzeczy dzieje się na plus.

Moim największym problemem były grzechy hedonistyczne: nadużywanie alkoholu i nieczystość. Z tym wszystkim zacząłem się zwracać do Maryi. Zostałem chwycony za rękę. Poczułem jakąś łagodność. Maryja przeprowadza mnie. Maryja wchodzi w mój grzech pożądliwości i oczyszcza moje serce. Jestem w krucjacie trzeźwości, odpuściłem na rok alkohol.

Mieszkamy w Warszawie we Włochach w parafii saletynów i bardzo lubię chodzić na poranne msze. Maryja jest przepiękną kobietą matką, którą można kochać, nie w kategoriach namiętności.

Modlisz się na różańcu?

Przez całe lata tkwiłem mocno we wszystkich „zabawkach” i wracają różne demony, ale mam narzędzia, wiem, czego można użyć. Zacząłem rozumieć różaniec. Odmawiam różaniec pompejański. Różaniec odegrał dużą rolę. Różaniec jest poważnym egzorcyzmem. Różaniec mi się podoba. Przez ostatnie lata dostałem mnóstwo różańców. W ostatniej trasie jacyś faceci po cichu dali mi różaniec, mówiąc: masz różaniec, bo się za ciebie modliłem. Mam cały worek różańców. Zdarza się, że ja też komuś przekazuję. Miałem kilka takich sytuacji, że chłopak przychodzi do mnie i mówi, że ma problem z pornografią, to ja mu mówię: nie jestem księdzem, ale masz różaniec i módl się do Maryi, bo z pornografią nie ma żartów.

Mój syn, który po wielu latach poszedł do spowiedzi, powiedział: różaniec to jest czad. Różaniec ma moc! Modlitwa różańcowa odmawiana przez nasze babcie, a wykpiwana przez media, jest solą ziemi…

Maryja Cię wysłuchuje?

Prosiłem Maryję o trzeźwość… Latem byłem z żoną na wczasach we Włoszech. Siedzę z ludźmi, piją wino, wódkę, a ja piję colę, albo piwo bezalkoholowe. I jest to możliwe…

Myślę, że podobnie będzie z nieczystością… Bóg daje czystość, bo dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych. Mówią o tym miliony świadectw, mega cuda. Bóg, odebrał mi pazerność. Ja ze swoimi demonami długo walczyłem i walczę. Jest dużo lepiej, ale zawsze wraca pokusa nieczystości. Kiedyś nie rozumiałem siły pornografii, nie widziałem jak wciąga. Nie rozumiałem grzechu masturbacji…

Jaka jest cena popularności?

Różna. Znam smak bycia popularnym. Wielu ludzi robi fajną muzykę, a wielu wariuje na punkcie swojego ego. Największą pułapką jest pycha i ego, bo wydaje ci się, że jesteś lepszy od innych. Trzeba się modlić za gwiazdy rocka. Szow−biznes to jest bardzo niebezpieczny zawód. To, o co normalny człowiek musi się starać, ty masz na wyciągnięcie ręki. Przychodzą koledzy, klepią cię po plecach, leją wódkę, kobiety się uśmiechają.

Żyć nie umierać, wspaniale, tylko potem nagle upadasz na ryj.

Ludzie żyją na głodzie duchowym?

Mają ogromny głód duchowy. Każdy potrzebuje duchowości i szuka jej na różne sposoby. Ludzie potrzebują Boga, Kościoła, tylko nie biorą tego, co jest naprawdę blisko. To, że dziś jest taki atak na Kościół katolicki, to

nic dziwnego. Katolicy nigdy nie mieli łatwo. Mówienie, że Kościół ogranicza wolność, to jest jakaś ciemnota, kompletna nieprawda!

Jak odnajdujesz się ze swoją wiarą w szow−biznesie, który wydaje się przestrzenią niewiary…?

Jedni wyśmiewają, drudzy przybiją piątkę. Generalnie chrześcijanie są zawsze narażeni na jakieś złośliwości. Chrystus 2000 lat temu też nie miał łatwo. Nie jestem atakowany, niektórzy mówią, że zwariował na starość. Stary zbereźnik robił to i tamto, a teraz wrócił do Boga. To są takie uproszczenia i schematy

myślowe. Nie ma nic gorszego jak schemat. Chrześcijaństwo nie jest modne. Wszystko inne jest modne, ale nie nasz polski katolicyzm. Być katolikiem to obciach. Wielu powtarza zasłyszane banały i stereotypy… Warto spróbować. Sam spróbowałem. Z Bogiem trzeba być szczerym. Bóg wie wszystko. On jest miłosierny, ale to nie znaczy, że wszystko wolno robić. Wspaniałe w chrześcijaństwie jest to, że każdego dnia mam szansę zaczynać na nowo. Bóg mi wszystko przebacza! Kto tak kocha ludzi?

