Varia Centrum Pojednania La Salette, Dębowiec
Varia
9 grudnia 2020

Bóg dał mi radość życia

Z Łukaszem Koteckim z Wrocławia rozmawia ks. Bohdan Dutko MS

Łukaszu, wspomniałeś mi, że pochodzisz ze świata pogańskiego. Co to znaczy?
Zostałem ochrzczony przy ślubie rodziców, jak miałem roczek. Rodzice nie uczęszczali do kościoła i nigdy nas tego nie nauczyli. Chodziliśmy do kościoła, aby poświęcić pokarmy i kojarzyłem kościół tylko z koszyczkiem.

Chodziłeś na katechezę.
Tak, chodziłem, ale byłem trudnym uczniem. Do sakramentu bierzmowania nie podszedłem. Polemizowałem z wieloma osobami. Wydaje mi się, że jedną osobę odciągnąłem od wiary. Tak żyłem sobie aż do studiów.

Czyli w domu nie było żadnych praktyk religijnych?
Żadnej. Mój tata jest wojującym racjonalistą i uważa, że nauka wszystkim steruje. Mama mówi, że wierzy w Boga, ale po swojemu. Mój dziadek jest akupunkturzystą, radiestetą i bioenergoterapeutą. W Mongolii znalazł go tamtejszy uzdrowiciel, zbadał jego energię i powiedział, że taki człowiek musi leczyć. Nauczył go akupunktury, wyczuwania energii, znajdowania chorych miejsc. Dziadek po powrocie z Mongolii, gdzie był świetnym specjalistą technicznym, rzucił wszystko i zaczął ludzi leczyć. Ja od małego dziecka byłem leczony akupunkturą, a potem zostałem wyznaczony jako następca mojego dziadka. I też poszedłem na studia do Bydgoszczy, aby skończyć akupunkturę, żeby mieć papier. Dziadek opowiadał mi różne historie, miał też swoją interpretację Pisma Świętego. Świat duchowy troszeczkę istniał dla mnie, ale Kościół nie.

A rodzice przyjmowali księdza po kolędzie?
Nie, do dzisiaj nie przyjmują.

Mają jakiś uraz do Kościoła?
Mój tata jest głęboko poraniony przez swoich rodziców. To znaczy moi dziadkowie ze strony taty byli alkoholikami.

Wróćmy do Ciebie. Masz 19 lat. Idziesz na studia…
Udaje mi się dostać na fizjoterapię.

Do Bydgoszczy?
Nie, Bydgoszcz była równolegle w czasie studiów z fizjoterapii. Między pierwszym a drugim rokiem studiów na fizjoterapii kolega, który jak się później okazało, chodził do duszpasterstwa, zabrał mnie na praktyki do domu dla osób niepełnosprawnych w Pykoszowie pod Kielcami. Tam jest taki dom, gdzie odbywają się turnusy rehabilitacyjno rekolekcyjne. Powiedział mi tylko, że można zrobić praktyki, i że jest bardzo fajnie. Nie powiedział jak to wygląda. Przyjeżdżam na miejsce, a tam codziennie modlitwy, także przed każdym posiłkiem. Było to dla mnie zupełnie obce. Byłem wściekły na mojego kolegę. Ale jeszcze się okazało, że byliśmy jedynymi chłopakami na turnusie, na którym było 15 osób na wózkach. I miałem okazję poznać wszystkie osoby z niepełnosprawnościami.

Foto: Łukasz Kotecki, Dębowiec Centrum Pojednania „La Salette”

Tam pierwszy raz spotkałem osoby wierzące, które są szczęśliwe mimo tego, że są niepełnosprawne. To było dla mnie jak zderzenie ze ścianą, bo ja miałem problemy sercowe, różne, z pieniędzmi, a oni mieli problemy totalnie życiowe. Ja za mojego podopiecznego wszystko robiłem, obsługiwałem go wszędzie, pionizowałem, a on wierzył w Boga i widziałem po nim, że był szczęśliwy. To było dla mnie nie do przejścia. W dodatku ci wszyscy wolontariusze i wolontariuszki to były przeserdeczne osoby i nie widziałem w nich fałszu. Czułem się tam rewelacyjnie. I pojawiały się pytania…

Długo trwał turnus?
Dwa tygodnie, ale ja zostałem aż na trzy turnusy. Sześć tygodni, więc Pan Bóg miał dużo czasu. Na drugi turnus przyjechał młody ksiądz, który zauważył, że ja nie uczestniczę w liturgii. Przywoziłem mojego podopiecznego do kaplicy, wychodziłem i wracałem, kiedy wszystko się skończyło, aby go zabrać. Ten ksiądz powiedział mi, że dla tych osób jest bardzo ważne, kiedy opiekun jest na Mszy św. razem z nimi. Zrozumiałem to i uznałem, że powinienem przyjść… Usłyszałem wtedy kazanie, które zasiało we mnie dużą wątpliwość. Poszedłem na rozmowę z księdzem, która trwała z półtorej godziny i skończyła się spowiedzią, taką z całego życia.

Od tego momentu zaczęła się przemiana…
Tak. Ja nie wiedziałem jakie są wymogi życia katolika. I zaczęła się walka z tej drugiej strony. Zły zaczął o mnie walczyć. Tam, jeszcze w tym Pykoszowie, zakochałem się bez pamięci. Po powrocie do Wrocławia, przeżyłem duże załamanie duchowe. We Wrocławiu mieszkałem w kawalerce, którą mój tata wynajmował, bo szukał pracy we Wrocławiu i nie znalazł jej. Znalazłem kolegę na kawalerkę, który miał przyjaciela dilera. I ten diler zaczął u nas sprzedawać marihuanę. Ja na początku miałem za darmo. I zaczęło się… Brałem przez sześć miesięcy dzień w dzień. Pojawiły się potworne lęki, paranoiczne zachowania. Zacząłem się bardzo mocno interesować teoriami spiskowymi. Stwierdziłem, że ten świat jest opanowany przez zło i postanawiam z sobą skończyć.

Podjąłeś próbę samobójczą?
Poszedłem na balkon, żeby skoczyć. Do dziś pamiętam uczucie, jakie ma człowiek, który wie, że zaraz umrze. Doprowadziła mnie do tego beznadzieja. Coś strasznego… i idę na balkon, żeby skoczyć. Słyszałem podszepty złego: – skacz na głowę, bo to jest drugie piętro. Nie zabijesz się jak skoczysz na nogi, skacz na głowę… Już jestem gotowy do skoku, ale tata zostawił na balkonie siatkę na gołębie. Potem jak patrzyłem, gdzie są jeszcze siatki, to była tylko na jeszcze jednym balkonie, a był to 10 piętrowy blok. Podchodzę do tej siatki i myślę, co ja mam zrobić z tą siatką? Ale już straciłem decyzję. I nagle spłynęła do mnie świadomość, co ja chcę robić.

Chodziłeś wtedy na Mszę św.?
Tak, przez cały czas.

I co było dalej?
Upadłem na kolana, płacząc – byłem pod wpływem narkotyków – powiedziałem: Panie Jezu ratuj! Jeśli jesteś, jeśli to wszystko jest prawdą, to zabierz ode mnie narkotyki, lęki, a ja będę już Twój, bo ja sobie z tym życiem nie radzę, Tobie oddaję moje życie. Kiedy wstałem z kolan, poczułem błogi pokój w sercu. Miałem poczucie, że wszystko będzie dobrze. Za dwa dni tata dostał pracę we Wrocławiu i kolega musiał się wyprowadzić. Tata się wprowadził i wtedy zobaczył, na co tak naprawdę poszły jego pieniądze. Moja głowa nie została od razu uzdrowiona. Żeby wrócić do normalności, potrzeba było czasu. Studia były zawalone totalnie. Tata załamany, mama załamana. Wróciłem do Żar, rodzinnej miejscowości. I tam zaczęła się porządna formacja Pana Boga. Codziennie rano byłem na Mszy Świętej, czytałem Pismo Święte, niemal spijałem słowa z Pisma Świętego. Pan Bóg mi pokazał wiele rzeczy, które były złe w moim życiu i mi je zabierał. Wulgaryzmy, jakieś problemy z nieczystością, masturbacja, to mi to zostało zabrane. Wyleczył mnie Pan Bóg z bardzo wielu rzeczy. Potrafiłem robić trzydniowe posty. Żyłem wielką ascezą, modliłem się, godzinami czytałem Pismo Święte.

A co rodzice na to?
Po trzech miesiącach rodzice wyrywali sobie włosy z głowy, bo nie wiedzieli, co się ze mną dzieje… Do dzisiaj moje nawrócenie łączą z narkotykami, że te one mi namieszały w głowie. Jednak powoli widzą, że to jednak Bóg, który wtedy mnie uratował, że to On wziął mnie na swoją terapię, uleczył mnie i dał mi radość życia,

Masz mocne doświadczenie Boga…
Tak, Bóg mocno zadziałał. Kiedy wróciłem na studia, to ten sam kolega, który mnie kiedyś zabrał na praktykę do Pykoszowa, teraz zadzwonił i powiedział, że jest duszpasterstwo Wawrzyny i jest tam ks. Orzechowski, i żebym przyszedł. Jak usłyszałem ks. Orzechowskiego, to rozpłakałem się i szybko pobiegłem do niego do spowiedzi. Zostałem w Wawrzynach, to był dla mnie taki drugi dom. I „Orzech” nauczył mnie wiary. Uporządkowała mi się głowa, bo wszystko było takie pływające. Ten sam kolega, który zabrał mnie do Pykoszowa i do Wawrzynów poznał mnie z Anią, obecnie moją żoną.

W czasie studiów się pobraliście?
Nie, ja już byłem po studiach, a Ania jeszcze przez dwa lata studiowała, a przystąpiła do obrony trzymając Stasia na rękach. Dziś mamy czwórkę wspaniałych dzieci. Jedno jest u Pana Boga. Mamy anioła, który wstawia się za nami niebie.

Wytrwaliście w czystości przedmałżeńskiej?
Tak, pomimo moich problemów, to przez 5 lat żyliśmy z Anią w czystości przedmałżeńskiej. Pan Bóg dał nam taką łaskę. Człowiek jest w stanie nad sobą zapanować. Orzech często nam mówił, że to nie ogon macha psem, tylko pies ogonem. Tak nas też wychowywał i Orzecha mogę nazwać moim ojcem prawdziwym, bo od taty nie dostałem nauki życiowej, takiej podstawowej, a Orzech mi ją ukazał. Po tych kilku latach napisałem do taty list, żeby się rozliczyć z przeszłością. Trzynaście stron, chyba z miesiąc pisałem, ale napisałem. Dałem tacie. I pojednaliśmy się ze sobą.

Co tata powiedział?
Tata jest skrytym człowiekiem, ale ja znając jakieś strzępy jego dzieciństwa napisałem do taty, że wiem, co on przeżywał, że wiem dlaczego nie miał możliwości być dla mnie takim ojcem, o jakim sobie marzyłem, bo sam nie miał ojca…

Jesteście we wspólnocie w Kościele?
Tak, po Wawrzynach wstąpiliśmy do wspólnoty Wiosna Rodzin, która powstała przy Orzechu. Są to małżeństwa, które po duszpasterstwie akademickim chciały się dalej spotykać. We wspólnocie jesteśmy od pięciu lat, a dziś uczestniczymy w tygodniowych rekolekcjach w Dębowcu.

 


 

20 listopada 2020

Styl życia Rodziny z Nazaretu

Miłości nie można zredukować wyłącznie do seksu.