Tylko Bóg! Kocha każdego z nas, bo jesteśmy Jego dziećmi. To nie jest żadna ściema ani jakieś nawiedzenie, tylko fakt. Nie ma co nosa do góry nosić, że jestem lepszy od innych, że mam już bilet do Nieba, że mogę ci wypisać receptę na zbawienie.

Zawód artysty jest niebezpieczny, podbija bębenek i prowadzi do…

Do pychy. W byciu artystą jest strasznie dużo pychy. Masz fanów, ludzie kupili twoją płytę, cieszy cię to, to jest normalne, chcesz być lepszy od innych, ale to też wyzwala zazdrość, ja to znam, bo to przeżywałem.

Pycha, ulubiony grzech złego, ona może dopaść każdego, a szczególnie tego, kto odnosi sukces:  popularnego księdza, aktora, muzyka. Mnie też dopadła wówczas, gdy byłem świeżo nawrócony.

Pycha to ulubiona zabawka szatana. Trzeba się modlić za księży, za wszystkich, za gwiazdy rocka, wszyscy ze świecznika są narażeni na pychę. Pycha jest mocna, a diabeł jest sprytny i przebiegły.

Łatwo było odciąć się i zostawić stare życie?

Jasne, że nie. To jest proces. Tak było z moim ulubionym św. Pawłem, który prześladował wyznawców Chrystusa, a później stał się gorliwym wyznawcą Jezusa i jednym z filarów Kościoła. Takich przemian jest w Biblii wiele. Nie jestem na tym etapie żebym był kompletnie wyzwolony ze swoich grzechów i chyba nigdy tak nie będzie. Nie można się odciąć od przeszłości i pluć na siebie. Wszystko oddaję Bogu, nic mądrzejszego nie można zrobić. Niejednokrotnie się zarzekałem i obiecałem coś Maryi, że teraz to już na pewno, i g…

To, co można, to tylko oddać, to prosić pokornie, wyznając: nie dam rady. Grzech ma to do siebie, że idzie seryjnie, najpierw mały, potem większy, coraz większy… Oddałem moje grzechy Bogu na spowiedziach i dalej będę oddawał. Zobaczyłem, że Bóg nic więcej ode mnie nie potrzebuje.

Zapytam na koniec, a skąd się wziął pseudonim Muniek.

To śmieszne, bo nikt mnie tak nie nazywał, zawsze byłem Zygmuś. W IV Liceum Ogólnokształcącym im. Henryka Sienkiewicza w Częstochowie, do którego chodziłem, w I klasie był przedmiot Wychowanie muzyczne, które prowadził bardzo luźny profesor, który traktował nas bardzo fajnie. Na pierwszej lekcji

powiedział do nas: niech każdy przedstawi się i powie, jaką lubi muzykę. Kiedy przyszła kolej na mnie, wstałem, powiedziałem dzień dobry, jestem Zygmunt, lubię muzykę rockową. A on, w domu mówią na ciebie Muniek? Nie – odpowiedziałem. Następnego dnia kolega z drugiej ławki, z którym zresztą po latach założyliśmy zespół T. Love prosząc mnie o kanapkę powiedział „Muniek”, i tak zostało. Niektórzy mówią do mnie Zygmunt – na przykład rodzice, ale żona mówi Muniek.

 (…)

Całość rozmowy ukarze się niebawem w książce „Świat i Kościół”.

Nadchodzące wydarzenia
02
PAŹ
Różańcowe Dni Skupienia

Różańcowe Dni Skupienia Termin:  2-4 października... czytaj więcej

Godzina rozpoczęcia 18:00

16
PAŹ
Pojednanie z kryzysem wieku średniego

Sesja "Pojednanie z kryzysem wieku średniego" prowadzona jest w... czytaj więcej

dla osób powyżej 35 roku życia

Godzina rozpoczęcia 18:00

02
LIS
Rekolekcje kapłańskie III tura 2020

Zapraszamy na III turę Rekolekcji Kapłańskich w dniach 02 – 05... czytaj więcej

kapłani

Godzina rozpoczęcia 18:00

Droga życia

„Och! jakże słodko myśleć, że płyniemy ku wiecznej przystani! (…) Myśl o krótkości życia dodaje mi odwagi, wspiera mnie w znoszeniu trudów drogi.”
(św. Teresa z Lisieux)

 

"