Z kaznodzieją Domu Papieskiego Ojcem Raniero Cantalamessa OFMCap
rozmawia ks. Bohdan Dutko MS

Przez wiele lat był ojciec blisko Jana Pawła II. Proszę powiedzieć, jakie miejsce w Jego nauczaniu miała rodzina chrześcijańska?
Jan Paweł II był wielkim orędownikiem rodziny. Stworzył w Rzymie Instytut Studiów nad Rodziną. Nie ma dokumentu, w którym by nie podkreślał doniosłej roli rodziny. Jan Paweł II walczył o rodzinę. Widzieliśmy, jaką troską otaczał dzieci. Zewnętrznym tego znakiem było błogosławienie i obejmowanie dzieci, gdy przechodził pośród wiernych. Posiadał niezwykłą wrażliwość także na kwestie rodziny. Napisał jedną z najważniejszych książek Mężczyzną i niewiastą stworzył ich dotyczących teologii ciała, która zainspirowała wiele badań i refleksji i która przyczyniła się do odnowy naszej wizji cielesności, a także pośrednio naszej wizji seksualności i rodziny. Przedstawił w tej książce niezwykle pozytywną wizję ciała, seksualności i rodziny.

Czym jest rodzina chrześcijańska?
Na międzynarodowym spotkaniu rodzin w Meksyku, które odbyło się dwa lata temu, wygłosiłem referat na temat małżeństwa i rodziny w Biblii, ten tekst jest osiągalny w internecie. Wizja małżeństwa i rodziny pochodzi z planu Bożego i nie jest oparta, jedynie na różnicy między mężczyzną i kobietą, ale istnieje w planie miłości Boga, który na początku stworzył rodzinę i małżeństwo. Bóg jest miłością i to odbija się także w planie wobec rodziny. Żaden bóg pogański nie został tak określony. Tylko Bóg chrześcijan jest miłością i z miłości stworzył człowieka jako mężczyznę i kobietę, różnych pod względem płci. A więc rodzina chrześcijańska jest chrześcijańską w takim stopniu, w jakim jest odblaskiem tej miłości Boga Stworzyciela i żyje według planu Bożego. Jezus w Ewangelii podkreśla, że zamysł Boży został zmanipulowany i mówi, że na początku było inaczej. Jezus w odpowiedzi na wszystkie zniekształcenia przypomina o właściwej wizji małżeństwa i rodziny. Owe zniekształcenia, dotyczyły nie tylko rozwodu, ale także dominacji mężczyzny nad kobietą, zniewolenia kobiety, możliwości oddalenia kobiety przez męża. Można tu także dodać przedkładanie interesu ekonomicznego potomstwa nad miłość wzajemną. A więc były to elementy kultury grzechu. Jezus proponuje powrót do pierwotnego planu Boga, kiedy mówi, iż na początku tak nie było, ponieważ Bóg stworzył mężczyznę i kobietę, i mężczyzna opuści ojca swego i matkę swoją itd… A więc rodzina chrześcijańska jest rodziną biblijną odnowioną przez Jezusa. Stało się podobnie jak w Starym Testamencie, że ten pierwotny zamysł Boga został zniekształcony i następnie Jezus odnowił go i uświęcił jako sakrament.
Sobór Watykański II dokonał ogromnej pracy, aby ponownie ukazać wielki plan Boga dotyczący rodziny i małżeństwa, w którym celem małżeństwa nie jest tylko prokreacja, ale także miłość wzajemna. W ten sposób Sobór przywrócił biblijny obraz rodziny.

Mówił Ojciec o obrazie rodziny w Starym Testamencie, ale przecież już na początku Nowego Testamentu ukazana zostaje nam wizja rodziny; jakie cechy rodziny z Nazaretu są ważne dla rodziny dzisiejszej? Które z nich Ojciec uważa za godne podkreślenia?
Byłoby dobrze znać z bliska życie rodziny z Nazaretu, ale niestety, nie możemy tego powiedzieć. Na pewno było to życie w pełni ludzkie i bogate. Niestety, Święta Rodzina została zredukowana do ładnych obrazków, na których wszystko jest ascetyczne do tego stopnia, że przedstawione osoby nawet się nie dotykają. Tymczasem Maryja pozostała dziewicą, ponieważ naprawdę małżeństwo Maryi i Józefa było małżeństwem wyjątkowym. Na pewno między nimi była pełnia miłości, czułości, których zwykła rodzina ludzka nigdy nie osiągnie. Jest jeden punkt, który odróżnia Rodzinę z Nazaretu od normalnych rodzin. Zwykła rodzina ma jako jeden z celów narodziny potomstwa, natomiast rodzina Maryi i Józefa miała strzec dziewictwa Maryi, a nie zrodzenie potomstwa.

W jednej z homilii na temat małżeństwa podkreślałem, że właśnie z tego punktu widzenia Rodzina z Nazaretu może być przykładem dla współczesnych rodzin. Dzisiaj w małżeństwach przeważa element materialny i erotyczno-seksualny, i odkrycie miłości pełnej akceptacji i cierpienia, która idzie poza atrakcyjność fizyczną, jest konieczne, ponieważ dzisiaj widzimy małżeństwa, które rozpadają się natychmiast, gdyż opierają się wyłącznie na atrakcyjności fizycznej i seksualności, które nie są w stanie utrzymać małżonków przy sobie na całe życie. Od Rodziny z Nazaretu możemy nauczyć się, że miłości nie można zredukować wyłącznie do seksu, że miłość to coś o wiele więcej.

Rodzina z Nazaretu była świadoma swej tożsamości. Czy współczesna rodzina chrześcijańska ma podobną świadomość i jest na tyle wewnętrznie mocna, aby nie ulec silnej „katechezie” świata o rodzinie całkowicie sprzecznej z nauczaniem Kościoła?
Rodzina z Nazaretu to rodzina, która żyła wyłącznie Bogiem. Porównanie więc z rodziną współczesną zależy od tego, do jakiego stopnia ta rodzina żyje wiarą chrześcijańską?! Jeśli są to rodziny, które od czasu do czasu idą do kościoła i żyją wiarą na takim poziomie to jasne, że nie mają odpowiedniej zdolności do życia Bogiem na co dzień, co nadałoby sens wszystkiemu w ich życiu. Dlatego Święta Rodzina pozostanie na zawsze w pewnym oddaleniu, inaczej mówiąc jest trudno osiągnąć jej styl życia. Kiedy rodzina chrześcijańska przeżywa głęboko plan Boga i stawia w centrum Boga, wtedy naśladuje wzór Rodziny z Nazaret.

Jakie miejsce dla rodziny wskazuje Nowa Ewangelizacja? Czy w ogóle jest dla niej miejsce?
Oczywiście, jest miejsce dla rodziny w ewangelizacji. Dzisiaj dają nam przykład tego niektóre ruchy, jak np. wspólnoty neokatechumenalne, które ewangelizują jako rodzina. Jest to jednak pewien wyjątek, ponieważ trudno jest całej rodzinie zmienić miejsce pracy i zamieszkania, kapłanom czy zakonnikom jest w tym łatwiej. Są jednak inne jeszcze sposoby ewangelizowania przez rodzinę – są rodziny, które przyjmują i oferują pomoc w ewangelizacji, są małżeństwa, które prowadzą kursy przedmałżeńskie, są też rodziny, które przyjmują misjonarzy i rodziny, które organizują w swoich domach spotkania ze Słowem Bożym. W Rzymie były także takie misje, kiedy rodzina użyczała swojego mieszkania na spotkanie z innymi z sąsiedztwa, aby przeżywać spotkanie ze Słowem Bożym. Istnieje wiele sposobów na uczestniczenie rodziny w ewangelizacji. Oczywiście sama rodzina jest także wezwana, by być ewangelizowana.

—————————-
Ojciec Raniero Cantalamessa jest kapucynem, od wielu lat pełni funkcję kaznodziei Domu Papieskiego. To jeden z najmądrzejszych i najbardziej rozkochanych w Słowie Bożym duchownych. Jego książka „Życie w Chrystusie” była jedną z tych, które bardzo mocno ukształtowały wiele osób.
Papież Franciszek mianował go kardynałem.

2 listopada 2020

Szedł ku świętości

Wspomnienie o biskupie Janie Niemcu w dniu Wszystkich Świętych 2020 roku

Mam bardzo wiele wspomnień i myśli o moim przyjacielu biskupie Janie Niemcu. Miałem ten dar być blisko niego ostatnie 8 lat. On szedł ku świętości i Bóg uczynił go świętym.

Zostałem biskupem pomocniczym diecezji kamieniecko-podolskiej tylko dlatego, że Pan Bóg doświadczył Jana cierpieniem, krzyżem wieloletniej choroby i przez to nie mógł być fizycznie obecny w diecezji.  Z pewnością podczas tej choroby służył Kościołowi na Podolu i na Ukrainie z wielką intensywnością modlitwy, ofiary cierpienia i miłości. Chciał być zdrowy, szukał lekarzy, prosił o cud, ale pokornie akceptował wolę Pana. Naprawdę był bardzo doświadczony cierpieniem, ale gdy się go widziało, z nim rozmawiało, to odnosiło się wrażenie, że to jest najszczęśliwszy człowiek na ziemi.

Wiem, że też miał on swoje walki i trudne chwile zwłaszcza w okresie, gdy musiał przebywać w domu swojej mamy. Biskup w najlepszym wieku dla posługiwania, pełen doświadczenia i mądrości był zmuszony pozostawać w swojej „celi”. Nie mógł głosić, choć był pełen słowa. Kiedyś go odwiedziliśmy w Polsce z biskupem Leonem. Po chwili rozmowy prawie wykrzyknął: „Słuchajcie! Zrobię wam medytację biblijną”. Jego kręgosłup był potrzaskany. Światowej sławy profesor z Monachium, który oglądał kręgosłup Jana stwierdził, że jeszcze nie widział kręgosłupa w tak złym stanie. Ból towarzyszył mu cały czas.

Droga do świętości biskupa Jana  to otwartość na  natchnienia do poświęcenia i całkowitego ofiarowania się. Te natchnienia przychodziły pewnie już w dzieciństwie, ale tutaj wspomnę o tych z miłości do ojczyzny, którą bardzo kochał. Tworzenie NZS na uczelni, pisanie listu do władz ze sprzeciwem wobec stanu wojennego, organizowanie marszów i przemawianie podczas nich. A później głos powołania podczas rekolekcji, na które przyjechał z dziewczyną. Wtedy przyszło do niego słowo: „Twoje miejsce jest po drugiej stronie”. I poszedł w tę drugą stronę z całą radykalnością. I tak już było do końca – z całą determinacją szedł ku świętości.

Gdy myślę o świętości i myślę o biskupie Janie, to wydaje mi się, że najważniejsze jest pragnienie świętości. On miał odwagę odczuć to pragnienie i być mu wiernym.

Nie urodził się święty, choć już od początku jego życie na ziemi było rodzicom cudownie podarowane. Miał umrzeć, ale modlitwa i łaska Boża dała mu życie i odwagę i determinację, by iść ku świętości. Jeśli widział, że coś jest przeszkodą na tej drodze do świętości, to to odrzucał. Zobaczył, że posiadanie notebooka mu nie pomaga, to od razu go komuś podarował. Gdy poczuł, że nawet małe ilości alkoholu mu nie służą na drodze do świętości, bez żalu z tego zrezygnował. Pan Bóg dał mu to pragnienie świętości i prowadził go najlepszą drogą – doskonalił Swego sługę przez cierpienie. Dał mu też w pewnym okresie dar łez. Biskup Jan płakał, gdy mówił o miłości Chrystusa do siebie grzesznika.

Po siedmiu latach choroby Pan dał mu przebywać większość czasu na Ukrainie. Jego głoszenie słowa, jego spowiedzi, jego przepiękne pełne miłości i szacunku wizytacje… Mógłby nam jeszcze wiele głosić, bo był pełen słowa i coraz bardziej przeniknięty miłością. Mógłby jeszcze obdarować swoją pełną pokoju obecnością wiele parafii i księży podczas wielodniowych wizytacji.  Pan go zabrał. Misterium Bożej miłości. Jan przeczuwał to, bo był w głębokiej intymnej relacji z Panem. Gdy go przewoziliśmy ze szpitala w Kamieńcu do  Polski, był jak baranek… Takie duże oczy, taki maleńki i pokorny, zjednoczony ze swoim cierpieniem… i Bogiem. Prosił: „zabierzecie mnie do kurii, pomodlimy się kompletą i umrę”.

Do końca wyznawał swoją nędzę, a Pan coraz bardziej czynił go świętym.

Od 25.06.2020 roku zaczął prowadzić zapis swoich modlitw. Historia tych modlitw zaczyna się od wpisania aktu całkowitego oddania się Najświętszej Maryi Pannie, uczynienia się jej niewolnikiem. Każdego dnia zapisywał modlitwę na całą stronicę. Zawsze była ona związana ze słowem z danego dnia czy patronem danego dnia. Ale to, co powtarzało się prawie zawsze, jeśli nie zawsze, to uwielbienie Ojca – Tatusia, Uwielbienie Syna i Ducha. Dziękowanie za  Matkę Bożą, prośba o skruszone serce i dziecięcą uległość Ojcu. Mocne w słowach wyznawanie swej nędzy i grzeszności, oddawanie się Sercu Maryi. I tak każdego dnia, aż do 9 października. Każdego dnia na nowo wyznawanie miłości, prośba o  skruszone serce i dziecięcą uległość, wyznawanie swej nędzy i oddawanie się Maryi.

10  października już nie mógł zapisać tego, co odczuwał. Później ze szpitala rozsyłał już krótkie SMS-y z Dobrą Nowiną i chyba ten najpiękniejszy: „kocham” tuż przed śmiercią.  Czy może być coś większego na tej ziemi… i w niebie?  

W ostatnią niedzielę przed śmiercią poprosił o jabłka, bo przyszedł mu na nie smak. Wydawało się, że będzie żył, ale Bóg, jego Ojciec chciał mu już dać skosztować owoców z Drzewa Życia.  Myślę, że Jan już smakuje te owoce Życia w Bogu, bo przyszedł z wielkiego ucisku i wybielił swoje szaty we krwi Baranka. Umarł Święty. Bóg, jego najlepszy Ojciec odpowiedział w pełni na jego pragnienie świętości.

Biskup Radosław Zmitrowicz OMI

28 października 2020

CIERPIENIE JEST DAREM

Z Janem Niemcem Biskupem pomocniczym diecezji kamieniecko-podolskiej rozmawia ks. Bohdan Dutko MS

Na czym polega choroba Księdza Biskupa?           
Był rok 2008, grudzień. Jeździłem po diecezji kamieniecko−podolskiej głosząc rekolekcje, a że nie mam samochodu, wierni wozili mnie z jednej parafii do drugiej. Zdarzały się przeziębienia, grypa, gorączka… Zażywałem leki w nadziei, że choroba minie i jechałem dalej. W lutym zachorowałem na półpasiec, którego też nie doleczyłem. W krótkim czasie poczułem bezwład lewej strony ciała. Zacząłem utykać na nogę. Następnie nastąpił zanik mięśni. Nie mogłem chodzić o własnych siłach, przytrzymywałem się ściany. 14 kwietnia, po świętach paschalnych, wróciłem do Polski i znalazłem się w szpitalu w Rzeszowie. Praktycznie nie mogłem już poruszać się o własnych siłach. Zdiagnozowano u mnie polineuropatię – zniszczenie korzeni nerwowych, co spowodowało zanik mięśni. Później okazało się, że mam także zanik tkanki kostnej i ostrą osteoporozę, co doprowadziło do złamania piętnastu kręgów. Po rehabilitacji chodziłem o kulach, a w szpitalu jeździłem na wózku. Nie mogłem się za bardzo ruszać, bo łamały się kości. Tak to trwa do dzisiaj. Ostatnio lekarze podejrzewają u mnie także nowotwór w węzłach chłonnych…

Zatem jak ten kręgosłup się utrzymuje?
Zmniejszyłem się o dziesięć centymetrów. Mam cztery różne rodzaje gorsetów. Struktura moich kości jest chora i dlatego każdy przejazd może spowodować kolejne złamania, a wiadomo, jakie są drogi na Ukrainie.

Jak Ksiądz Biskup przyjmuje to cierpienie?
Oczywiście pytałem, dlaczego to cierpienie dotyka mnie, jak je rozumieć. Ale nie pamiętam, żebym się buntował. Raczej odczytuję moje cierpienie w kategoriach daru.

Daru? Księże Biskupie, cały świat ucieka od cierpienia, dopatrując się w nim kary Bożej, a Ksiądz Biskup nazywa je darem?
W Biblii, w Liście do Rzymian, czytamy: „Wiemy też, że Bóg z tymi, którzy Go miłują, współdziała we wszystkim dla ich dobra, z tymi, którzy są powołani według [Jego] zamiaru” (8,28). Natomiast św. Hieronim w Wulgacie mówi tak: „Dla tego, który kocha Boga, wszystko zmierza dla jego dobra, co mu się zdarza w jego życiu, zmierza dla jego dobra”. To bardzo przemówiło do mnie. Św. Hieronim i Orygenes komentując historię Hioba, mówią, że jest on figurą Jezusa Chrystusa, figurą chrześcijanina i figurą Kościoła. Wobec utraty wszystkiego wyznaje: „Bóg dał, Bóg wziął, niech imię Jego będzie błogosławione”. Szatan obsypał Hioba złośliwym trądem od czubka głowy do ostatniego palca, w jego ranach i w całym ciele zagnieździły się robaki, a Hiob nie zbluźnił przeciwko Bogu. Więcej, wyznał: „Dobro z rąk Boga przyjąłem, czemu zła przyjąć nie mogę?”

Ale Ojcowie Kościoła komentując ten tekst mówią, że Szatan nie dotknął go całego…
Tak, to prawda. Zostawił mu język, aby miał czym przeklinać Boga. Szatan namawia nas, żebyśmy nie wierzyli, że dla tych, którzy kochają Boga, wszystko zmierza dla ich dobra. Pan Bóg nie wyjaśnił Hiobowi do końca sensu cierpienia. Ale Ojcowie Kościoła mówią, że Hiob wiedział, że dla tego, który kocha Boga, wszystko zmierza ku dobru.

Ale przy Hiobie została żona i trzech przyjaciół…
Żona namawia Hioba do przeklinania Boga, a przyjaciele z mentalnością starotestamentalną (cierpienie jest karą za grzech) tłumaczą jego sytuację. Ojcowie Kościoła mówią, że żona i ci trzej przyjaciele to jest świat naszych uczuć, z którym jesteśmy tak związani, jak z żoną. Do niewiary w miłość Boga i do odrzucenia cierpienia każdego dnia namawiają nas szatan, nasze serce i świat. Hiob jest figurą Jezusa Chrystusa, ale Hiob jest również figurą chrześcijanina. A chrześcijaninowi na początku się wydaje, że jego szczęście zależy od pieniędzy, od bogactwa, od zdrowia. Ale później, kiedy w życiu doświadczy także przykrych rzeczy, zaczyna rozumieć, że jego szczęście zależy od Boga, a wszystko inne Pan Bóg mu da. Biblia mówi, że Hiobowi Pan Bóg wszystko przywrócił w dwójnasób. Pan Bóg woła przyjaciół Hioba i zarzuca im, że nie mówili prawdy o Nim i że powinien ich teraz ukarać. Ale nie czyni tego, gdyż Hiob wstawił się za nimi. Chrześcijanin to jest człowiek, który wstawia się za zbawieniem świata. Jeżeli przyjmie tajemnicę cierpienia, która pojawi się w jego życiu, to ona będzie tajemnicą zbawczą, będzie prowadzić do zbawienia.

Czy cierpienie to język miłości Boga do człowieka?
Jan Paweł II nauczał, że cierpienie nie jest ani karą za grzechy, ani odpowiedzią Boga na zło człowieka. Cierpienie można zrozumieć tylko i wyłącznie w świetle Bożej miłości, która jest ostatecznym sensem istnienia na tym świecie. Święta siostra Faustyna mówiła: „Cierpienie jest wielką łaską. Przez cierpienie dusza upodabnia się do Zbawiciela, w cierpieniu krystalizuje się miłość. Im większe cierpienie, tym miłość staje się czystsza” (Dzienniczek nr 57). A w 303 numerze czytamy: „Wielka miłość rzeczy małe umie zamieniać na rzeczy wielkie i tylko miłość nadaje czynom naszym wartość, a im miłość nasza stanie się czystsza, tym ogień cierpień mniej będzie miał w nas do trawienia i cierpienie przestanie być dla nas cierpieniem. – Stanie się nam rozkoszą”.

A ksiądz profesor Tischner, kiedy jeździł „Tischner−mobile” mówił, że cierpienie nie uszlachetnia…
Ja jednak uważam, że mimo wszystko cierpienie uszlachetnia człowieka. Jan Paweł II twierdził, że człowiek uszlachetnia cierpienie…

Papież Benedykt XVI przypomina nam, że „Głoszenie Ewangelii będzie się zawsze dokonywało pod znakiem krzyża. Oto czego muszą się uczyć na nowo uczniowie Jezusa we wszystkich pokoleniach. Krzyż jest i pozostanie znakiem Syna Człowieczego w walce z kłamstwem i przemocą. Prawda i miłość nie mają w gruncie rzeczy żadnej innej broni poza świadectwem cierpienia”. Jak odkrywać tajemnicę krzyża, w którą wpisane jest cierpienie?
Św. Paweł mówi, że krzyż jest zgorszeniem dla Żydów, głupstwem dla pogan, a dla nas jest chlubą w Jezusie Chrystusie Panu. Co to znaczy? Żydzi byli ludźmi religijnymi, chodzili do synagogi, modlili się, słuchali słowa Bożego… Podobnie jest w moim życiu: modlę się, chodzę na mszę św., odmawiam różaniec… Mogę być księdzem czy biskupem, ale kiedy spada na mnie cierpienie, stawiam pytanie: „Dlaczego ja?” Patrzę na łajdaka, który żyje z innymi jak pies z kotem, kradnie, upija się, cudzołoży i wtedy zastanawiam się, dlaczego ja, a nie on. Jeżeli krzyż uznam za głupstwo, albo zgorszę się nim, wtedy nie spotkam Boga. I wtedy nie umrze mój grzech, bo na krzyżu umiera mój grzech. Bóg uczynił grzechem Tego, który nie znał grzechu. Jezus Chrystus wziął na siebie krzyż za nasze grzechy i przybił je do krzyża.

Jak się modli Ksiądz Biskup w cierpieniu?
To zależy kiedy. Jak miałem sepsę i gorączkę 40° przez trzy dni nie odprawiałem mszy św., nie mogłem nawet różańca odmówić. Dostawałem drgawek i traciłem przytomność. Coś pięknego… A modlę się tak, jak każdy. Czasem modlę się więcej, a innym razem mniej. Modlę się w nocy, bo czasem tak boli, że nie mogę spać. Bywa tak, że ciągle mnie boli. Modlę się moim bólem. Modlę się z Kościołem przez cały czas.

Wraz z chorobą zmienił się sposób posługi biskupiej. Czy tak po ludzku nie żal Księdzu Biskupowi?
Na Ukrainie być biskupem to coś wspaniałego. A czy nie żal… Z jednej strony żal, a z drugiej nie. Odczytuję to moje doświadczenie jako wielką łaskę, również z tego względu, że w szpitalu także mogę głosić Ewangelię. Doświadczyłem tego wiele razy. Opowiem o jednym przypadku. Na onkologii spotkałem pacjenta ze Szczytna. Zaprzyjaźniliśmy się i kiedy już miałem wychodzić do domu, on powiedział, że czternaście lat nie był u spowiedzi i poprosił o sakrament pokuty. Wtedy zrozumiałem, po co po raz kolejny przyjechałem do tego szpitala. Po kilku miesiącach zmarł.

Co powiedziałby Ksiądz Biskup tym Czytelnikom, którzy będą czytać tę rozmowę, a nie radzą sobie z cierpieniem…
Pamiętajmy, że w cierpieniu jest Jezus Chrystus. Elie Wiesel, naoczny świadek strasznych egzekucji w Auschwitz opisywał je później. Wspominał m.in. dzień, kiedy powieszono dwóch dorosłych mężczyzn i chłopca, a on wraz z innymi więźniami był zmuszony stać w szeregu i przyglądać się temu. Kiedy zawiśli na pętli, ktoś zza jego pleców krzyknął: „Gdzie jest teraz Bóg?”, a Wiesel, usłyszał w sobie głos, który mu odpowiedział: „Gdzie On jest? On jest tutaj – wisi tam, na szubienicy”. Nie ma takiego cierpienia, w którym by nie cierpiał Chrystus. On jest we mnie, jest ze mną zjednoczony. On nie wyjaśnia nam cierpienia. On po prostu cierpi w nas. Św. Paweł mówi, że w moim ciele wypełniam braki w udręce Chrystusa. Jakie braki udręki Chrystusa możemy nosić w naszym ciele? Takie, których Pan Jezus nie miał, a ty masz. Jak dla przykładu rak… On cierpi w tobie właśnie dzisiaj. Chrystus i Kościół to jest jedno ciało. Dlatego w Kościele dokonuje się zbawienie. Jezus Chrystus jest w nas i my możemy w tym zbawianiu uczestniczyć. Dlatego wszystkim cierpiącym chcę przytoczyć słowa francuskiej mistyczki i stygmatyczki Marty Robin: „Nie cierpcie na próżno, to zbyt smutne...” Jeszcze sięgnę do myśli św. Benedykta: „Bóg nie przyszedł, aby wyjaśnić cierpienie. Przyszedł, aby napełnić je swoją obecnością”, a błogosławiona Matka Teresa z Kalkuty tak mawiała: „Przyjęcie bólu jest darem Boga, jest dojrzałością naszej wiary, świętością życia, jest błogosławieństwem”. Drodzy cierpiący, niech nas umacniają słowa św. Faustyny, która powiedziała, że „dusze odkupuje się tylko przez cierpienie”.

Strzyżów, Luty 2013 r.

10 października 2020

Ci, co zaufali Panu

13 grudnia 2007 roku doszło w naszym domu do potężnego wybuchu. Ścianka murowana oddzielająca dwa pokoje zamieniła się w kupę gruzu.Kilka okien wyleciało z futryn, a całe epicentrum eksplozji było skierowane na mnie. Lekarze w szpitalu wojewódzkim w Rzeszowie nie pamiętali, aby przyjechał do nich człowiek w takim stanie jak ja. Miałem 21 lat.

To, że żyję jest cudem
Podczas wybuchu straciłem lewą dłoń, prawej też się mocno oberwało, mocno popękana czaszka i zniszczona prawa noga. Najbardziej zagrażające życiu były wbite w moje ciało fragmenty ceramicznej miski, która w trakcie wybuchu chemikaliów zadziałała jak szrapnel. Nie udało się uratować moich oczu. Przeszedłem liczne wielogodzinne operacje. Generalnie stan przez długi czas był krytyczny. Przez kilka tygodni moje życie wisiało na włosku. Miałem gorączka podchodząca do 42 stopni, bardzo silne zakażenie organizmu… Powoli wracałem do zdrowia. Świadomość odzyskałem dopiero po półtora miesiąca, pod koniec stycznia, bo wtedy zostałem wybudzony ze śpiączki farmakologicznej. Jak się obudziłem na łóżku to uświadomiłem sobie, że nie widzę, że nie mogę wstać ze względu na ogromne uszkodzenia prawej nogi. Rękami nie mogłem nic zrobić, gdyż lewa cała była zabandażowana (oparzenia trzeciego stopnia), a prawa od nadgarstka była cała w gipsie.

Wtedy uświadomiłem sobie, że tak naprawdę są dwie możliwości, pierwsza − to po prostu się załamać i powiedzieć koniec, już nic z tego życia nie będzie, zostaje tylko rozpacz. Druga możliwość to taka, że bez względu na to, co się stało, muszę się pozbierać i z tego, co jeszcze pozostało zrobić coś sensownego. Dla mnie tak naprawdę liczyła się opcja druga, pierwsze nie wchodziła w grę.

Uświadomiłem sobie, że o własnych siłach to się nie uda, że to wykracza poza możliwości człowieka, i wtedy z pomocą przyszedł mi Pan Bóg. Bóg nie był nowością w moim życiu. Wychowałem się w rodzinie katolickiej, byłem ministrantem, zawsze jakoś starałem się być blisko Pana Boga, aczkolwiek nie mogę powiedzieć, że Bóg był zawsze numer jeden w moim życiu, nie, to tak nie było, natomiast zawsze był w czołówce. Ale wtedy po raz pierwszy w życiu uświadomiłem sobie, jak bardzo Pana Boga potrzebuję, i On mnie nie zawiódł. Powiedziałem tak: Panie Boże, to co się stało przekracza moje własne możliwości, ja będę się starał co tylko będę mógł, będę robił krok po kroku, dzień po dniu, a jakie będą tego efekty, pozostawiam Tobie. Wiedziałem, że nie będzie tak samo jak było, że oczy odrosną, ręce wyzdrowieją, że będzie wszystko po staremu, ale nabrałem pewności, że będzie dobrze. Nie wiedziałem w jaki sposób i kiedy. Przestałem się martwić…

W ciągu trzech lat przeszedłem ponad dwadzieścia różnych operacji, od największych ratujących życie, po drobne zabiegi natury kosmetycznej. Bardzo szybko wracałem do zdrowia, co lekarzy wprawiało w zaskoczenie. Na dzisiaj jestem zdrowy, poza tym, że widać czego mi brakuje, a wszystko pozostałe jest w najlepszym porządku. Chodzę po górach, jeżdżę na rowerze na tandemie, pływam, uprawiam różne aktywności fizyczne.

Miłość
Przed wypadkiem byłem zaręczony. Chodziliśmy ze sobą pięć lat i zamierzaliśmy się pobrać, ale po wypadku wszystko zaczęło się rozpadać. Modliłem się o utrzymanie tego związku, bo mi bardzo na nim zależało. Miałem wrażenie, że Pan Bóg jest głuchy na moje prośby. Dopiero w pewnym momencie postanowiłem zaufać Panu Bogu. Zdałem się zupełnie na Niego. Kiedy starałem się utrzymać ten związek, to tak naprawdę mówiłem: Panie Boże, nie to, co Ty chcesz, tylko to, co ja chcę.

foto https://www.fakt.pl/wydarzenia/polska/nie-mam-oczu-i-reki-ale-kocham-zycie/

Bo ja wymyśliłem, że to ma być konkretnie ta dziewczyna, nie inna, i nie widziałem innego rozwiązania. Kiedy sobie to uświadomiłem, to przestałem prosić Pana Boga o tą konkretną relację, tylko zacząłem prosić Pana Boga o dobrą żonę. W bardzo krótkim czasie ta znajomość się zakończyła, i niedługo później w moim życiu pojawiła się Ania. Znaliśmy się od początku studiów, była świetną koleżanką, mogę powiedzieć fantastyczną przyjaciółką, ale ja w tym pierwszym związku byłem tak strasznie zadurzony, że nie wiedziałem jacy wspaniali ludzie są dookoła mnie. Ja tak naprawdę straciłem wzrok, żeby przejrzeć na te inne oczy, żeby zacząć widzieć… Zacząłem się spotykać z Anią.

Ciężko mi było sobie wyobrazić, że ta znajomość może się przekształcić w coś więcej, bo zdawałem sobie sprawę, że nie jestem już takim człowiekiem jaki byłem przedtem, że moja atrakcyjność uległa zmianie. Ale Ania nie patrzyła na to z perspektywy tego czego mi brakuje, tylko patrzyła jak na człowieka, którym jestem. Po pół roku od naszego pierwszego spaceru oświadczyłem się. Ania była bardzo zaskoczona. Oczywiście oświadczyny przyjęła i dziewiątego października 2010 roku pobraliśmy się. Mamy dwójkę fantastycznych dzieciaków. Marysia w tym roku skończy osiem lat, a Olgierd pięć lat. Jesteśmy kochającą się rodziną. Jestem szczęśliwym człowiekiem!

Nauka
Jednym z wielu moich zmartwień była świadomość potencjału, który we mnie jest, i tego, że się zmarnuje. Ale zostawiłem to Panu Bogu, wierząc, że Duch Święty wszystko pchnie w odpowiednim kierunku. Kiedy leżałem jeszcze w szpitalu odwiedził mnie mój prodziekan oddziału i powiedział: Marcin, wracaj do zdrowia, my na ciebie czekamy, wracaj na uczelnię. Pomyślałem: gościu, co ty opowiadasz. Ja wstać nie mogę, łapy połamane, prawdopodobnie nigdy nie będę widział, a ty mówisz żebym wracał na uczelnię. Fajnie, powiedział co miał powiedzieć, bo inaczej nie wypadało… W czasie rehabilitacji stwierdziłem, że muszę zacząć coś robić, bo zwariuję z bezczynności. Podjąłem studia zaoczne na filologii angielskiej. Okazało się, że całkiem nieźle mi to idzie.

Zachęcony sukcesem na Uniwersytecie, postanowiłem pójść na studia dzienne na Politechnikę. Dziekan wydziału powiedział mi, że nie wyobraża sobie jak ja zamierzam to wszystko robić, ale jeśli mam ochotę to zapraszamy, tylko pamiętaj − co mi się bardzo spodobało, że nie ma żadnej taryfy ulgowej. Pod koniec 2011 roku obroniłem licencjat filologii angielskiej, a rok później uzyskałem tytuł inżyniera budownictwa. Od razu poszedłem na studia magisterskie na budownictwo, które ukończyłem z najwyższą średnią na roku. Kiedy kończyłem studia, został rozpisany konkurs na asystenta w Zakładzie Budownictwa Ogólnego na wydziale budownictwa na Politechnice Rzeszowskiej. Stwierdziłem, że spróbuję… i wygrałem ten konkurs. Prowadzę zajęcia ze studentami, oraz prowadzę własne badania naukowe. W międzyczasie zrobiłem studia z fizyki, które skończyłem w 2018 roku, a za pracę magisterską otrzymałem nagrodę naukową. W tym roku będę składał pracę doktorską. Jestem szczęśliwy.

Podsumowując, chcę powiedzieć, że pomimo tego że nie widzę, że mam problem w sprawności manualnej. Jestem szczęśliwym człowiekiem, szczęśliwym mężem i ojcem. Jestem szczęśliwym chrześcijaninem, bo otrzymałem relację z Panem Bogiem opierającą się na zaufaniu. Jestem szczęśliwy jako pracownik i jako naukowiec. Mogę powiedzieć, że dziś jestem znacznie szczęśliwszym człowiekiem niż byłem przedtem. Zachęcam do zaufania Panu Bogu w życiu, bo – jak pisze prorok Izajasz – „ci, co zaufali Panu, odzyskują siły, otrzymują skrzydła jak orły: biegną bez zmęczenia, bez znużenia idą..” (Iz 40, 31).

Marcin Kaczmarzyk

Nadchodzące wydarzenia

Droga życia

„Jezus uniża się co dzień jak wtedy, gdy z tronu królewskiego zstąpił do łona Dziewicy. Codziennie przychodzi do nas w pokornej postaci. Co dzień zstępuje do nas z łona Ojca na ołtarz w rękach kapłana. Jak Pan ukazał się Apostołom w rzeczywistym ciele, tak i teraz ukazuje się nam w świętym Chlebie.”
(św. Franciszek z Asyżu)

 

 
"